Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 kwietnia 2011

Cena wolności

Ojciec mojego przyjaciela z czasów młodości zwykł mawiać, że wolność to jest świadomość własnych ograniczeń. Trzeba znać uwarunkowania zewnętrzne, swoje miejsce w szeregu, granice własnych możliwości. Wolność jest w nas i nie ma co się zżymać na wodę, że jest mokra, czy na grawitację, że istnieje. Wolność jest w nas i tylko w nas. Na zewnątrz nas są tylko ograniczenia.

Prowadząc bloga patrzyłem na odbiór, poznawałem formy komunikacji. Testowałem czytelników różnymi technikami, prowokując ich do różnych reakcji. Raz atakowali mnie czerwoni, innym razem brunatni. Raz głupsi, raz mądrzejsi. To było całkiem ciekawe doświadczenie. Zupełnie inaczej bowiem się odbiera komentatorskie przepychanki, gdy pretekstem do nich jest własny tekst. Człowiek ma okazję poznać siebie, swoje reakcje i sprawdzić na własnej skórze efekty różnego rodzaju żartów i prowokacji, efekty nie przefiltrowane przez towarzyską poprawność bezpośredniego kontaktu. Ma możliwość sprawdzenia różnych metod perswazji, gdy chamstwo ośmielone ścianą ekranu pozwala sobie na rzeczy, kończące się w realnym życiu ordynarnym mordobiciem. Taki trening charakteru pozwala zachować zimną krew w różnych sytuacjach, w których o tą zimną krew trudno.

Pisałem pod własnym nazwiskiem, także po to, by przekonać się na własnej skórze, jak wygląda krążenie informacji. Niespecjalnie zabiegając o ekspozycję, dzięki samej tylko obecności w różnych miejscach, docierały do mnie sygnały o rozpoznawalności. Ktoś gdzieś skojarzył, ktoś komuś przekazał i tak to szło. Zastanawiałem się również w którym momencie zacznie to przeszkadzać komuś w tzw. realu.

Zaskakującym i wielce pouczającym odkryciem był dla mnie fakt, jak bardzo taki niewinny z pozoru blogowy wpis, może zmienić ludzkie relacje. Nagle okazywało się, że na poziomie deklaratywnym bardzo liberalne osoby nie są w stanie ścierpieć kontaktu z kimś o innych poglądach. W kontakcie bezpośrednim, gdy wchodzi się na grząski teren budzący emocje, z reguły następuje zmiana tematu i rozmowa płynie po bezpiecznych wodach pogody albo narzekania na polską kolej. Jednak napisany tekst, który jest z nieco innej bajki światopoglądowej niż komentator, nie jest żadnym tam pretekstem do polemiki, do dyskusji, do sprawdzania słuszności własnych przekonań poprzez konfrontację z odmiennym zdaniem. Nagle spolegliwe osoby zamieniają się w krwiożercze bestie gotowe werbalnie rozszarpać przeciwnika na strzępy, wyrażając jednocześnie święte oburzenie jakimkolwiek przejawem adekwatnej reakcji w drugą stronę. Oczywiste jest, że dostrzeżenie niekonsekwencji własnych teoretycznie liberalnych przekonań z litrami jadu wypływającego spomiędzy zaciśniętych w złości zębów, jest najzwyczajniej w świecie niemożliwe.

Dużo się nauczyłem w ostatnim czasie, dużo zrozumiałem jeśli chodzi o ludzkie przekonania, motywacje, strategie. Bardzo sobie to cenię. Niestety wszystko ma swój koniec i ta forma poznawania świata też musi ulec ograniczeniu. Być może kiedyś dojrzejemy do prawdziwej demokratycznej swobody wypowiedzi, wolności w prezentowaniu własnych poglądów i tym podobnych bzdur, które istnieją tylko w jakimś mitycznym nibylandzie. U nas tymczasem pomimo dwudziestu lat od upadku PRL-u dalej żyjemy w kulturze przyjaznego poklepywania po plecach, z dobrą radą na ustach, żeby lepiej się zastanowić zanim się coś głośno powie. A jak ktoś rady nie posłucha to zawsze może wylądować z twarzą na bruku, jak np. Michał Strużyk. Doszedłem do końca pewnego etapu, który trzeba zamknąć. Różni koledzy załamujący ręce nad moją poczytalnością nie będą już musieli się trudzić wysyłaniem mnie do psychiatryka. Różne koleżanki nie będą musiały wyszukiwać w wikipedii definicji różnych zaburzeń osobowości, by wytłumaczyć swoją niechęć do samodzielnego myślenia i zdrowego rozsądku.

Zostawiam na blogach teksty, bo przecież i tak w internecie nic nie ginie, czy też rękopisy nie płoną, jakoś tak to było chyba. Poznałem pewne swoje ograniczenia i teraz tę wiedzę należałoby w jakiś sposób skonsumować. Może kiedyś wrócę, tymczasem na razie milknę, bo milczenie złotem jest, a złoto drożeje ostatnio drakońsko na światowych rynkach, co z reguły ma miejsce przed jakąś większą wojną...

Do następnego (spotkania, tekstu, wcielenia)!!!

sobota, 9 kwietnia 2011

Najwyższa pora skończyć żałobę

Apelował kardynał Dziwisz, apelował kardynał Nycz, ostatnio dołączył biskup Pieronek. Część osób się oburzyła, inna część zastanawia jakie mają prawo, jeszcze inni klaszczą głośno na ten racjonalny apel. Ja należę do tych ostatnich!

Słuchając tego utyskiwania na moherowych oszołomów, którzy nie chcą odpuścić i rok po katastrofie "tylko te banany i banany"... znaczy się: tylko ten Smoleńsk i ten Smoleńsk, ciągle krzyczą, narzekają, czepiają się i czegoś chcą, sami już chyba nie wiedzą czego, gdy tak sobie słucham tego wszystkiego to się tak zastanawiam nad zupełnie inną nie związaną ze Smoleńskiem sprawą.

Otóż zastanawiam się nad historią Olewników, którzy od 8 lat próbują dojść prawdy o śmierci ich syna. A przecież znaleziono zabójców, osądzono ich, a sami zabójcy wydali na siebie dużo surowszy wyrok niż zrobił to sąd, to znaczy powiesili się jeden po drugim we własnych celach. A ci nawiedzeni Olewnikowie ciągle coś tam jątrzą, szukają, dopatrują się jakiś nieścisłości, jakiś nieprawidłowości, ciągle twierdząc, że sprawa wcale wyjaśniona do końca nie jest. A przecież minęło dużo więcej niż rok od śmierci Krzysztofa i żałoba dawno powinna się zakończyć? W dodatku czy te ich nieustanne próby dochodzenia do prawdy to nie jest przypadkiem próba uświęcenia ich grzesznego syna? Budowanie jakże polskiej martyrologii? Budowanie bohaterskiego mitu z jakże pospolitego zabójstwa?

Dosyć. W sprawie Smoleńska wcale nie chodzi o żałobę. Wcale nie chodzi o martyrologię czy wynoszenie prezydenta na ołtarze narodowego panteonu. Tak samo jak Olewnikowie (i wszyscy inni) mają prawo dochodzić prawdy o śmierci swojego syna, tak ja mam prawo dochodzić prawdy o śmierci prezydenta mojego kraju! Mam prawo odrzucać insynuacje, manipulacje, sprzeczne ze sobą fakty i sprzeczne z faktami wyjaśnienia. Mam prawo domagać się traktowania tej sprawy poważnie i mam prawo jako obywatel tego kraju domagać się pociągnięcia winnych do odpowiedzialności. Próbuje nam się natomiast wmówić niestosowność takich dążeń. Oburzenie i jakże słuszne zniecierpliwienie spowodowane brakiem odpowiedzi, albo obrażającymi przeciętną inteligencję odbiorcy, absurdalnymi odpowiedziami oraz przeciąganiem unikania wyjaśnień w nieskończoność, próbuje się nazywać niepotrzebnym jątrzeniem. Wywołaną ustami Andrzeja Wajdy na spotkaniu wyborczym Komorowskiego, wojnę polsko-polską przypisuje się osobom domagającym się prawdy. Nie jesteśmy jednak stadem bezmyślnych baranów z wypranymi mózgami jak znakomita większość forsujących te absurdalne opinie tzw. "dziennikarzy”. Doskonale wiemy o co tu chodzi tak naprawdę.

Zgadzam się z kardynałami! Najwyższa pora na zakończenie żałoby! Najwyższa pora na podjęcie bardziej zdecydowanych działań! Najwyższa pora, by skończyć z tym robieniem z wolnych obywateli masy bezwolnych idiotów! Żądanie prawdy niedługo nie będzie tłumione powagą żałobnych okoliczności. Żądanie prawdy nie będzie osamotnione, jak ignorowani przez policję, prokuraturę i media Olewnicy. Kardynałowie wzywają Naród do bardziej zdecydowanych działań po 10 kwietnia 2011 roku. Niech dotrze do nas ich właściwy przekaz!

wtorek, 5 kwietnia 2011

W mydlanym bagnie dezinformacji

W piękny wiosenny słoneczny dzień młody ojciec cieszy się swoją młodą latoroślą. Nowy człowiek pojawił się w jego życiu niedawno, a teraz na dziesiątym piętrze mieszkalnego wieżowca młody ojciec pokazuje świat swojemu ukochanemu synowi. Dziecko też jest zadowolone i radośnie się uśmiecha. Zachęcony tym uśmiechem ojciec zaczyna kołysać dzieckiem i delikatnie je podrzucać, jak to często robią rodzice bawiąc się ze swoimi pociechami. Rzecz jednak dzieje się na balkonie dziesiątego piętra. Podrzucone nieporadnie dziecko wysunęło się z rąk rodzica i wyleciało na zewnątrz balkonu. Młody ojciec bez chwili wahania wyskoczył za nim. Obaj zginęli na miejscu.

Ta drastyczna lecz autentyczna historia opowiadana jest na pewnym warszawskim osiedlu jako przestroga przed lekkomyślnymi zabawami. Przytoczyłem ją tutaj bo mam coraz silniejsze wrażenie, że Polska jest tym dzieckiem, którym się lekkomyślnie bawimy. Wszyscy.

Być może też, to smoleńska katastrofa była takim właśnie wypadkiem, po którym premier polskiego rządu, w tym właśnie rodzaju urazowego szoku wyskoczył z balkonu oddając resztkę polskich plenipotencji na łaskę i niełaskę Rosjan. Budowana przez dwadzieścia lat pozycja Polski jako w miarę poważnego rozwijającego się kraju legła z dnia na dzień w gruzach. Nic już nie będzie takie samo. Rządzący naszym krajem rzucili się w przepaść sądząc, że złapią w locie Polskę i zapobiegną nadchodzącej z przyspieszeniem ziemskim nieuchronnej tragedii, a nam pozostałym przy życiu pozostało już tylko kiwać głową z politowaniem zmieszanym z przerażeniem.

Innym znanym traumatycznym zjawiskiem jest ratowanie spanikowanego tonącego. Istnieją setki opowieści o tym, jak ktoś rzuca się na pomoc i toną razem topielec i jego ratownik. Tonący miotając się w odbierającej rozum panice, zagarnia wszystko co nawinie się pod rękę. Zagarnia wodę, zagarnia ubranie, włosy ratownika, w ostatnim szale krępuje jego ręce i dusi próbując wydostać się na powierzchnię jeziora, które przy spokojnym poddaniu się mu na pewno by ze swych objęć wypuściło.

My wszyscy odbierając atakujące nas przekazy zachowujemy się jak ten topielec. Łapiemy RAŚ, stadionowych kiboli, czy antypolskich oszczerców albo z drugiej strony próbujemy uchwycić reformę wojska, OFE, czy służby zdrowia. Otoczeni informacyjnym szumem w jakimś rozpaczliwym szale powielamy go i wzmacniamy, zajmując ostatnie resztki wolnego czasu utyskiwaniem na całą podłość tego świata. Mijają cenne sekundy życia, które moglibyśmy poświęcić na zastanowienie nad metodami skutecznego dopłynięcia do brzegu, ale miotamy się wyłapując kolejne powody do oburzenia na następny lapsus Migalskiego, Nałęcza, czy Komorowskiego. Naszym zainteresowaniem nadajemy znaczenie nieistotnej mętnej wodzie, czynnikom wciągającym nas w wir frustracji, paniki i na koniec zniechęcenia. Żeby wyjść z bagna trzeba uchwycić podaną gałąź i powolutku, bez zbędnych ruchów wyciągać się na powierzchnię. Żeby nie utonąć w jeziorze wystarczy nabrać powietrza w płuca i po prostu się nie ruszać. Rozproszenie uwagi może kosztować życie. Trudno jest też planować budowę domu, gdy zapadając się w bagnie, wolne mamy już tylko jedno ramię.

Czy w obecnej sytuacji jest jakakolwiek gałąź? Co jest taką sprawą, której załatwienie pozwoliłoby nam zatrzymać ten proces tonięcia? Nie jestem pewien, ale może warto, zamiast szukać całościowych recept albo wytykać pojedyncze potknięcia, spróbować poszukać tego pierwszego kamyczka, od którego rozpoczyna się przenoszenie góry? Może warto skupić intelektualne wysiłki na kompletne opracowanie jednej pełnej reformy, wraz z analizą kosztów i potencjalnych korzyści? Następnym krokiem mogłoby być zobowiązanie do realizacji tego kroku przez kandydatów na przedstawicieli. Łatwiej wymagać jednej konkretnej sprawy, niż rozliczać z obietnicy, że „będzie nam wszystkim dobrze”.

  • Czy taką gałęzią pozwalającą na rozpoczęcie wychodzenia z bagna jest zmiana ordynacji?
  • Czy taką gałęzią jest napisanie od podstaw sensownego prawa dotyczącego małych i średnich przedsiębiorców?
  • Czy taką gałęzią jest reforma sądownictwa?

Nie wiem. Ja skłaniam się ku ostatniej propozycji, co jeszcze rozwinę w niedalekiej przyszłości, ale przecież jakakolwiek gałąź nie byłaby rzucona, to musi być ona solidna i spełniająca odpowiednie warunki. Nie może być spróchniała, nie może być za krótka, a znalezienie odpowiedniej jakiś czas potrwa. Ale jeśli zamiast jej szukać będziemy na siebie nawzajem krzyczeć i dywagować, kto wepchnął Polskę w to bagno, jeśli zamiast szukać rozwiązania będziemy deliberować nad zbiorem najlepszych gałęzi do ratowania, to zanim cokolwiek znajdziemy – Polska dawno utonie.

sobota, 2 kwietnia 2011

Hendekalog inteligenta

Jakiś czas temu zamieściłem swoje młodzieńcze wypociny na temat pewnego tekstu Kołakowskiego. Posypały się na mnie w komentarzach wyzwiska od lewaków ze szkoły frankfurckiej i po raz kolejny przypomniały mi się jałowe, bo oparte na stereotypowych kliszach, dyskusje ze znajomymi lemingami.

Po pierwsze trudno jest zignorować całe formacje kulturowe, szczególnie jeśli wywarły one kolosalny wpływ na tą naszą kulturę. Trudno jest także (choć niektórym przychodzi to niezwykle łatwo) krytykować coś czego się nie zna. Dlatego uważam, że krytyka takiego Marksa bez lektury nawet jednego jego tekstu jest po prostu niemądra. Po trzecie, czy zasada dziel i rządź, tak skutecznie stosowana na przykład przez Stalina w Azji Środkowej, staje się pojęciem tabu tylko dlatego, że ma coś wspólnego ze zbrodniczym dyktatorem? Jak chcemy rozumieć świat, ignorując przedstawicieli niesłusznych według nas ideologii?

Nie mogę odnaleźć tego cytatu, ale to właśnie Kołakowski chyba opowiadał anegdotę, jak jakiś nawiedzony latynoamerykański lewicowiec przekonywał go o słuszności systemu kubańskiego. Na te słowa Kołakowski zapytał: czyli w takim razie popiera pan faszystowskie zbrodnie drugiej wojny światowej? - Dlaczego, skądże znowu? – wykrzyknął oburzony lewicowiec. – No skoro popiera pan eliminację kontrrewolucjonistów to czym to się różni np. od eliminacji Żydów? – To nie to samo! – wykrzyknął lewak i zakończył rozmowę swoim odejściem.

Jedynym sposobem, aby zweryfikować czyjeś idee, jest rozłożenie ich na czynniki pierwsze poruszając się w ramach i języku tejże ideologii. Teolog z komunistą nigdy się nie dogadają jeśli nie wyjdą poza swoje języki opisu rzeczywistości. Będą poruszać się w pojęciowych gettach swoich monadycznych światów, a gdy zabraknie cierpliwości przejdą do rękoczynów. Gdyby jednak udało im się opuścić granice swojego języka, być może doszliby do jakiegoś porozumienia, bo zobaczyliby, że często te same zjawiska opisywane są przez różne pojęcia. Żeby było jasne: piszę o poziomie idei, a nie walki o władzę nad ludzkim duchem.

Od szkoły frankfurckiej nie uciekniemy, bo zbyt silnie istnieją te idee w intelektualnym obiegu. Sam miałem swego czasu ochotę podjąć polemikę z Adorno na temat jego estetycznej wizji muzyki, ale nie starczyło mi na to energii i determinacji. Całkowite ignorowanie tego nurtu nie jest chyba najlepszym pomysłem. Uważam bowiem, że stosunkowo najtańsze jest pokonanie przeciwnika jego własną bronią.

Dlatego przy różnych okazjach przypominam pewien krótki zbiór zasad, by uświadomić im, że zwalczanie wszelkich przejawów „ciemnogrodzkiego zaprzaństwa”, bez najmniejszej nawet ochoty nie tylko zrozumienia, ale choćby wysłuchania, co ci tak krytykowani ludzie mają do powiedzenia, że taka postawa jest sprzeczna z zaleceniami spisanymi przez guru lewicujących intelektualistów, Leszka Kołakowskiego właśnie:

Oto moje wstrząsające odkrycie: polska inteligencja istnieje!

Znaczy to, że istnieje klasa ludzi wykształconych, którzy nie tylko swoje zawodowe umiejętności pielęgnują, ale ponadto interesują się żywo sprawami ogólnymi, sprawami swojego kraju, a także Europy i świata.

Nie muszą być, oczywiście, aktywni politycznie, niekoniecznie słowem lub pismem swój stosunek do świata publicznie głoszą albo w życiu jakichś partii czy innych organizacji politycznych czynnie uczestniczą.

Zależy im jednak na tym, by jakoś do dobra życia zbiorowego się przyczynić, i chcieliby, by ich szczególne zawodowe umiejętności były do tego życia wkładem, nie tylko świadectwem osiągnięć rzemiosła.

Inteligent prawdziwy chce być uczestnikiem zbiorowego życia narodu i ludzkości, a tym, co wie i potrafi, to uczestnictwo potwierdzać.

Nie wiem, jak liczna jest w Polsce populacja, która te warunki spełnia, ale ona istnieje i jest świadoma siebie. Gdybyśmy mieli jedynie takich ludzi wykształconych, którzy dzięki swemu wykształceniu zdobywają sobie środki do życia znośnego, ale o nic więcej im nie chodzi, nie byłoby inteligencji w Polsce, a również zajęcia polityczne ludzi wykształconych byłyby tylko jedną z licznych umiejętności zawodowych, które można wszędzie uprawiać, o niczym innym niż o własnych zyskach życiowych i własnej karierze nie myśląc. Partiom politycznym często przewodzą inteligenci, są jednak partie, które inteligencji nienawidzą, i na czele takich partii nie stoją inteligenci.

  1. Oto więc pierwsze przykazanie z hendekalogu inteligenta: ćwicz się w myśleniu o sprawach życia zbiorowego i własną pracę traktuj jako przyczynek do tego życia, stosownie do twoich mniemań o tym, jak ów świat mógłby być naprawiony lub usprawniony.
  2. Drugie przykazanie: jeśli uważasz, że należysz do prawicy albo do lewicy, bądź zawsze gotów, gdy cię zagadną, wyjaśnić przejrzyście, co to znaczy.
  3. Trzecie przykazanie: jeśli sądzisz, że podział na lewicę i prawicę utracił sens w naszych czasach, bądź też zawsze gotów to swoje mniemanie wyjaśnić.
  4. Czwarte przykazanie: jeśli już musisz publicznie kłamać, zawsze pamiętaj o tym, które z twoich kłamstw łatwo jest wykryć.
  5. Piąte przykazanie: nie kompromituj się, przypisując innym ludziom opinie jakieś, gdy nie możesz ich poprzeć cytatami ich autorstwa.
  6. Szóste przykazanie: jeśli sądzisz, że wszyscy ludzie poza tobą są łajdakami, to jednak tego publicznie nie mów, bo to ci dobrze nie zrobi.
  7. Siódme przykazanie: jak najwięcej książek czytaj swoim małym dzieciom.
  8. Ósme przykazanie: kochaj różne myśli, których się nauczyłeś od pisarzy czy filozofów.
  9. Dziewiąte przykazanie: czytaj poetów, słuchaj klasycznej muzyki.
  10. Dziesiąte przykazanie: zawsze pamiętaj, czym się ośmieszasz.
  11. Jedenaste przykazanie: możesz być katolikiem albo buddystą, albo wyznawcą innej jeszcze wiary, możesz też być, jak to się powiada, niewierzący i nie tracisz przez żadną z tych wiar swojej przynależności do świata inteligencji. Nie możesz jednak twierdzić, że twoja wiara lub niewiara jest równie dobrze ugruntowana jak twierdzenia z nauk chemicznych czy geologicznych.

Wszystkich tych przykazań przestrzegać masz, jeśli chcesz należeć do inteligencji. Ale, oczywiście, wcale nie musisz chcieć być inteligentem.

Źródło: http://tygodnik.onet.pl/36,0,30265,hendekalog_inteligenta,artykul.html

wtorek, 15 marca 2011

Gross jest antysemitą!

W każdym odpowiednio licznym zbiorowisku ludzi zajdą się jednostki, których postawa i zachowanie mogą być dowodem na dowolną tezę. Polska nie jest tu wyjątkiem i różne siły próbują realizować swoje cele wyolbrzymiając różne wyjątkowe jednostkowe zjawiska dla realizacji specyficznej gry. Jeśli jednak potraktować historię Polski czysto instytucjonalnie, na poziomie prawa, a nie ludzkich patologicznych zachowań, kraj nad Wisłą może objawić nam zupełnie inną twarz, niż przyprawiana mu przez różne środowiska gęba wykrzywiona nienawiścią.

W Polsce istnieje bardzo długa tradycja religijnej tolerancji, gościnności i otwartości na obcego. Przecież to nie przypadkowo właśnie w Polsce znalazły schronienie całe zastępy Arian, Kalwinów, Husytów, to właśnie do Polski uciekali Żydzi z całej Europy przed ustawowo dekretowanymi pogromami. Przez kilkaset lat współżycia wymieszaliśmy się ze sobą i bardzo silnie związaliśmy kulturowo. I to pomimo, że polskie przywiązanie do wiary i języka jednak nie przestało dominować.

To naturalne, że w sytuacji wielkich ludzkich migracji rodziły się napięcia. Ale wobec zewnętrznego zagrożenia zawsze wszyscy mieszkańcy Polski stawali ramię w ramię, by bronić swojego domu. Czy Pawlak z Kargulem toczyli spór narodowościowy? Podczas demonstracji patriotycznej przed Powstaniem Styczniowym, gdy na czele protestacyjnego marszu został zabity Polak niosący krzyż, idący obok niego Żyd podniósł ten krzyż i szedł dalej ramię w ramię z księdzem. Nie mylmy sąsiedzkich sporów o miedzę z religijno-narodowościowymi uprzedzeniami!

Żydzi są bardzo głęboko osadzeni w polskiej kulturze i polska kultura bardzo dużo Żydom zawdzięcza. Genialny i jedyny w swoim rodzaju Bruno Schulz pisał po polsku. Głęboko humanistyczny Janusz Korczak pisał po polsku i oddał życie przeciwko NIEMIECKIEMU bestialstwu. Jankiel w Panu Tadeuszu pełni rolę Stańczyka, nie tylko najpiękniej grając na cymbałach, ale wypowiadając wiele mądrości trafnie opisujących otaczająca go rzeczywistość. Nikt dzisiaj nie sądzi, że Mickiewicz w taki, a nie inny sposób pokazał tego żydowskiego karczmarza tylko dlatego, że jego matce przypisuje się żydowskie korzenie. Dzisiaj główny konkurent do stanowiska prezydenta Stolicy, Czesław Bielecki także otwarcie mówi o swoich żydowskich korzeniach i nikomu w trakcie kampanii wyborczej nie przyszło do głowy, by robić z tego najmniejszy nawet problem.

Siła polskiej kultury wynika z jej otwartości i z kryteriów jakimi się posługuje w kwalifikacji swój-obcy. Nawet czarny Olisadebe mógł być przez Polaków uznany za swojego, jeśli swoją grą przyczyniał się do sukcesów polskiej reprezentacji. Nawet rodowity Gross, bez cienia żydowskich korzeni, może być uznany za obcego jeśli szkaluje Polskę i Polaków. Kwestia działania na szkodę lub na korzyść Polski jest głównym kryterium w ocenie. Nie pochodzenie czy wyznanie.

W różnych momentach naszej historii tą państwową solidarność próbuje się co jakiś czas rozbijać. Nie ma groźniejszego przeciwnika niż duży 40-milionowy kraj w centrum Europy zjednoczony wokół własnych interesów. Tą zagrażającą jedność trzeba niszczyć wszelkimi dostępnymi środkami. Bardzo łatwym i niestety stosunkowo skutecznym narzędziem jest rozniecanie nastrojów ksenofobicznych. Służył temu zorganizowany i sterowany przez komunistyczną bezpiekę pogrom kielecki w 1946 roku. Załatwieniu wewnętrznych partyjnych sporów o miedzę służyła antysemicka nagonka w 1968 roku. W 1989 roku straszono nas demonami nacjonalizmu, by uzasadnić mazowieckiego grubą kreskę. Dzisiaj ten sam cel jest realizowany za pomocą książek Grossa.

Autor ten doskonale wpisuje się w tradycyjną linię destrukcji polskiej międzyludzkiej solidarności. Solidarności, która sprawiła, że to właśnie Polacy stanowią najliczniejszą grupę na liście Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. I to pomimo tego, że okupowana Polska była jedynym krajem na świecie, gdzie za przekazanie Żydowi kromki chleba groziła natychmiastowa śmierć. Polacy nigdy nie utworzyli kolaboracyjnej organizacji, nigdy żaden polski dekret nie wspomagał tropienia Żydów i innych ludzi wyjętych przez NIEMIECKIE prawo poza nawias człowieczeństwa. A przecież działo się tak i we Francji i w Holandii i w wielu innych europejskich krajach.

Książki Grossa są jak splunięcie w twarz wybawcy, który dla ratowania cudzego, narażał własne życie. To jest gorsze niż stawianie pomnika ukraińskim banderowcom na terenie Przemyśla. Jedyny cel jaki dostrzegam w tych publikacjach, to właśnie wzbudzenie frustracji i nienawiści. Rozbudzenie niechęci i żalu, który następnie będzie można pokazać jako uzasadnienie dla dalszych działań. Jest to dużo łagodniej przeprowadzany kielecki pogrom, haniebna prowokacja, która osiągnie cel, gdy jakiś mniej kontrolujący emocje narwaniec, da fizyczny wyraz swojemu oburzeniu. Wtedy będzie można go pokazać palcem jako dowód, że Gross ma rację.

Trzeba powiedzieć sobie otwarcie: Jan Tomasz Gross szerzy w Polsce antysemityzm! A to jest zakazane przez prawo. Robi to nie wprost, stosuje do tego celu sprawdzone komunistyczne metody dezinformacji i manipulacji. W skład stosowanych narzędzi wchodzi nie tylko wyolbrzymianie i nadinterpretacja marginalnych zachowań, ale także najzwyklejsze ordynarne kłamstwo, czego naczelnym przykładem jest sławne zdjęcie, wokół którego buduje całą narrację swojej książki. Czy nie jest to ta sama kategoria manipulacji co twierdzenie, że krematoria w Oświęcimiu były urządzeniami do ogrzewania baraków? A kłamstwo oświęcimskie jest przecież ścigane z urzędu.

Tymczasem zamiast napiętnowania, mamy medialne wsparcie dla tej szerzącej nienawiść narracji. Warto notować, kto podbija bębenek grossowego kłamstwa. Zaskarżenie szowinistycznych działań Grossa pewnie nie jest w obecnych warunkach możliwe, jednak warto zauważać, kto pomaga w generowaniu tej antysemickiej atmosfery. Warto otwarcie demaskować rzeczywisty cel tych działań oraz pamiętać kto je wspierał. Być może w pewnym momencie dojdziemy do wniosku, że nie warto się ograniczać i należy pójść ścieżką przetartą przez środowiska żydowskie, ale także szkockie i różnych innych narodowości. Być może przyjdą jeszcze procesy przed międzynarodowym trybunałem o szkalowanie dobrego imienia Polski i rozniecanie nacjonalistycznej nienawiści. Przyjdą, gdy uświadomimy sobie jaki jest rzeczywisty cel podejmowanych działań. Zamilczanie Grossa i innych oświęcimskich kłamców wcale nie jest dobrą metodą, bo ten rodzaj bezczelności nie spocznie, póki nie będzie kategorycznej reakcji.

piątek, 11 marca 2011

Płomienne wygaszanie prawdy

Jak co miesiąc, 10 marca już po raz szósty, dość pokaźna grupa blogerów i ich internetowych komentatorów skrzyknęła się na akcję Las Smoleński. Las, który podchodzi pod mury Pałacu, niczym szekspirowski Las Birnam wołając prawdę, by wyszła zza mgły kłamstw i krętactw, by wróciła na właściwe miejsce. Jak opisał to bloger Yuhma w swoim wierszu, początkowo nieśmiały las nabiera krzepy:

Jeszcze nieśmiało pierwsze pędy wschodzą,
własną odwagą jakby zalęknione,
i pierwsze pąki dopiero się rodzą...
I nagle!... nie wiesz, skąd drzewa zielone.


Choć nigdy raczej nie będzie miał siły bezczelności bohaterów mediów tzw. głównego nurtu. Głównego nurtu szamba, które wylewa się z zepsutej oczyszczalni ścieków. Jak inaczej bowiem można określić sytuację, gdy GW, TVN i inne tuby propagandzistów podchwytują każdą najgłupszą inicjatywę, reklamując ostatnio idiotyczną akcję Ady, Piotrka i Dominika organizujących w Przekąskach-Zakąskach urodziny Chucka Norrisa. Chuck Norris nie byłby pewnie zachwycony wiedząc o tym, że jego nazwisko jest wykorzystywane do szydzenia z ofiar Smoleńskiej Katastrofy. Podejrzewam, że gdyby mieszkał w Polsce, jego zaangażowanie w działalność Kościoła Chrześcijan Baptystów zmusiłoby go do zabrania głosu i nie byłby to głos zgodny ze światopoglądem Ady, Piotrka i Dominika. Jednak ta drobna niekonsekwencja nie przeszkodziła wszystkim fabrykom wody z mózgu trąbić o dowcipnej kontrdemonstracji zaplanowanej na wieczór.

Wieczór nadszedł i korowód białych i czerwonych świecących balonów przeszedł spod pomnika Kopernika pod Pałac Namiestnikowski. Ludzie zebrani na miejscu już nie pytali jak przy poprzednich edycjach, co to za balony. Już wiedzieli. Prosili i cierpliwie czekali, aż z zasupłanego pęku uda się wydostać balonik biały – proszę – i czerwony – proszę – dziękuję.

Po krótkim przedstawieniu celu spotkania został wyrecytowany wiersz Aleksandra Rybczyńskiego. Cisza i skupienie opanowały niemal całą grupę słuchających ludzi. Po odczytaniu w apelu nazwisk wszystkich ofiar katastrofy, przy przejmującym dźwięku syreny smoleńskiej nastąpiło wypuszczenie świateł pamięci. Balony, z przyczepionymi do nich karteczkami z nazwiskami, poszybowały w górę zaświadczając o hołdzie tych, którzy zostali na dole.

Pomimo tego, że ta naprawdę niezależna i naprawdę oddolna inicjatywa, w której udział w czynny i bierny sposób bierze za każdym razem od 200 do 400 osób, zrealizowała się już po raz szósty - czy wzbudziła jakieś zainteresowanie mediów? W telewizji można było usłyszeć o urodzinach Chucka, w których realnie wzięło udział ze 30 osób, a w wizualnym tle telewizyjnej relacji pokazywano ludzi z balonikami. Innym przykładem dziennikarskiej rzetelności jest przypadek opisany przez Krzysztofa Skalskiego:

„Pierwszą ciekawą rozmowę odbyłem z reporterką telewizji ufundowanej ze środków zgromadzonych w trakcie aferyżelazo, czyli TVN tow. Waltera. Reporterka ta widząc mój kapelusz podbiegła do mnie i z porozumiewawczym uśmieszkiem (w stylu „my biedni inteligenci musimy się męczyć w jednym kraju z tymi obciachowymi religiantami”) zaczęła rozmowę:
- co pana łączy z Chuckiem Norrisem, którego urodziny dzisiaj obchodzą tu młodzi ludzie?
- Poza kapeluszem? Może to, że obaj jesteśmy chrześcijanami.
Reporterka nieco skonsternowana pyta dalej:
- Ale przyszedł tu pan na urodziny Chucka Norrisa?
- Nie, przyszedłem uczcić pamięć Prezydenta Polski i pozostałych 95 ofiar Smoleńska.
Reporterka daje szybki znak swoim kolegom od sprzętu, lampa gaśnie, kamera się wyłącza. Wywiad skończony.”


Czy można mieć jakieś jeszcze wątpliwości co do rzetelności dziennikarzy?

Na koniec bardzo smutna scena z nocnego sprzątania zostawionych pod Pałacem zniczy. Na nagranym filmie można obejrzeć pracowników służb oczyszczania miasta, którzy w asyście policji i straży miejskiej dokonują czynności należących do kultury Wielkiego Stepu bardziej niż cywilizowanego europejskiego kraju o rycerskich tradycjach. Mianowicie pomimo protestów przechodniów sprzątane są palące się znicze i leżące pod pomnikiem wieńce. Znicze nie są w stanie końcowego dopalania. Część z nich nie jest wypalona nawet do połowy, a stearyna w środku nie jest jeszcze roztopiona. Strażnicy zachowują się zatem jak złodzieje i cmentarne hieny, które okradają groby z kwiatów, by sprzedać je następnego dnia kolejnym klientom. Czy te znicze też będą wykorzystane ponownie? Dlaczego nie mogły się spokojnie dopalić do końca?



Podczas stanu wojennego taki film nie mógłby powstać, ale w metodach usuwania śladów i gaszenia pamięci wyraźnie widać rękę nieformalnego doradcy arcyboleśnie prostego (p)rezydenta, który to doradca jeszcze niedawno wybierał się w podróż do Rzymu, choć miał zaświadczenia lekarskie, że podróż do sądu w tym samym mieście byłaby dla niego zbyt męcząca.

Na szczęście prowokacje różnych Dominików nie znajdują już takiego odzewu, jak dawniej. Ludzie zaczynają widzieć, kto z kogo robi idiotę. Ludzie zaczynają rozumieć, że jeśli sami nie upomną się o swoje prawa, to prawa te będą im systematycznie odbierane. Solidarność organizowana wokół spraw naprawdę ważnych, wokół obrony prawdy i narodowej tożsamości, odżywa po haniebnych ciosach zadanych Jej podczas obchodów kolejnych rocznic. Solidarność nie jako organizacja, ale jako idea. Przykładem jest kolejna oddolna inicjatywa: Akcja Nocleg. Jeśli jesteś gotowy 10 kwietnia przenocować kogoś spoza Warszawy, zgłoś tą gotowość na adres mailowy joanna.koz@gmail.com – zostanie z Tobą skontaktowana osoba szukająca noclegu. Szczegóły akcji podane są tutaj.

Na rocznicę, 10 kwietnia przyjedzie do Warszawy sporo ludzi, którym Polska nie jest obojętna. Ty również nie bądź obojętny. Kłamstwa i brak szacunku osiągnęły zbyt duże rozmiary aby można je było dalej tolerować.

Relacja filmowa Carcinki, dodana 13 marca:

środa, 9 marca 2011

Syndrom Zatoki Świń

Dokładnie 50 lat temu, na początku marca 1961 roku debatowano w zaciszach Białego Domu na temat sposobu rozwiązania problemu komunistycznej rewolty na Kubie. Grupa mądrych ludzi pod kierownictwem prezydenta Kennedy’ego zastanawiała się nad różnymi sposobami zneutralizowania niebezpieczeństwa łańcuchowej reakcji powstań na kolejnych wyspach Ameryki Łacińskiej. Rozważano różne warianty, ale wspólnym mianownikiem była inwazja kubańskich uchodźców przy aktywnym wsparciu amerykańskiego wojska. Na miejsce operacji wybrano nizinne i zabagnione okolice Zatoki Świń. Akcja, jak wiadomo skończyła się kompletnym fiaskiem, oddziały rebeliantów zostały zneutralizowane przez kubańskie wojsko w ciągu trzech dni, a długofalowym efektem było doprowadzenie świata na skraj nuklearnej wojny.

Co sprawiło, że grupa rozsądnych ludzi podjęła złe decyzje? Jak to się stało, że nikt nie zasugerował nawet, że może jednak organizowanie desantu na zabagnionym, zbyt oddalonym od terenów górskich terenie nie jest najlepszym pomysłem? Jak to się stało, że nikt nie kwestionował pomysłów dotyczących zaangażowania Kubańczyków wdzięcznych za oswobodzenie od reżimu Fidela? Jak ci inteligentni skądinąd faceci mogli wierzyć w to, że uda się ukryć zaangażowanie USA w taką operację?

Dzisiaj ta sytuacja jest przedstawiana w większości podręczników dotyczących zarzadzania, psychologii społecznej, rozwiazywania konfliktów itp. Jest sztandarowym przykładem na tzw. syndromu grupowego myślenia, czasem wręcz nazywany syndromem zatoki świń. Na czym to polega?

Jak wiemy ze sławnego wykładu naszego obecnego arcyboleśnie prostego (p)rezydenta można wyróżnić trzy fazy dochodzenia do decyzji politycznych: Pierwsza faza to była faza zgłaszania poglądów. Druga faza to była faza ucierania poglądów. Ucierano poglądy przez długotrwała dyskusję. Trzecia faza działania to faza bigosowania. Można przyjąć ten schemat pojęciowy do opisu krystalizowania się wszelkich grup ludzkich. A jak już grupa przeszła fazę bigosowania, to albo taka grupa się rozpada, albo zaczyna się okres normalnego funkcjonowania. I wtedy dochodzą do głosu inne mechanizmy.

Podejmowane są różnego rodzaju decyzje w sposób, który poprzez przedyskutowanie problemu przez grupę, daje decydentom poczucie wyboru optymalnego w danej sytuacji rozwiązania. Im bardziej grupa zgrana, im dłużej razem funkcjonuje, im więcej słusznych decyzji podejmuje, tym bardziej jest przekonana o własnej nieomylności. Taka grupa z biegiem czasu staje się coraz bardziej hermetyczna, a gdy dołącza do niej nowa jednostka i zaczyna zwracać uwagę na różnego rodzaju ryzyka, jest przez grupę odrzucana i marginalizowana.

Pół biedy, gdy wynika to z wypracowania metod i zabezpieczenia pewnych ryzyk, które przedyskutowane, są na stałe i domyślnie wpisane w projektowane rozwiązania. Wtedy rzeczywiście ich ponowne przepracowywanie dla jednej nowej osoby jest strata czasu, dlatego ważne jest sformalizowane gromadzenie wiedzy, aby dołączający uczestnicy mogli się zapoznać z historią spraw bez fizycznego angażowania starszych członków grupy. Gorzej, gdy inicjacyjny ostracyzm wynika z kanonu niepisanych zasad pozwalających grupie utrzymać tożsamość i spójność, gdy jakiekolwiek naruszenie delikatnej struktury interpersonalnych powiązań jest zagrożeniem dla misternej konstrukcji układu nadambitnych jednostek. Wtedy otwarta jest droga dla autowzmacniania raz podjętych decyzji poprzez wyszukiwanie argumentów pozytywnych i bagatelizowanie argumentów negatywnych.

Wbrew pozorom nie jest to wcale rzadka sytuacja i dotyczy w zasadzie dowolnej grupy ludzi. Każda grupa ma swój poziom spójności, swoje granice akceptacji niekompetencji, swoje tempo dochodzenia do fazy autocenzurowania kontrpropozycji i nie zależy to ani od inteligencji, czy wykształcenia członków grupy. Trzeba sporo wysiłku, by utrzymać grupę w stanie nieustannej otwartości na krytykę. Jednak ceną braku mechanizmów kontrolnych, skutkujących ignorowaniem pojawiających się sygnałów naruszania zasad wyznaczonych przez grupę, jest zawsze społeczna marginalizacja grupy i w konsekwencji jej rozpad.

Leszek Kołakowski w swoim wykładzie z 1980 roku pt. "Szukanie barbarzyńcy. Złudzenia uniwersalizmu kulturowego" stwierdził, że główna siła kultury europejskiej leży w zdolności do kwestionowania samej siebie i w świadomości braku rozwiązań ostatecznych. Syndrom Zatoki Świń to rezygnacja z tej siły, rezygnacja często nieuświadomiona i nieintencjonalna, ale w konsekwencjach zawsze tak samo nieubłaganie bezlitosna.

piątek, 4 marca 2011

Co robić z bufonadą?

Powiedzcie mi drodzy czytelnicy, czy naprawdę tak wam imponują nadęci bufoni? Nie zadaję tego pytania sprowokowany jakimiś konkretnymi działaniami któregoś z nich. Raczej mam w pamięci różnego rodzaju „wyskoki” w przeszłości, do których nie warto już wracać. Nie daje mi jednak spokoju kwestia podejścia do zasad, tak charakterystyczna dla okresu III RP.

Michnik, Pacewicz, ale także Leski, Jarecki, Coryllus, czy Toyah – przecież to ten sam typ nadętego bąkami balona! Lekko go nakłuć i wypuszcza z siebie odór. Brak pokory, pycha, mania wielkości i obrażanie każdego inaczej myślącego. To jest ta moc, która pociągała tłumy za Hitlerem? Przeraża mnie to stadko komentatorskich bałwochwalców i czołobitników, którzy nauczeni wyzwiskami autora biją mu pokłony, karmiąc swoje poczucie wartości, gdy autor uprzejmie dziękuje za wyrazy atencji. Operowanie językiem to nie wszystko. Nie damy odporu michnikowszczyźnie mieszając z błotem nieprawomyślnych. Metody GW-na nie stają się dobre tylko dlatego, że stosowane są w słusznej sprawie.

Z tymi autorami jest jak z marnymi politykami. Dobre teksty idą w parze z kompletnym brakiem umiejętności radzenia sobie z krytyką. O ile ironia, przeniesienie, czy hiperbola u autora jest celowym zabiegiem stylistycznym, którego tylko nieoczytany kretyn nie jest w stanie załapać, o tyle gdy tego typu retoryczne figury są użyte przez komentatora tekstu to jest to przejawem paranoi, głupoty, chamstwa lub obsesji. A ten tekst zostanie okrzyknięty fanfaronadą zazdrosnego dyletanta.

I tylko pytanie: czy dobry tekst usprawiedliwia bufonadę? Czy trafienie czasem w punkt istotności czyni autora prorokiem? Czy musimy tolerować chamstwo i ubliżanie tylko dlatego, że autor popełniający czasem dobre teksty ma nieustanne muchy w nosie? Kiedy troll staje się trollem? Jakie są granice tolerancji? Czy rzeczywiście jedynym dobrym wyjściem jest ignorowanie? Czy dobry obyczaj, szacunek i kulturę powinniśmy oczekiwać jedynie od komentatorów? Czy może jednak metody GazWyb-u stają się dobre tylko dlatego, że stosowane są w słusznej sprawie?

Idąc spać zostawiam zawieszone pytania...

środa, 2 lutego 2011

Polska nie jest wyjątkowa

Pod jednym z moich postów dostałem komentarz o dość typowej treści. Przytoczę jego fragment, bo jest to niestety często słyszana fraza pytań, których brak u nastolatka oznaczać może zaburzenia rozwoju, ale ich obecność u osoby w wieku dojrzałym świadczyć może o zupełnie innych dolegliwościach:

"W czym Polska wydaje Ci się wyjątkowym krajem, dla którego powinnam poświęcić życie, spłacając dług za to, że tu się urodziłam? Zupełnie nie rozumiem, dlaczego uważasz, że jestem Polsce coś dłużna."

Zaiste świetne pytania. Polska nie jest żadnym wyjątkowym krajem. Jedyne co ją wyróżnia dla mnie osobiście to fakt bycia MOJĄ ojczyzną. Taki drobiazg. Rozumem doskonale kosmopolityczny światopogląd, który uważa, że samo pojęcie narodu jest z gruntu złe i wywołuje wojny (jak jaja). Rozumiem anarchistycznych  bezpaństwowców, którzy nie chcą za żadne skarby brać udziału w społecznym życiu jakiejś wyimaginowanej wspólnoty. Mają do tego prawo. Podobnie jak ja mam prawo czuć się zobowiązany wobec swoich przodków i wobec swoich zstępnych do kultywowania kultury, za którą tyle istnień poniosło ofiarę.

Postawione pytania są bardzo dobre, bo zmuszają do zastanowienia się nad odpowiedziami wydawałoby się oczywistymi i poszukania jakiegoś racjonalnego uzasadnienia. Racjonalnego, bo nie bardzo rozumiem zarzut emocjonalności w mówieniu o wartościach. Nie bardzo rozumiem, dlaczego skupianie się TYLKO na pracy miałoby być w ogóle racjonalne? Czyż bowiem to nie wyznawanie pewnych wartości każe nam iść codziennie do pracy? Czyż to nie wiara w moc wartości sprawia, że ufamy, że pracodawca wypłaci nam pensje? Czyż nie jest wiarą przekonanie, że w razie problemów z pracodawcą jest instancja, do której możemy się odwołać i na skutek decyzji sądu pracodawca wypłaci nam to, co wypracowaliśmy? Czy wiara ta to nieracjonalna emocjonalność, czy też całkiem racjonalne założenie? Bez wartości takich jak zaufanie, sprawiedliwość, prawo, uczciwość, rzetelność - nie mogłoby istnieć żadne społeczeństwo. Tylko dzięki temu, że jesteśmy w stanie zaufać komuś że wywiąże się ze zobowiązań, możemy prowadzić interesy. Gdy kolejne przypadki pokazują nam, że tak nie jest, tracimy to zaufanie i współpraca ulega zakończeniu. W biznesie to proste - zmieniamy pracę i zaczynamy od nowa. Co jednak zrobić, gdy zaufanie obywateli traci Państwo?

W innym miejscu dostaję jeszcze post-pozytywistyczny bełkot opisujący dość popularną formę anty-pragmatyzmu: "straceńczy polski romantyzm powoduje, że jesteśmy wciąż krajem zacofanym. Bo zamiast skupić się na pragmatycznym podejściu do rzeczywistości, czyli wziąć się do ciężkiej pracy, ciągle ględzimy na kanapie o wartościach." - to ględzenie na kanapie oczywiście nie wytwarza żadnego PKB, niemniej jednak nie da się ukryć, że przedmiot tego ględzenia umożliwia w ogóle rozpoczęcie tegoż wytwarzania. I podobnie jak samo ględzenie jeszcze nic nie wyprodukowało, to społeczeństwo bez tego pozornie bezproduktywnego ględzenia nawet by nie powstało.

Wracając do pytania o źródło zobowiązań wobec własnego Państwa, to źródło to zapisane jest w ustawie zasadniczej. Ten wyszydzany i lżony dług wobec przeszłych pokoleń wraz ze zobowiązaniem "przekazywania pałeczki w sztafecie pokoleń" zapisany na samym początku naszej Konstytucji. Warto po raz kolejny przypomnieć ten początek, który literalnie opisuje to, co każdy polski patriota czuje przez skórę:

"W trosce o byt i przyszłość naszej Ojczyzny, odzyskawszy w 1989 roku możliwość suwerennego i demokratycznego stanowienia o Jej losie, my, Naród Polski - wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielający tej wiary, a te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł, równi w prawach i w powinnościach wobec dobra wspólnego - Polski, wdzięczni naszym przodkom za ich pracę, za walkę o niepodległość okupioną ogromnymi ofiarami, za kulturę zakorzenioną w chrześcijańskim dziedzictwie Narodu i ogólnoludzkich wartościach, nawiązując do najlepszych tradycji Pierwszej i Drugiej Rzeczypospolitej, zobowiązani, by przekazać przyszłym pokoleniom wszystko, co cenne z ponad tysiącletniego dorobku, złączeni więzami wspólnoty z naszymi rodakami rozsianymi po świecie, świadomi potrzeby współpracy ze wszystkimi krajami dla dobra Rodziny Ludzkiej, pomni gorzkich doświadczeń z czasów, gdy podstawowe wolności i prawa człowieka były w naszej Ojczyźnie łamane, pragnąc na zawsze zagwarantować prawa obywatelskie, a działaniu instytucji publicznych zapewnić rzetelność i sprawność, w poczuciu odpowiedzialności przed Bogiem lub przed własnym sumieniem, ustanawiamy Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej jako prawa podstawowe dla państwa..."

sobota, 29 stycznia 2011

Technokratyczny terror Hipokryzji

Jakiś czas temu pisałem o prowokowaniu rewolucji. W sytuacji głębokiego kryzysu, gdy zwykłe reformy nie mają widoków na skuteczność, wywołuje się rozruchy, by móc podczas stanu wyjątkowego przeprowadzić to, co w warunkach pokoju byłoby nie do zaakceptowania. Nie sądziłem jednak wtedy, że potoczy się to tak szybko. Poziom prowokacji rośnie w tempie kuli śniegowej, a ludzie powoli zaczynają pękać. Amortyzująca rola szydzenia z „rozmodlonych oszołomów od krzyża” wyczerpuje swój potencjał. Podobnie wypalone jest paliwo nienawiści do jedynej realnej opozycji. Coraz więcej ludzi stwierdza, że pomimo braku alternatywy, na Tuska nie zagłosują, bo to złodziej, tchórz i krętacz.

W tej sytuacji przechodzimy do następnej fazy przygotowywania różnego rodzaju spadochronów. Różne nomenklaturowe siły zaczynają wyścig do żłobu, manifestując swoją kontestacyjną postawę. Niczym cinkciarz, który wyczuwając koniunkturę dał się w okolicach 1988 roku złapać z wywrotowymi ulotkami, by móc sobie wpisać w życiorys konspiracyjne kombatanctwo. I tak mamy różne wystąpienia, które oprócz obowiązkowej krytyki opozycyjnego PiS, zaczynają także krytykować rządzącą PO. Gdybyśmy potraktowali tą dwustronną krytykę jako przyczynek do przyszłej rządowej koalicji, to znalazłyby się w niej zarówno SLD, jak i PJN oraz chwilowo i pozornie odstawione na boczny tor środowisko okolic Leszka Balcerowicza.

Nie zależy mi jednak na analizowaniu możliwych scenariuszy i segregowania politycznych kanap. Chcę zwrócić uwagę na sferę, która aktualną wojną została niemal całkowicie zepchnięta do podziemia. Tą sferą jest obszar wartości. Jak to się działo, że potrafiliśmy walczyć „za wolność waszą i naszą”? Co popchnęło młodzików ze Szkoły Podchorążych Piechoty do wypowiedzenia posłuszeństwa i sięgnięcia po broń? Nieodpowiedzialna i naiwna gorąca słowiańska krew? Jak to się stało, że po odzyskaniu niepodległości w 1918 żołnierze służący pod rozkazami trzech zaborców utworzyli wojsko, które już dwa lata później pokonało nawałę bolszewików? Co sprawiało, że okupowana Polska była jedynym krajem Europie, gdzie za jakąkolwiek pomoc Żydom groziła kara śmierci, a mimo to na liście Sprawiedliwych wśród Narodów Świata najwięcej jest właśnie Polaków? Co powodowało pułkownikiem Kuklińskim, że przez długi czas ryzykował życie, aby nie dopuścić do zagłady swojego kraju?

Tym czynnikiem motywującym była sprawnie działająca etyczna busola. Wiadome było, co jest dobre, a co złe. Wiadome było, że Polska dla Polaka jest wartością nadającą sens jego życiu. Wartością, za którą warto było poświęcić nawet życie, „za wolność waszą i naszą”. Wiadomo było, że ofiara życia, jako coś najwyższego i w gruncie rzeczy wyjątkowego zasługuje na pamięć i szacunek żywych, którzy poprzez swoją codzienną pracę, poprzez wierność zasadom, za które bohater oddał życie, spłacają swego rodzaju moralny dług, jaki zaciągają mogąc mówić i żyć w polskiej kulturze i języku.

Co mamy dzisiaj? Poza epatowaniem na każdym kroku kłamstwem, arogancją i bezczelnością, które przekonuje coraz szersze rzesze ludzi, że „tak trzeba”, że prawda nie ma znaczenia, bo ważna jest przyszłość, a tu i teraz to są nasze emocje i, jakże delikatne gdy chodzi o nas, nasze uczucia. Racjonalność, wynikająca z niej konsekwencja poglądów, traci na znaczeniu, przestaje być powodem do chwały, bo coraz częściej afirmowana jest postawa: „szczycę się tym, że jestem bardziej emocjonalny, niż racjonalny”. Śmierć staje się przedmiotem żartów i szyderstw. Śmierć zostaje odarta z aury poświęcenia, a zostaje sprowadzona albo do pospolitego wypadku, jak dzieje się ze smoleńską katastrofą, albo zostaje sprowadzona do zbrodni na narodzie popełnionej przez dowódców, jak dzieje się w przypadku Powstania Warszawskiego. Szacunek, którego żywi domagają się dla swojej uczuciowości, nie obowiązuje ich wobec zmarłych, bo przecież im jest już wszystko jedno.

Prawda nie istnieje. Patriotyzm to prowadzący do faszyzmu nacjonalizm. Śmierć to tylko fizjologia.

Nie powinniśmy się dziwić jakimś urbanowskim ankietom. W świecie, który zrezygnował z Czerwonej Norymbergi wszystko jest możliwe. Kiszczak może być człowiekiem honoru. Jaruzelski może ciągle ratować nas przed III wojną światową. Rosjanie mogą nieustająco obiecywać coraz lepszą współpracę. Rurociąg bałtycki nie tylko w najmniejszym stopniu nie zagraża, ale jest wręcz szansą dla naszych interesów. Podwyższanie podatków i niechęć do likwidacji przywilejów to kwintesencja programu liberałów. I tak dalej i temu podobne. A przecież to Wajda powiedział o wojnie polsko-polskiej, a nie Kaczyński. Podobnie jak drugą wojnę światową wywołali Niemcy, a nie Polacy. Ktoś jednak jeszcze przejmuje się takimi anachronizmami jak prawda i fakty?

Jesteśmy coraz bliżej tej germańskiej kultury technokratycznego totalitaryzmu, która doprowadziła do systemowego zdehumanizowanego przemysłu śmierci. Dzisiaj nawet wspomnienie słowa „wartości” wywołuje odruchowe plucie moherowymi beretami, fanatycznym katolicyzmem i szowinistycznym nacjonalizmem. Opluty delikwent ociera sobie twarz z deszczu i już wie, że ma siedzieć cicho i ładować tych Żydów do wagonów, bo tego wymaga od niego nowoczesne państwo. Jakieś roztrząsanie debilnych dyrdymałów w postaci prawdy, sprawiedliwości czy moralności jest przecież przejawem haniebnego serwilizmu wobec rydzykowych demonów patriotyzmu.

Czy istnieje jakieś wyjście? Niby rewolucja francuska w końcu upadła po krwawej łaźni jakobinów. Bolszewicki terror komunistów także w końcu się skończył, choć aż do dzisiaj stalinowskie zbrodnie nie stanowią żadnego ostrzeżenia dla lewackiego towarzystwa z Krytyki Politycznej, która otwartym tekstem nawołuje do stosowania metod terrorystycznych. Nowy Wspaniały Świat nie ma jednak, przynajmniej oficjalnie, nic wspólnego z fundamentalistami islamskimi, więc może być dofinansowywany przez nas wszystkich za pośrednictwem Urzędu Miasta Stołecznego Warszawy. Wmawia się nam, że wrogiem jest obcy, fundamentalistyczny muzułmanin, skrupulatnie ukrywając wroga wewnątrz własnych szeregów. Buduje się klimat pomieszanych pojęć, sprzyjający maskowaniu faktu, że poza zewnętrznym wrogiem nie spaja nas już nic. Gdy stan anomii osiągnie masę krytyczną, nastąpi samozapłon umożliwiający przegrupowanie szeregów w aparacie władzy.

Czy wtedy pojawi się szansa na dojście do głosu wartości, które teraz fruwają jedynie w akademickich rozważaniach historyków idei? Czy będą wtedy jeszcze ludzie, którzy znajdą w sobie moc nadania sensu aksjologicznie jałowemu światu? Patrząc na niesamowicie silną perwersyjną przyjemność, jaką czerpią różne gnidy i kanalie z delektowania się swoją nikczemnością i draństwem oraz na radość jaką sprawiają swoim zachowaniem żądnej emocji widowni, obawiam się, że demokratyczny wybór świata, nie pójdzie w kierunku kulturowego renesansu, ale raczej zakończy się nowym najazdem Hunów i Wandali, którzy wyczyszczą to miejsce pod nowy rozdział historii ludzkich migracji.

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Demografia, Orban i smutek

Kryzys demograficzny nadchodzi wielkimi krokami, a Tusk rubasznie stwierdza, że nie potrzeba żadnych ustaw i rozwiązań systemowych, bo w sprawach demografii Polacy powinni się wziąć do zupełnie innej roboty. Tak, to prawda, wszystko zmierza do tego, żeby wszyscy brali się do zupełnie innej roboty. Historycy niech robią w polityce, politycy niech grzebią w historii, mężczyźni powinni pomieszać w garach, a kobiety powinny wsiąść na traktory. Matki powinny zostawić swoje dzieci pod opieką żłobków, by mogły zająć się wychowywaniem w innych żłobkach cudzych dzieci.

Świetnie opisała ten stan rzeczy Karolina Elbanowska w swoim artykule, który nie wiem czemu przeszedł kompletnie bez echa. A obnaża on bardzo trafnie tragiczną sytuację kobiety, którą szybkie zmiany cywilizacyjne w połączeniu z nienadążającymi za nimi zmianami kulturowymi, wepchnęły na czyśćcową ścieżkę mordęgi i upokorzenia. Uprzedzam od razu, że nie chodzi tu o to, by przywrócić tradycyjny podział ról społecznych!!! Chodzi o to, że kobieta dzisiaj nie ma możliwości wyboru. Nie może wybrać ciężkiej pracy wychowywania i opieki nad własnymi dziećmi. Podobnie jak niegdyś zmuszana była do zajmowania się jedynie domem i bycia ozdoba dla swojego męża, tak dzisiaj często nie ma wyboru i zmuszana jest sytuacją ekonomiczną (ale również i cywilizacyjną) do pracy na podwójnym etacie - pracownicy i pomocy domowej. Pozwolę sobie dla nakreślenia kontekstu przytoczyć obszerne fragmenty artykułu Karoliny Elbanowskiej, bo doprawdy ten tekst na to zasługuje:

„W naszym państwie najważniejszą funkcją kobiety jest praca zawodowa. To praca ją definiuje, przydaje statusu. Od pracy wszystko się zaczyna, bez niej nic nie ma znaczenia. Nowym blaskiem lśnią plakaty przodowniczek, dziś już nie tak przaśnych, nie w waciakach, lecz w mundurkach z logo firmy. Współczesna kobieta nie ogranicza się do przekraczania 100 procent normy. To zrobiła już dawno jej babcia. Współczesna kobieta robi karierę.

Praca! To jest to, co dziś dodaje splendoru płci pięknej. Praca w korporacji, na stanowisku dyrektorskim czy kasjerskim. W banku i supermarkecie, z laptopem czy ścierką. Byle wyrabiać PKB, łożyć na ZUS i płacić podatki. Byle nie tracić na konkurencyjności, nie degradować się intelektualnie, społecznie i moralnie w domowych pieleszach, przy dziecięcym łóżeczku, marchewkowym soczku i pierwszych sylabach wypowiadanych przez zaślinione dziąsła. […]

Współczesna cyberkobieta nie może być niedyspozycyjna. Musi odpracować ciążę do dnia porodu lub iść na przedwczesny macierzyński, by nie okradać innych pracowników, by nie okradać ZUS. Musi odstać swoje w kolejce do kasy albo na sejmowej mównicy. Równouprawnienie zobowiązuje, a ciąża to nie choroba. Zwłaszcza kobieta ciężarna może w pierwszej kolejności udowodnić, że nie odstaje od normy, nikomu nie zagraża i niczego nie zabiera. […]

Właściwości prokreacyjne, które stanowią ewolucyjne zapóźnienie, skamielinę z epoki nierównouprawnienia, degradują kobietę do roli ciężarnej, a potem mamki. Jaka szkoda. Gdyby choć kobiece mleko obłożyć VAT, można by było jeszcze zachować resztki obywatelskiej godności. Ale nie, w macierzyństwie wszystko jest takie pierwotne i przedpaństwowe. Potrafimy już co prawda położyć nasze dzieci na swoistą taśmę produkcyjną, która rozpoczyna się żłobkiem wraz z ukończeniem przez nie 20. tygodnia życia, a kończy na rynku pracy. […]

Na pierwszym w nowym roku posiedzeniu Sejmu posłowie przyjęli przy niemal wzorowej jednomyślności (przy jednym głosie sprzeciwu) ustawę o opiece nad dziećmi do lat trzech, tzw. żłobkową. Rządzący liczą, że ta bezkosztowa ustawa pomoże zrealizować wytyczne strategii lizbońskiej i przy dzisiejszych 3 proc. dzieci w żłobkach trafi tam wkrótce więcej niż 30 proc. Główny zysk, jaki wskazano w uzasadnieniu ustawy, to duża liczba kobiet, które trafią na rynek pracy, zapłacą składki ZUS i podatki, oraz niemowlaki obdarzone możliwością jeszcze wcześniejszej edukacji.

Kobieta polska uwolniona zostanie od łatwej wymówki: „nie zostawiam 20-tygodniowego niemowlęcia w żłobku, bo nie ma miejsca”, albo „nie wracam do pracy za tysiąc złotych, bo więcej zapłacę opiekunce”. Państwo pomoże w utrzymaniu godnej postawy wobec społeczeństwa. Kobieta musi mieć prawo chodzić z podniesionym czołem. Móc patrzeć prosto w oczy 34-letnim emerytom i wszystkim innym współobywatelom, którzy z rozmaitych racji zajmują bardziej uprzywilejowane pozycje w naszej społeczności. […]

Matka będzie wreszcie jednostką samodzielną. Będzie mogła się realizować choćby w odpikiwaniu przy kasie produktów. A jej dziecko – czy to nie wspaniałe – da szansę pracy innej kobiecie, która będzie się nim opiekować nie tak prymitywnie jak matka, ale w sposób cywilizowany, również wyrabiając PKB.”


Jakie rozwiązania systemowe proponowali do tej pory polscy politycy? Wspomniana wyżej ustawa żłobkowa – świetnie – na pewno żłobki są potrzebne, choć ich ubocznym kosztem społecznym może być  (aczkolwiek oczywiście nie musi) zjawisko produkowania ludzi z deficytem miłości, akceptacji i poczucia własnej wartości, niedopieszczonych i z syndromem porzucenia, które to deficyty będą w przyszłości kompensowane w różny sposób niekoniecznie z korzyścią dla otoczenia.

Becikowe – zaiste wspaniałe i skuteczne wsparcie za pomocą jednorazowego zastrzyku gotówki, która starczy na komplet pieluch. Jest ten zastrzyk faktyczną jałmużną, jednorazowym rzuceniem monety do nadstawionej czapki żebraka, w celu zaspokojenia potrzeby poczucia przyzwoitości darczyńcy. Wychowanie dziecka trwa bowiem dłużej niż okres robienia w pieluchy. Ale becikowe jest dobrą wymówką dla polityków: "oto jak dbamy o politykę prorodzinną!" - od siebie mogę powiedzieć, że ja słyszę: "oto jak obrażamy inteligencję wyborcy!"

Potępiany w całej Europie Viktor Orban, którego medialne projekty ustaw wywołują reakcje przypisywane powszechnie najbardziej fanatycznym słuchaczom radia Maryja, wprowadza jednocześnie rozwiązania systemowe, które nie tylko faktycznie promują rodzinę i dzietność, ale wręcz umożliwią sensowne funkcjonowanie tejże rodziny w warunkach rynkowych. Jak przedstawia Igor Janke w swoim reportażu:

„Rząd Orbana, co często pomijają nieprzychylne mu zagraniczne media, chce wzmocnić w bardzo konkretny sposób słabe części węgierskiego społeczeństwa. Jak? Przez wprowadzenie podatku liniowego na poziomie 16 procent oraz znaczących prorodzinnych ulg podatkowych. Od każdego dziecka podatnik odpisuje sobie 10 000 forintów miesięcznie od podatku (nie od podstawy opodatkowania). W przypadku większej ilości dzieci ta kwota rośnie. W praktyce przeciętnie zarabiający Węgier z trójką dzieci może nie płacić podatku.

W najbliższych miesiącach ma zostać wprowadzony plan istotnych udogodnień dla małych i średnich przedsiębiorstw. Duże ulgi podatkowe, ułatwienia przy starcie, pomoc w zdobywaniu funduszy unijnych. Jednocześnie zaczęto reformę administracji, wkrótce w ślad za tym ma pójść reforma edukacji i służby zdrowia.”


Tłumaczy także skąd bierze się niechęć wielkiego biznesu i, co za tym idzie, większości klasy politycznej w Europie:

„Z czego wynika niechęć przedstawicieli Zachodu? Za rządów socjalistów mieli tu cudowne życie, warunki, jakich nie mogli mieć nigdzie indziej. Teraz wszyscy są wściekli na podatek kryzysowy, który dotknął wielkie firmy z branży telekomunikacyjnej, energetycznej i sieci handlowe. Faktyczna likwidacja OFE uderzyła w wielkie spółki ubezpieczeniowe jeszcze bardziej niż w Polsce.

Ludzie z wielkich koncernów, czując, że ich interesy są zagrożone, przekonują dziennikarzy, że Orban im szkodzi, skarżą się swoim ambasadorom i politykom w macierzystych krajach. Ci wywierają presję na Komisję Europejską, . Z kolei węgierscy socjaliści swoimi kanałami uruchamiają zachodnią lewicę, której przedstawiciele mówią publicznie, że trzeba się zastanowić, czy Węgrzy są godni tego, by przewodzić przez pół roku Europie. […]

Rząd prowadzi szereg działań mających odbudować klasę średnią, wzmocnić tych, których pozycja przez lata stale się pogarszała podczas gdy zachodnie koncerny miały ogromne ułatwienia, Gyurcsany doprowadził wiele małych firm do upadku.”


Co jest bardziej rynkowe? Wspieranie wielkich międzynarodowych koncernów, które dają co prawda miejsca pracy, ale które odprowadzają zyski za granicę zmniejszając ilość gotówki w obrocie krajowym? Czy też może jednak wsparcie dla sektora małych i średnich przedsiębiorstw, które dostarczają znakomitą większość wpływów do budżetu, za pośrednictwem najróżniejszych podatków, a zyski przeznaczają na inwestycje i konsumpcje na krajowym rynku? Myślę, że dla każdego, kto zerknął choć raz w statystyki i zestawienia źródeł wpływów budżetowych odpowiedź będzie stosunkowo prosta.

Jasne jest, że kolosalne ulgi inwestycyjne dla wielkich koncernów były konieczne, aby powstała infrastruktura produkcyjna, aby ściągnąć inwestycje szczególnie w te rejony, w których padły wielkie nierentowne zakłady socjalizmu. Jednak minęło 20 lat i Orban doszedł do wniosku, że może jednak wystarczy tych ulg? A nic bardziej nie boli jak odebranie niezasłużonych przywilejów. Czy kogokolwiek stać by było na podobny ruch w Polsce? Nadzieja moja jest nikła. Pomimo pojawiających się na ustach wszystkich możliwych stron politycznej sceny słów takich jak solidarność czy sprawiedliwość.

Polecam obserwacje poczynań Orbana każdemu, kto sądzi, iż nie ma alternatywy. Nie twierdzę, że jego działania są wzorem do bezkrytycznego naśladowania, że wszystko co dzieje się na Węgrzech wzbudza mój entuzjazm. Mój problem z Orbanem polega na tym, że im dłużej i wnikliwiej przyglądam się płynącym z Budapesztu przekazom, tym bardziej utwierdzam się w jednej obserwacji: większość negatywnych poczynań Orbana – istnieje obecnie także w Polsce; większość pozytywnych rozwiązań – nawet nie jest w Polsce brana pod uwagę.

Na koniec taka dygresja zupełnie nie na temat:
Zżymamy się na naszego premiera, że bagatelizuje problemy. A czy my jesteśmy w stanie je zlokalizować i "podbić" dobre rozwiązania? Sprawić, że politycy (którzy też są przecież ludźmi, tylko bardziej ułomnymi, bo z rozbudowaną potrzebą władzy) uwierzą, że deklarując i wprowadzając w życie te zlokalizowane przez nas, wyborców, dobre rozwiązania - są w stanie zyskać poparcie? Czy też będziemy udowadniać na każdym kroku, że jedyną istotną dla nas kwestią jest głupawy uśmieszek Tuska, wzrost Poncyliusza, czy mlaskanie Kaczyńskiego? Taki mój prywatny mały apel do piszących - może zamiast tworzenia setnego tekstu o niekompetencji Klicha, krętactwie Grasia czy kolejnym bronku Prezydenta, podbijajmy naszym komentarzem te informacje, które niosą w sobie jakiś pozytywny ładunek konstruktywnej informacji?

piątek, 14 stycznia 2011

Zidiocenie jako metoda

Kilkadziesiąt lat temu tzw. afera Watergate doprowadziła prezydenta Stanów Zjednoczonych do ustąpienia z funkcji. Zanim to nastąpiło wszyscy podejrzani w sprawie zachowywali się dokładnie tak, jak dzisiaj zachowują się wszyscy byli „tajni współpracownicy” – zaprzeczają wszystkiemu do samego końca utrzymując, że oskarżenia to jakieś chore rojenia zwolenników spiskowych teorii dziejów. W latach 70-tych w USA znalazło się dostatecznie wielu patriotycznych ludzi, którzy mieli tyle odwagi i determinacji, że wyprowadzili prawdę na światło dzienne.

Pod względem metody spaceru w zaparte nic się nie zmieniło, udoskonalono jedynie metody dezinformacji służące zasłanianiu, wyłaniających się zza mgły pozorów, strzępów prawdy o sieciach powiazań najróżniejszych interesów. Produktem ubocznym tej nadmiarowej dezinformacji jest coraz bardziej ogłupiała rzesza ludzi, nie potrafiących odróżnić opinii od faktu, pomówienia od diagnozy, prawdy od fałszu. W tej sytuacji przyjmują oni jako swój, określony komunikacyjny paradygmat, w którym pytanie np. „czy sprawdziłeś hamulce w moim samochodzie?” jest równoznaczne ze stwierdzeniem „chcesz mnie zamordować?” Intuicja podpowiadająca absurdalność takiego znaku równości działa jeszcze tylko w odniesieniu do własnej osoby. Natomiast w wypowiedziach innych osób jest ona niedostrzegalna nawet wtedy, gdy palcem wskaże się miejsce absurdu.

Skąd ten poziom logicznego ignorowania rzeczywistości? Czy jest to efekt jakiegoś powszechnego zidiocenia Polaków, co sugerują już wprost różni publicyści i komentatorzy? Czy może jest to przejaw jakiś szerszych ogólnoświatowych tendencji? Przypomnijmy kilka faktów.

W 2008 roku społeczność międzynarodowa, nie zważając na stwarzające precedens konsekwencje dla różnego rodzaju separatystycznych dążeń, uznaje Kosowo jako niepodległe państwo. W tym samym roku Rosja, pod analogicznym pretekstem ochrony, mających przecież prawo do samostanowienia, narodów abchazkiego i osetyjskiego, najeżdża Gruzję. Oprócz werbalnego sprzeciwu, ani UE ani USA nie kiwnęły nawet palcem, by cos z tym zrobić. Wychędożonemu przez Rosjan Sarkozy’emu nie pozostało nic innego poza satysfakcją poszarpania marynarki Ławrowa. Nikt jednak nie miał zamiaru nic robić, a Rosja dostała jasne potwierdzenie, że NATO jest dostatecznie zneutralizowane wojnami w Iraku i Afganistanie. W kraju serwowano nam jednak oficjalną papkę informacyjną o wymachiwaniu szabelką nawiedzonego kurdupelka, na którego warto nasłać jedynie ślepego snajpera. Dokumenty WikiLeaks pokazały jednak wyraźnie, że wycieczka Prezydentów do Tbilisi w 2008 roku, była faktycznym powodem zatrzymania rosyjskiej ofensywy i wszyscy, ze Stanami Zjednoczonymi na czele, byli zaskoczeni stanowczością i skutecznością działania wyszydzanego kurdupelka. (Oczywiście według obowiązującej narracji przypominanie tego faktu jest efektem ulegania macierewiczowej paranoi wszechświatowego spisku, ale spokojnie… oddycham głęboko… staram się nie denerwować…)

Pod koniec 2010 roku WikiLeaks wypuściło kolejną porcję tajnych dokumentów pochodzących z amerykańskiej administracji. I podobnie jak na początku afery Watergate – nie był to efekt dziurawych systemów bezpieczeństwa, albo wadliwości procedur bezpieczeństwa, czy też efekt zdrady jakiegoś urzędnika bądź grupy urzędników. Nie! To jest wina szefa WikiLeaks, który opublikował tajne dokumenty innego państwa!!! Assange'a trzeba zamknąć do więzienia, by nie szkodził światowemu ładowi. Zamknąć jednak nie za ujawnienie informacji, bo nie obowiązywała go przecież żadna tajemnica, a za to, że pękła mu guma podczas nocnych igraszek. Czyż w takim razie w aferze Rywina głównym winnym nie jest Michnik, który zgodził się (co prawda po pół roku „dziennikarskiego śledztwa”) na opublikowanie transkrypcji nagrań? Czyż nie należałoby go wsadzić do wiezienia? Za cokolwiek, co by się tam znalazło, jakby dobrze poszukać. Brak konsekwencji? Absurd? Nieważne! Ważne, że świat to kupuje.

Zastanawiam się całkiem poważnie, czy to „powszechne zidiocenie”, którego przejawem jest bezkrytyczne przyjmowanie wszelkiego rodzaju dyrdymałów, nie jest bardzo racjonalnym wyjściem z sytuacji? Trzeba nieustannego i niemałego natężenia uwagi, by nadążyć za piętrowymi konstrukcjami zorganizowanego kłamstwa. Trzeba sporo zimnej krwi, by móc funkcjonować w świecie, w którym wszystkie dotąd spajające społeczność wartości, takie jak uczciwość, prawda, honor straciły ewidentnie znaczenie. Niczym w czasach rewolucji, zostały zawieszone na kołku. Możesz przy nich trwać i zginiesz, albo będziesz mocno poturbowany, jak Cezary Baryka w Baku. Możesz natomiast spróbować się dostosować i wtopić w tłum udając, że kupujesz wszystko, co ci podają na medialnej tacy. Jak to zrobić skutecznie? Jak się nie zapomnieć i nie chlapnąć gdzieś przy kimś prawdy? Jedynym sposobem jest uwierzyć, że to jest rzeczywistość. Jak szpieg-śpioch, należy myśleć, marzyć, śnić nawet w innym języku. Tylko wtedy w miarę bezpiecznie i niewielkim psychicznym kosztem jesteśmy w stanie przetrwać w obcym środowisku.

Idąc tym tropem, być może polskie społeczeństwo nie jest takie głupie dostosowując się do tej światowej sytuacji powszechnego kłamstwa, fałszu, hipokryzji i odwracania kota ogonem. Być może zdajemy sobie zbiorowo sprawę, że porywanie się z motyką na słońce, czy też z kopią na wiatraki, jest z góry skazane na porażkę. Jeśli natomiast będziemy podskakiwać, skończymy jak nasz Prezydent. Nie zdziwię się, jeśli w sondażach w najbliższej przyszłości będzie rosło nie tylko poparcie dla partii rządzącej, ale również rosło będzie zaufanie do Rosjan. Jak nie można wroga pokonać, to trzeba go pokochać. Jak nie ma się warunków do obrony, to być może trzeba polubić to upadające na podłogę mydło…

Charakter polsko-rosyjskich relacji, które ostatnio możemy obserwować najtrafniej opisał swego czasu Andrzej Waligórski:

Raz ordynarny niedźwiedź kucnąwszy na łące
W dość niewybredny sposób podtarł się zającem.
Zając się potem żonie chwalił po obiedzie:
- Wiesz stara, nawiązałem współpracę z niedźwiedziem!


Można poddać pod dyskusje prowokacyjną hipotezę, że Tusk i jego ferajna z premedytacja zgodzili się ten charakter stosunków. Polacy dość się nacierpieli w XIX i XX wieku. Ktoś zauważył, że tuż po 10 kwietnia cała przestrzeń powietrzna nad północną i środkową Europą została wyczyszczona, pod pozorem wybuchu wulkanu. NATO być może szykowało się do ataku, albo do odparcia ataku. Działania polskiego rządu poszły jednak w innym kierunku: olewamy prestiż, olewamy honor, idziemy drogą Francji z czasów drugiej wojny światowej. Jesteśmy za słabi zarówno samodzielnie, jak i ze wsparciem związanego Irakiem i Afganistanem NATO. Nie będziemy szli drogą Gruzji, bo skończy się to utrata z takim trudem odbudowywanej infrastruktury. Tym bardziej, że dzięki ministrowi Klichowi nie mamy już praktycznie całego dowództwa armii.

Zatem z pełną świadomością wizerunkowych i prestiżowych strat zajmijmy się rozbudową własnego ogródka. Nadchodząca druga fala kryzysu jest bez znaczenia – w tym paradygmacie nie ma miejsca na niewygodne okoliczności, jest miejsce jedynie na płynną narrację bajki o teraźniejszości. Poza tym kryzys potrwa kilka lat, a my tu mówimy o co najmniej dwu pokoleniach. Wtedy być może wrócimy do międzynarodowej gry, ale najpierw musimy się nieco odkuć. Czy ktokolwiek wypomina dziś Francji, że tak szybko się poddała w 1940 roku, a duża część społeczeństwa spolegliwie współpracowała z Niemcami przy wywożeniu Żydów do Auschwitz? Dziś Paryż w dalszym ciągu zachwyca cały świat, a dawną świetność niepokonanego Paryża Wschodu z trudem można dostrzec w kamienicach na Lwowskiej czy Nowogrodzkiej.

I tylko gdzieś na dnie głębokich pokładów pradawnych fantazmatów wyssanych z mlekiem matki czai się pytanie: czy nadszarpnięta przyzwoitość może się odrodzić? Czy franca koniunkturalnej konformistycznej prostytucji jest uleczalna? Czy będziemy pamiętać jakimi jesteśmy ludźmi, gdy warunki się zmienią? Czy będziemy potrafili wychować dzieci z Wrześni? Czesi wytrzymali bez państwa prawie 800 lat. Polacy trwali 200 lat. Trzeba być dobrej myśli. Bo cóż innego nam pozostaje?

z bloga Niewolnika... ;-)

środa, 12 stycznia 2011

Bycie idiotą to kwestia wyboru

Czytając psychologiczne analizy tego co się działo w kokpicie zastanawiam się dlaczego nikt nie przypomina podstawowej kwestii. Przede wszystkim samolot nie lądował tylko podchodził do lądowania. Przypomnijmy fragmenty (w tej chwili kompletnie już niewiarygodnego) stenogramu:

10:32:55,8Dowódca statkuPodchodzimy do lądowania. W przypadku nieudanego podejścia, odchodzimy w automacie.
10:35:22Kontroler ruchu lotniczegoPolski 101 i od 100 metrów być gotowym do odejścia na drugi krąg
10:35:29Dowódca statkuTak jest

Oni mieli zejść na pułap 100 i wtedy zdecydować: jak nie widać ziemi to odlatujemy. I podczas schodzenia na ten pułap zderzyli się z ziemią. Wieża zaś do samego prawie końca podawała informacje "na kursie, na ścieżce". Pamiętacie film "Szklana pułapka 2"?

Nie chce wchodzić w dalsze dywagacje dot. analizy pracy radiolatarni i wskazywać innych konkretnych zapisów ze stenogramów. To co przedstawił nam MAK jest jak relacja pijanego kierowcy: "ciężarówka pojawiła się znikąd uderzyła w nas i znikła".

Jak ktoś chce nazywać cudzą ślinę na swojej twarzy letnim deszczykiem - jego sprawa. Ja taką postawę interpretuję jednoznacznie jako struganie idioty i tyle. Bycie idiotą jak się okazuje bywa także kwestią wyboru.

środa, 22 grudnia 2010

Wyborczy fałsz i obłuda

Cuda w komisji wyborczej nr 208 na warszawskiej Ochocie skutecznie niszczą zaufanie do Państwa, którego mechanizmy kontrolne nie zabezpieczają obywateli przed nadużyciami. Tylko głupota członków komisji umożliwiła zdemaskowanie procederu, co do którego nie można mieć pewności czy nie jest masowy.

Wczorajszy wieczór przyniósł arcyciekawą informację na portalu niezależna.pl. Sprawa jest już komentowana przez Blogerów, aczkolwiek wątpię, aby znalazła się w głównym medialnym obiegu. Chodzi o przypadek kandydatki PiS do Rady Dzielnicy Ochota, Aleksandry Jaroszkiewicz. Po podliczeniu głosów okazało się, że na nią głosowało zero wyborców, choć powinien być odnotowany przynajmniej jej jeden głos, który oddała na samą siebie. Po ponownym sprawdzeniu głosów przez Sąd Okręgowy w Warszawie okazało się, że kandydatka otrzymała nie zero, a dziewiętnaście ważnych głosów.

Ja rozumiem, że można się "pomylić", ale podawanie wyniku 0 przy faktycznie oddanych 19 głosach??? Ja rozumiem, że te wszystkie zdania o fałszerstwach to przejaw moherowej paranoi, ja rozumiem, że Begierowej udowodnili fałszowanie podpisów, więc „takie rzeczy się zdarzają wszędzie”. Ja wszystko rozumiem, ale jaka musi być atmosfera, że członkowie Komisji Wyborczej, osoby zaufania publicznego, nie liczą się już nawet z pozorami i kasują 19 głosów wpisując jako wynik 0 (zero)! Tylko dzięki swojej głupocie wpadli. To jedyny plus tej sytuacji.

Jakie są rzeczywiste wyniki tych wyborów? Odpowiedzią mogłoby być jedynie ponowne przeliczenie wszystkich głosów przez zewnętrznych obserwatorów. A to jak wiemy jest technicznie mało wykonalne. Co robili w czasie liczenia głosów mężowie zaufania? Dlaczego nie zadziałała krzyżowa kontrola członków Komisji, którzy powinni być przecież z różnych ugrupowań. Medialne szczucie przynosi realne efekty w postaci konformizmu nawet pisowskich członków komisji? „Bo wyniku wyborów przecież to nie zmieni”, tak? To dlaczego powtarzamy sobie, że każdy głos jest ważny? I nie chodzi tu o ugrupowanie poszkodowanej - gdyby dotyczyło to kandydata PO - mój komentarz i reakcja byłyby identyczne.

Była jakiś czas temu mowa o znaczeniu nieważnych głosów, jako formy protestu obywatela na tyle aktywnego, by poszedł do urny i na tyle niezadowolonego, że skreśla przy urnie wszystkich. Są głosy, że jest to furtka do fałszerstw wyborczych, bo łatwo jest unieważnić czyjś głos. Ten przykład pokazuje że nie trzeba nic unieważniać, skoro mechanizmy kontrolne w trakcie najważniejszego momentu, czyli liczenia głosów zawodzą do tego stopnia, że nikt się nie przejmuje aż tak jawnym komisyjnym kłamstwem jak podanie 0 zamiast 19 głosów na danego kandydata. Co stoi w takiej sytuacji na przeszkodzie podanie 190 zamiast 19? Albo odwrotnie. Zawsze można przecież się tłumaczyć, że w zmęczeniu nie wpisałem zera.

To, co umożliwia wyborcze fałszerstwa - niekoniecznie w drodze odgórnej dyrektywy, ale np. w postaci silnej osobowości w wyborczej komisji, która przekona resztę, że 19 głosów w tą czy w tamtą nie ma znaczenia, „bo wyniku wyborów to nie zmieni” - to jest społeczne przyzwolenie na kłamstwo. W sytuacji gdy wszędzie słyszymy, że 20 stopni mrozu to jest odwilż, że rosnące lawinowo zadłużenie Państwa to sukces liberalnej gospodarki, że „Polska po raz pierwszy od wielu dekad jest graczem, a nie pionkiem w stosunkach międzynarodowych”, to naprawdę te 19 głosów może nie mieć najmniejszego znaczenia. Jeśli jednak nie chcemy bujać w obłokach tylko stąpać realnie po realnej ziemi, to nie możemy godzić się na niewydawanie reszty z powodu braku drobnych w kasie. Nie możemy godzić się na oddanie kluczyków do samochodu bandycie i przyjąć do wiadomości, że on tylko pożyczył na chwilę.

Kolejny raz w trakcie aktualnych rządów zaufanie do Państwa zostało podkopane. Bardzo poważnie.

środa, 8 grudnia 2010

Larry Flynt w wersji zaawansowanej

Czekam, czekam i doczekać się nie mogę. Kiedy wreszcie ktoś zauważy kuriozalność zarzucania Julianowi Assange łamania prawa poprzez publikowanie tajnych dokumentów? Czy tylko jeden Dan Gillmor dostrzega problem, czy też pozostali dziennikarze tak boją się zadzierać z wszechpotężnym systemem światowej władzy, że autocenzurują swoje opinie? A może po prostu totalitaryzm informacyjny przybrał na tyle skuteczną formę, że jest po prostu przezroczysty dla przedstawicieli czwartej władzy, która zrezygnowała z funkcji kontrolnych na rzecz legitymizacji wszelkiej władzy?

Kto łamie prawo? Urzędnik dostarczając dziennikarzowi tajny dokument? Czy też dziennikarz, który taki dokument podaje do publicznej wiadomości? Jeśli, jak w przypadku Assagne, przyjmiemy, że prawdziwa jest ta druga odpowiedź, to zanegujemy legalność każdego dziennikarskiego śledztwa.

W przypadku katastrofy smoleńskiej, w kontekście „ocieplenia stosunków polsko-rosyjskich”, taka interpretacja jest w pewien sposób zrozumiała. Jest skandaliczna, nie do przyjęcia, ale można rozumieć zależnościowe uwarunkowania rezygnującego z suwerenności kraju, w którym dziennikarze są funkcjonariuszami establishmentu. Natomiast przyjmowanie takiej interpretacji przez całą Zachodnią cywilizację, nie tylko przez rządy, ale również pozornie wolne gospodarcze podmioty jest przerażającym dowodem na totalitarność korporacyjnego systemu, w którym nie ma miejsca na różnice poglądów. Został ujawniony dramatyczny stan wielowątkowego uwikłania, które abstrahując od naczelnych wartości zachodniej cywilizacji de facto zamyka pewien etap rozwoju tej Kultury.

Rząd Australii stwierdza jeszcze w listopadzie, że nie tylko nie udzieli swojemu obywatelowi żadnej pomocy, ale jeszcze sprawdza, do naruszenia jakich paragrafów mogło dojść w przypadku szefa WikiLeaks oraz rozważa też prośbę władz Stanów Zjednoczonych o unieważnienie jego paszportu. Systemy rozliczeń finansowych Visa i MasterCard odmówiły obsługi Wikileaks. Wcześniej tak samo postąpił system PayPal. Wikileaks musi też cały czas zmieniać serwery i domeny. To ma zasięg globalny i obliczone jest na uniemożliwienie funkcjonowania portalu, który ujawnia niekompetencje światowych rządów m.in. w kwestii zabezpieczeń. Jeśli bowiem prywatna osoba jest w stanie dotrzeć do tak tajnych dokumentów, to czy ktoś jeszcze wierzy, że jakiekolwiek służby wywiadowcze maja z tym problem?

Ostatnie zmiany stanowisk, nieco krzepią. Australijski rząd chyba zdał sobie sprawę, jakie znaczenie mają jego wcześniejsze deklaracje i dość szybko poszedł po rozum do głowy uznając, że winę za ujawnienie amerykańskich poufnych depesz dyplomatycznych ponoszą Stany Zjednoczone, a nie założyciel portalu Wikileaks Julian Assange oraz że odpowiedzialni prawnie są za to ludzie, od których pochodził przeciek. Jednak mleko się rozlało i widać już wyraźnie, że rząd chiński nie jest jedynym, który chce kontrolować i kontroluje informację. Jakiekolwiek nawoływania do przestrzegania wartości takich jak wolność, czy prawa jednostki straciły po sprawie Assagne’a moralne umocowanie.

Milos Forman nakręcił film o historii człowieka, który wygrał batalię o wolność słowa, umożliwiającą mu drukowanie i dystrybucje pornografii. Dzisiaj mamy nowego Lary Flinta, tylko z dużo istotniejszym problemem. To nie jest walka o WikiLeaks. To jest walka o podstawy zachodniej cywilizacji.

poniedziałek, 15 listopada 2010

Wiktor w Jaskini Lewactwa

Przyszedł niedzielny poranek. Uzależniony od informacji Wiktor zerknął do internetu, by sprawdzić czy może w ten pięknie się zapowiadający dzień iść na spacer do parku, czy też rzuci się w oczy jakiś inny ciekawy cel niedzielnych peregrynacji. Okazało się, że można połączyć obie możliwości, bo dopiero o 17 w Nowym Wspaniałym Świecie jest spotkanie z pomysłodawcą gwizdkowej Akcji anty-niepodległościowej. Wiktor się ucieszył, bo zawsze to lepiej usłyszeć argumentację i opinie u samego źródła, niż polegać tylko na przekazach z drugiej albo i trzeciej ręki. Zatem po wiosennym spacerze w połowie listopada Wiktor skierował się przykładem zachodzącego słońca w kierunku Nowego Światu.

Duża sala wypełniona w całości, aczkolwiek bez tłoku. Prowadząca zapowiedziała dyskusję horyzontalną, więc posiadacze mikrofonu byli strofowani, gdy wstawali ze swojego miejsca. Poprosiła też o nie rejestrowanie spotkania i nie robienie zdjęć, co oznaczało, że Wiktor mógł spokojnie zrezygnować z robienia notatek, bo następnego dnia na pewno będzie można przeczytać gdzieś stenogram tego spotkania. Organizatorzy, co oczywiste, obwieścili sukces anty-faszystowskiej Akcji 11 listopada i podziękowali bardzo długiej liście organizacji. Podawane przez GazWyb informacje, jakoby antyfaszystów było ok. 3 tysięcy okazały się mocno zaniżone, bo według organizatorów było ich co najmniej 5 tysięcy. Wiktor przypomniał sobie od razu relacje blogerów, którzy opisywali swoje, spowodowane blokadami, kłopoty z dotarciem do Marszu Niepodległości i przymusowym przemarszem w towarzystwie uczestników blokady. Sam Wiktor maszerował wśród antyfaszystów do Oboźnej, gdzie wszyscy skręcili, by zablokować główny Marsz idący ulicami Powiśla. Ale kto by się przejmował takimi drobiazgami jak odróżnianie zamaskowanych anty od niezamaskowanych faszystów?

Po obowiązkowych gratulacjach i podziękowaniach głos zabrał autor gwizdkowego pomysłu, który w dość dosadnych słowach zbeształ organizatorów całej Akcji za kilka rzeczy. Wiktorowi oczy otwierały sie coraz szerzej, uszy zaczęły falować jak u słonia: jakże to tak? Ten doświadczony opozycjonista z czasów PRL-u, nie zdawał sobie sprawy, że zapraszając ludzi na blokady, które będą łamały prawo, zaprasza ich także do grzechu czynności symetrycznych do grup, przeciwko którym się protestuje? Że wyrosłe z ruchu Radykalnej Akcji Antyfaszystowskiej bojówki Antify będą potulnie jak baranki czekały na faszystowskie znaki z drugiej strony i reagowały w duchu "non-violence"? Wiktor był pełen uznania dla odwagi cywilnej besztającego Antifę Seweryna Od Gwizdków i jednocześnie nie mógł wyjść ze zdumienia nad jego naiwnością.

Kolejny mówca podziękował poprzednikowi za to, że mimo wszystko nie uznał symetrii działań faszystowskich bandytów i "problematycznych" reakcji Antify. Rzucone w przestrzeń pytania o cele na przyszłość, dalekosiężne oczekiwane efekty działań Akcji okazały się jednak mało istotne. W toku kolejnych wypowiedzi wynikało coraz bardziej wyraźnie, że problemem jest samo przetrwanie lewicowych aktywistów, w skrajnie nieprzyjaznym policyjnym państwie. Policja bowiem zamiast bronić ludzi przed bandytami, to broniła bandytów przed Antifą! Co więcej, wiele osób było uratowanych przed stratowaniem przez bandytów właśnie przez dzielną Antifę! Pojawiły się też głosy, że czerwony sztandar wcale nie jest passe, a akcje czerwonego RAF-u były dobre, choć nie odniosły oczekiwanego sukcesu. Wiktor nie próbował się zastanawiać, jak afirmacja "ulicznych napierdalanek", używając tutejszego języka, ma się do przeciwdziałania niosącemu przemoc faszyzmowi, bo zorientował się dosyć szybko, że nie o ideologiczną czy logiczną spójność tu chodzi.

Jakiekolwiek próby ściągnięcia dyskusji na merytoryczny poziom, na zagadnienia dotyczące logistyki, organizacji, komunikacji, która ewidentnie szwankowała, trafiały w próżnię, bo najważniejszy okazywał się akcentowany przez dzielną panią Kazimierę, rewolucyjny zapał, który zmobilizuje ludzi do wyjścia na ulicę. Drugim kluczowym problemem był sposób, w jaki środowiska lewicowe są traktowane przez sprzyjającą i w większości faszystowską policję. Wiktor czuł się, jakby został przeniesiony na plan Przedwiośnia, tylko aktorzy dużo lepiej i szczerzej odgrywali rewolucyjny zapał. Oznaki medialnego zaszczucia, nieustające pretensje do mediów i policji, żądania odwołania komendanta policji, a nawet ministra spraw wewnętrznych, jako odpowiedzialnych za brutalne traktowanie aresztantów z Biedroniem na czele - to wszystko wyglądało dokładnie tak jak wyobrażał sobie Wiktor przedwojenne "konspiracyjne" spotkania rewolucjonistów. Co ciekawe, przy generowaniu atmosfery zaszczucia pani Kazimiera przytomnie zauważyła, że jednak bez wsparcia mainstream-owych mediów, nie ma co liczyć na większą frekwencję niż ostatnim razem.

Zapał osiągnął w końcu taką temperaturę, że nawet poczciwy, a może wyrachowany, Pan Seweryn Od Gwizdków musiał opuścić salę, żeby jakiś bardziej zapalony rewolucjonista nie pacnął go w przypływie słusznego klasowego oburzenia po głowie. Do Wiktora zaś dotarło, że szeroka koalicja lewicowa jest kolejną grupą społeczną, która uważa państwowe organa porządkowe za faszystowskie bojówki mające na celu jedynie danie upustu sadystycznym ciągotom zwyrodniałych funkcjonariuszy. Dotarło do niego także to, że zarówno dla tych młodszych jak i tych starszych "lewicowców", druga strona ideologicznego sporu jest zunifikowaną masą bandytów, która powinna zniknąć z powierzchni ziemi, a która po niej chodzi jedynie dzięki ochronie policji. Jakież to się wydało Wiktorowi symetryczne do różnych opinii słyszanych po tej "bandyckiej" stronie. Skojarzyło się to Wiktorowi w dosyć oczywisty sposób z definicją człowieka, funkcjonującą w małych społeczeństwach plemiennych: człowiekiem jest tylko członek mojego plemienia. Ten z sąsiedniej wioski to już nie jest człowiek - to zwierzyna łowna. Tu nie ma szansy na jakiekolwiek porozumienie, bo porozumienie w ogóle nie jest celem. Celem jest budowa poczucia zagrożenia, umacnianie plemiennych więzi i rozciąganie tych więzi na jak najszersze rzesze, by w odpowiednim momencie wyciągnąć te rzesze na ulice.

Wiktor wyszedł ze spotkania i w te pędy przyleciał do mnie zdać pasjonującą relację. Przegadaliśmy całą noc, dochodząc do wielu ciekawych spostrzeżeń. Niestety nie nagrywałem tej rozmowy, dlatego odtworzona z pamięci sama relacja jest w dużej mierze niepełna. Na wnioski z tej rozmowy przyjdzie pora innym razem...

Stenogram wypowiedzi Blumsztajna
Krótka relacja we Frondzie

I bardzo dobry tekst na portalu lewicowym

sobota, 13 listopada 2010

Biedroń i Mizikowski

Podczas 11-listopadowych demonstracji został zatrzymany m. in. działacz homoseksualny Robert Biedroń. Po wypuszczeniu z aresztu zwołał konferencję prasową na której ogłosił:

Zostałem pobity, ale najgorsze stało się w radiowozie. Jeden z policjantów wszedł do samochodu i pobił mnie w nim na tyle dotkliwie, że tego samego dnia wieczorem znalazłem się w szpitalu.

Dały się słyszeć głosy, że Biedroniowi się należało, że zebrał burzę na skutek siania wiatru, pojawiły się również niewybredne dowcipy na temat więziennych przejść działacza, które mogłyby się okazać dla niego na swój sposób atrakcyjne. Środowiska związane z inicjatywą kontr-marszową podniosły zaś krzyk, że policja sprzyja faszystom, że szykanuje wolnościowych działaczy, że funkcjonariusze dali upust swoim homofobicznym pasjom. Od pierwszych oczekiwałbym podobnych żartów w stosunku do doświadczeń Edwarda Mizikowskiego, o których za chwilę. Od drugich oczekiwałbym wsparcia w protestach wobec niedopuszczalnych działań policji, które stają się normą, a nie powinny mieć miejsca w demokratycznym kraju. Mizikowski nie jest czołowym działaczem homoseksualnym, więc na zwołaną przez niego konferencję pewnie nikt by nie przyszedł. A mogliby się dziennikarze dowiedzieć, że spotkały go podobne doświadczenia jak Biedronia (pełna relacja tutaj):

Gdy samochód ruszył jeden z mężczyzn założył rękawiczki i zaczął go systematycznie bić po głowie i twarzy. Gdy się zasłaniał zaczął go bić i drugi. Na Wilczej zrobili mu badanie alkomatem i byli bardzo zawiedzeni. W końcu jeden powiedział mu, że ma 0,5 promila alkoholu. Na to powiedział, że nigdy dziesiątego każdego miesiąca nie pije. Wsadzili go do samochodu i zawieźli do Izby Wytrzeźwień na ul. Kolskiej. Po drodze znowu, jak mówi, go pobili bijąc po twarzy i głowie rękami w rękawiczkach. Na Kolskiej domagał się zrobienia mu badania krwi pod katem zawartości alkoholu we krwi. Na to usłyszał: „Jak ci k… pobierzemy krew to będzie to całe wiadro”.

Podobne relacje powtarzają się przy aresztowaniach najprzeróżniejszych osób. Ich ranga i pozycja społeczna nie ma znaczenia. Dowiadujemy się o tych praktykach dość rzadko, gdy spotka to kogoś medialnego, ale nie są to wyjątki tylko raczej norma: wpakowanie delikwenta do suki oznacza okazję do poznęcania się nad nim psychopatycznego sadystycznego policjanta. Tych doniesień o policyjnej agresji już po zatrzymaniu jest ostatnio niepokojąco dużo. Czy nie powinien się nimi zainteresować urząd Rzecznika Praw Obywatelskich? Nie powinniśmy ich lekceważyć, bo ciche przyzwalanie na tego typu praktyki może doprowadzić do powrotu takich "wypadków" jak Grzegorz Przemyk czy Stanisław Pyjas. Przesadzam? Pyjas zginął w okresie "małej stabilizacji", w rozkwicie gierkowskiej prosperity. Kiedy Polska rosła w siłę, a ludziom się żyło dostatnio. Nie lekceważmy takich informacji, bo nigdy nie wiemy, kiedy nam się zdarzy stanąć na niewłaściwym fragmencie chodnika...

czwartek, 11 listopada 2010

Światła pamięci - 10.11.2010

Kilka minut przed 18:00 podjechał pod schodki na Karowej dostawczak ze świecącymi, napompowanymi helem, biało-czerwonymi balonami. Wokół samochodu, w miarę wpakowywania baloników, rosła biało-czerwona chmura pamięci. Do tasiemek przywiązywane były szachownice z wydrukowanymi na kirach nazwiskami. Przechodnie zatrzymywali się, by usłyszeć, że to są światła pamięci. Jakiś taksówkarz zdawał się wiedzieć o co chodzi, bo zatrzymał się i poprosił o dwa baloniki. Inny starszy pan zapytał o co chodzi, wziął do ręki balonik dziękując serdecznie, ale gdy usłyszał, że uczestnikom zależy na niepodległej Polsce, oddał balonik stwierdzając, że to bluźnierstwo, że gdyby Polska nie była niepodległa, to nie moglibyśmy robić takich demonstracji.

Gdy samochód został opróżniony, cała grupa skierowała się spacerem pod Pałac. Tam baloniki zostały rozdane chętnym, wraz z wytłumaczeniem celu akcji. Na dźwięk smoleńskiej syreny, puszczonej przez megafon, baloniki polecą w górę. Przed pomnikiem Poniatowskiego ułożony ze zniczy krzyż i głos modlitwy. Wokół całego zgromadzenia atmosfera spokojna i pogodna, wszyscy czekając na sygnał do wypuszczenia baloników rozmawiają ze sobą sprawdzając, czy karteczki z nazwiskami są dobrze przymocowane.

W pewnym momencie pogodna atmosfera została naruszona. W okolicach krzyża dają się zauważyć jakieś przepychanki, słychać podniesione głosy. To straż miejska rozpoczęła ustawianie barierek przed łańcuchami odgradzającymi pomnik Poniatowskiego w taki sposób, że ich linia przecinała krzyż ze zniczy. Najpierw toczyły się dość stanowcze z obu stron dyskusje, jedni twierdzili, ze maja prawo stać w tym miejscu, drudzy twierdzili, że dostali rozkaz, który muszą wykonać. Nie było miejsca na konsensus, rozpoczęło się rozwiązanie siłowe. Na próbę odsunięcia obrońców krzyża, ci zareagowali solidarną kontrakcją. Emocje zaczęły gwałtownie rosnąć, kobiety zaczęły krzyczeć, mężczyźni apelowali o pomoc. Nad wszystkim unosił się niezmącony głos prowadzącego modlitwę. Punktem kulminacyjnym był upadek jednego z obrońców na krzyż ze zniczy, w tym momencie rozpoczęło się skandowanie "bandyci! bandyci!" oraz "zomo! zomo!". Jeden z obrońców, Edward Mizikowski, został zatrzymany przez Policję.

Gdy emocje nieco opadły, barierki zostały ustawione wokół, a nie w poprzek krzyża z potłuczonych już zniczy. Powoli cichło skandowanie "Komorowski do Moskwy". Nie udało sie puścić syren smoleńskich przez megafon. Baloniki poszły w górę razem, ale już bez początkowego entuzjazmu.

***

Oddzielam komentarz od suchej relacji. Starszy Pan to zasłużony profesor socjologii. Specjalista od metodologii badań społecznych. Nie przeszkadza mu to jednak nie dostrzegać różnicy między troską o niepodległość, a walką zbrojną o niepodległość. Wobec koszmaru II w. św. koszmar czasów stalinowskich i tak był jednak upragnionym pokojem, w czasie którego można było odbudować stolicę i uczyć się po polsku. Wobec koszmaru czasów stalinowskich, czasy Gomułki to prawdziwa niepodległość, a wobec antysemickich czystek roku 1968, czasy gierkowskie to wręcz eksplozja wolności. Gdyby Polska nie była wtedy niepodległa, cały festiwal Solidarności nie mógł by się przecież odbyć. Tak jak wtedy, tak i dzisiaj mówienie o jakimkolwiek zagrożeniu czy ograniczeniu niepodległości to wg profesora bluźnierstwo. Można i tak.

Straż miejska oczywiście nie mogła ustawić barierek w czasie, gdy było tam mało ludzi, w godzina rannych albo nocnych. Gdy planowana była słynna nocna demonstracja barierki były ustawiane od godz. 16. Teraz trzeba było zaczekać na balonikarzy i sprowokować groźbą ustawienia barierek w poprzek krzyża chwilowe rozruchy. Dzięki temu żaden z obecnych na miejscu dziennikarzy nie wspomniał o wielkiej biało-czerwonej chmurze pamięci, za to wszyscy relacjonowali okrzyki "Komorowski do Moskwy!". Metoda znana bardzo dobrze stadionowym bywalcom, gdzie policja niemal zawsze prowokuje zamieszki reagując albo zbyt wcześnie, albo zbyt późno i zawsze zbyt brutalnie. Ale dzięki temu nakłady na bezpieczeństwo nie zmaleją, nieprawdaż?

Cała draka skutecznie popsuła humor organizatorom, niwecząc medialny efekt wysiłku kilkudziesięciu osób, którzy włożyli w przygotowania prawie dwa dni pracy, nie mówiąc o własnych pieniądzach. Jestem naprawdę pod ogromnym wrażeniem zaangażowania, pomysłowości i sprawnej organizacji nieznajomych sobie wcześniej ludzi, którzy postanowili pomoc nam pokazać, że pamiętamy i pamiętać będziemy. Że nadzieja umiera ostatnia oraz że nie chodzi o awantury, lecz o wspólne pozytywne działanie.




p.s. Zachęcam do zapoznania sie z inicjatywą: Twój głos ma znaczenie!

piątek, 5 listopada 2010

Akcja: Twój głos ma znaczenie!

Kolejna afera w partii opozycyjnej, żadnego zainteresowania działaniami partii rządzącej, to mamy w mediach. A z boku, po cichu, życie się toczy normalne i ludzie zastanawiają się, co by tu zrobić, aby tych polityków i dziennikarzy doprowadzić do porządku. Wymienić ich trudno, bo za bardzo nie ma na kogo, a do rozsądku przemówić im jest niemożliwością. W efekcie większość zdecydowana pozostaje w domach, gdy czas decyzji nadchodzi i szansa na wyrażenie sprzeciwu się pojawia. No bo zresztą jak ten sprzeciw wyrazić? Głosowanie przeciwko jednym jest interpretowane jako poparcie dla drugich, więc wybór mniejszego zła tylko podtrzymuje ten chory układ. Lepiej zatem zostać w domu, gdy czas wyborów nadejdzie i wypiąć się na ludzi, którzy nikogo sensownego nie dopuszczają do głosu. Jednak to z kolei daje komentatorom pretekst do oskarżeń, że ponad połowa obywateli ma sprawy publiczne gdzieś, nic ich nie obchodzi i dlatego mamy taką a nie inną jakość życia politycznego w naszym pięknym kraju. Tak jakby udział w wyborach miał jakikolwiek wpływ na polityków. "Przecież mówię, że nie ma kogo wybrać".

Koło skutków i przyczyn się zamyka i tkwimy w tej patowej sytuacji, która nie pozwala się cieszyć uprawianiem własnego ogródka. Czy naprawdę nie ma wyjścia z tych dusznych okoliczności przyrody? I niepowtarzalnych? A może jednak jest sposób, aby przynajmniej nie obrażano tych, którzy na wybory iść nie chcą z własnej nieprzymuszonej woli? Tych, którzy nie chcą swoją kartką wyborczą legitymizować tych politycznych patałachów i kłamców? Czy jest taki sposób? Czemu mało kto zwraca uwagę na wartość informacyjną pewnego narzędzia, które jest do dyspozycji każdego wyborcy?

Tym narzędziem jest głos nieważny!

O czym mówi głos nieważny? Skreślona w kilku miejscach kartka, albo oddana pusta kartka jest niechybnie znakiem, że wyborca się pomylił. Nie wiadomo jednoznacznie na kogo chciał oddać swój głos, więc uznaje się taki głos jako nieważny. Nie bierze on udziału w tworzeniu wyborczego wyniku, ale trzeba go ująć w statystykach. Takich pomyłek w każdych wyborach jest w granicach 1-2%. A co by się stało gdyby takich skreślonych kartek w urnach pojawiło się 30%? Czy wtedy też można by mówić o pomyłkach? Czy wtedy też dałoby się zbagatelizować ten fakt do ciapowatości pojedynczego wyborcy? Gdyby frekwencja w wyborach wynosiła nie 40% ale np. 70%, a wśród wszystkich oddanych głosów byłoby 30% głosów nieważnych? Co nam to mówi?

Tak! Te kilka milionów ludzi dałoby jasny sygnał, że nie jest im obojętne, co się dzieje w kraju, ale nie ma na kogo głosować! Trzeba by wtedy głośno powiedzieć, że taki efekt to wynik świadomego działania sfrustrowanego wyborcy. Politycy muszą się bardziej postarać, bo 30% wyborców zdaje sobie sprawę z ich krętactw i daje im żółtą kartkę: bojkotuję klasę polityczną! Nie bojkotują wyborów, nie bojkotują Polski! Bojkotują polityków! Jest różnica?

W tym pomyśle nie chodzi o to, aby odbierać komukolwiek wyborców! Nie chodzi o to, aby namawiać kogokolwiek do głosowania, bądź niegłosowania na jakąkolwiek partię. Jeśli chcesz głosować na partię X - to głosuj na partię X. Jeśli chcesz głosować na partię Y - głosuj na partię Y. Ale jeśli nie chcesz na nikogo głosować, bo nikt Ci się nie podoba - nie zostawaj w domu, tylko pójdź na wybory i oddaj nieważny głos!

Na koniec dwa pytania:
a) Czy uważasz pomysł za sensowny?
b) Co zrobić, by go rozpropagować? Wśród wszystkich, choć jest on dla tych, którzy nie chcą iść na wybory.

Więcej informacji na temat pomysłu można przeczytać tutaj: http://brakwyboru.blogspot.com