wtorek, 15 marca 2011
Gross jest antysemitą!
W Polsce istnieje bardzo długa tradycja religijnej tolerancji, gościnności i otwartości na obcego. Przecież to nie przypadkowo właśnie w Polsce znalazły schronienie całe zastępy Arian, Kalwinów, Husytów, to właśnie do Polski uciekali Żydzi z całej Europy przed ustawowo dekretowanymi pogromami. Przez kilkaset lat współżycia wymieszaliśmy się ze sobą i bardzo silnie związaliśmy kulturowo. I to pomimo, że polskie przywiązanie do wiary i języka jednak nie przestało dominować.
To naturalne, że w sytuacji wielkich ludzkich migracji rodziły się napięcia. Ale wobec zewnętrznego zagrożenia zawsze wszyscy mieszkańcy Polski stawali ramię w ramię, by bronić swojego domu. Czy Pawlak z Kargulem toczyli spór narodowościowy? Podczas demonstracji patriotycznej przed Powstaniem Styczniowym, gdy na czele protestacyjnego marszu został zabity Polak niosący krzyż, idący obok niego Żyd podniósł ten krzyż i szedł dalej ramię w ramię z księdzem. Nie mylmy sąsiedzkich sporów o miedzę z religijno-narodowościowymi uprzedzeniami!
Żydzi są bardzo głęboko osadzeni w polskiej kulturze i polska kultura bardzo dużo Żydom zawdzięcza. Genialny i jedyny w swoim rodzaju Bruno Schulz pisał po polsku. Głęboko humanistyczny Janusz Korczak pisał po polsku i oddał życie przeciwko NIEMIECKIEMU bestialstwu. Jankiel w Panu Tadeuszu pełni rolę Stańczyka, nie tylko najpiękniej grając na cymbałach, ale wypowiadając wiele mądrości trafnie opisujących otaczająca go rzeczywistość. Nikt dzisiaj nie sądzi, że Mickiewicz w taki, a nie inny sposób pokazał tego żydowskiego karczmarza tylko dlatego, że jego matce przypisuje się żydowskie korzenie. Dzisiaj główny konkurent do stanowiska prezydenta Stolicy, Czesław Bielecki także otwarcie mówi o swoich żydowskich korzeniach i nikomu w trakcie kampanii wyborczej nie przyszło do głowy, by robić z tego najmniejszy nawet problem.
Siła polskiej kultury wynika z jej otwartości i z kryteriów jakimi się posługuje w kwalifikacji swój-obcy. Nawet czarny Olisadebe mógł być przez Polaków uznany za swojego, jeśli swoją grą przyczyniał się do sukcesów polskiej reprezentacji. Nawet rodowity Gross, bez cienia żydowskich korzeni, może być uznany za obcego jeśli szkaluje Polskę i Polaków. Kwestia działania na szkodę lub na korzyść Polski jest głównym kryterium w ocenie. Nie pochodzenie czy wyznanie.
W różnych momentach naszej historii tą państwową solidarność próbuje się co jakiś czas rozbijać. Nie ma groźniejszego przeciwnika niż duży 40-milionowy kraj w centrum Europy zjednoczony wokół własnych interesów. Tą zagrażającą jedność trzeba niszczyć wszelkimi dostępnymi środkami. Bardzo łatwym i niestety stosunkowo skutecznym narzędziem jest rozniecanie nastrojów ksenofobicznych. Służył temu zorganizowany i sterowany przez komunistyczną bezpiekę pogrom kielecki w 1946 roku. Załatwieniu wewnętrznych partyjnych sporów o miedzę służyła antysemicka nagonka w 1968 roku. W 1989 roku straszono nas demonami nacjonalizmu, by uzasadnić mazowieckiego grubą kreskę. Dzisiaj ten sam cel jest realizowany za pomocą książek Grossa.
Autor ten doskonale wpisuje się w tradycyjną linię destrukcji polskiej międzyludzkiej solidarności. Solidarności, która sprawiła, że to właśnie Polacy stanowią najliczniejszą grupę na liście Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. I to pomimo tego, że okupowana Polska była jedynym krajem na świecie, gdzie za przekazanie Żydowi kromki chleba groziła natychmiastowa śmierć. Polacy nigdy nie utworzyli kolaboracyjnej organizacji, nigdy żaden polski dekret nie wspomagał tropienia Żydów i innych ludzi wyjętych przez NIEMIECKIE prawo poza nawias człowieczeństwa. A przecież działo się tak i we Francji i w Holandii i w wielu innych europejskich krajach.
Książki Grossa są jak splunięcie w twarz wybawcy, który dla ratowania cudzego, narażał własne życie. To jest gorsze niż stawianie pomnika ukraińskim banderowcom na terenie Przemyśla. Jedyny cel jaki dostrzegam w tych publikacjach, to właśnie wzbudzenie frustracji i nienawiści. Rozbudzenie niechęci i żalu, który następnie będzie można pokazać jako uzasadnienie dla dalszych działań. Jest to dużo łagodniej przeprowadzany kielecki pogrom, haniebna prowokacja, która osiągnie cel, gdy jakiś mniej kontrolujący emocje narwaniec, da fizyczny wyraz swojemu oburzeniu. Wtedy będzie można go pokazać palcem jako dowód, że Gross ma rację.
Trzeba powiedzieć sobie otwarcie: Jan Tomasz Gross szerzy w Polsce antysemityzm! A to jest zakazane przez prawo. Robi to nie wprost, stosuje do tego celu sprawdzone komunistyczne metody dezinformacji i manipulacji. W skład stosowanych narzędzi wchodzi nie tylko wyolbrzymianie i nadinterpretacja marginalnych zachowań, ale także najzwyklejsze ordynarne kłamstwo, czego naczelnym przykładem jest sławne zdjęcie, wokół którego buduje całą narrację swojej książki. Czy nie jest to ta sama kategoria manipulacji co twierdzenie, że krematoria w Oświęcimiu były urządzeniami do ogrzewania baraków? A kłamstwo oświęcimskie jest przecież ścigane z urzędu.
Tymczasem zamiast napiętnowania, mamy medialne wsparcie dla tej szerzącej nienawiść narracji. Warto notować, kto podbija bębenek grossowego kłamstwa. Zaskarżenie szowinistycznych działań Grossa pewnie nie jest w obecnych warunkach możliwe, jednak warto zauważać, kto pomaga w generowaniu tej antysemickiej atmosfery. Warto otwarcie demaskować rzeczywisty cel tych działań oraz pamiętać kto je wspierał. Być może w pewnym momencie dojdziemy do wniosku, że nie warto się ograniczać i należy pójść ścieżką przetartą przez środowiska żydowskie, ale także szkockie i różnych innych narodowości. Być może przyjdą jeszcze procesy przed międzynarodowym trybunałem o szkalowanie dobrego imienia Polski i rozniecanie nacjonalistycznej nienawiści. Przyjdą, gdy uświadomimy sobie jaki jest rzeczywisty cel podejmowanych działań. Zamilczanie Grossa i innych oświęcimskich kłamców wcale nie jest dobrą metodą, bo ten rodzaj bezczelności nie spocznie, póki nie będzie kategorycznej reakcji.
środa, 29 grudnia 2010
Czystki w TVP a kryteria
Tak, Kłopotowski ma rację apelując o wsparcie dla zachowania w telewizji publicznej publicystycznego programu Pospieszalskiego. Zgadzam się, że usuwanie takich programów sprzyja przywracaniu istniejącej przez cały PRL nierównowagi w prezentowanych poglądach. Szkoda, że nie udało się zatrzymać tego procesu o świcie, bo teraz, o zmierzchu, możemy wyrazić jedynie zdanie odrębne.
Opinia publiczna ma niestety najmniejszy wpływ na ramówkę i decyzje kierownictwa telewizji PUBLICZNEJ. To smutny fakt. Kierownictwo Dziennika TVP zostało zmienione nie z powodu spadku oglądalności przecież, co początkowo sugerowano. Także nie z tego powodu zdjęto przecież programy Ziemkiewicza, Wildsteina czy Misję Specjalną. Czy gdzieś można zobaczyć upublicznione raporty z badania oglądalności tych programów? Ja nie znalazłem.
Zarzuty stronniczości i nierównomiernego doboru dyskutantów są, wobec istnienia w tej samej telewizji publicznej publicystyki Lisa czy Żakowskiego, absurdalne. Są absurdalne w stopniu porównywalnym do, praktykowanego w latach 80-tych przez Urbana i spółkę, nazywania działaczy solidarnościowych terrorystami (o czym przypomniał ostatnio w swoim „wykładzie” w Fundacji Marshalla Prezydent Komorowski).
Zdaję sobie sprawę, że nie da się wszystkiego zapisać i uregulować paragrafami. Zawsze będzie margines swobody w biurokratycznej strukturze pozostawiający możliwość zachowania człowieczeństwa. Dlatego domagajmy się upublicznienia wszelkich informacji mających wpływ na decyzje w instytucji publicznej. Przyłóżmy do tego obiektywną miarkę i oceniajmy trafność i adekwatność decyzji urzędników państwowych do przyjętych kryteriów.
Instytucje kontrolne jak REM czy KRRiT to fikcja w pełnej krasie. Ich działania są równie daleko od zapisanych prawem celów jak raport MAK. Dlatego my, publiczność, musimy przejąć na siebie funkcje kontrolne i demaskować hipokryzję, byśmy mogli kiedyś mieszkać we własnym domu. Teraz jest trudny czas, ale ciągle wierzę, że przyjdzie kiedyś moment, gdy nie będzie miejsca w PUBLICZNEJ przestrzeni dla tych, którzy kłamstwami bezczelnie plują w twarz publiczności. Gdy herbertowskie „tak-tak, nie-nie” odzyska znaczenie.
Idealistyczne? Pewnie że idealistyczne. Ale warto nie zapominać, że Polska „jak lawa, z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa, lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi; plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi”...
środa, 25 sierpnia 2010
Administracja Salonu24 pokazała COJONES - sprawa Intuicji
1. Media Obywatelskie Sp. z o.o. mają prawo według własnego uznania bezzwłocznie skasować lub zablokować (całkowicie lub czasowo) Komentarze lub/i Notki (a także całe Konto Użytkownika) lub zablokować Użytkownikowi możliwość osadzania kodu HTML w reakcji na:
- Łamanie zasad Netetykiety lub zachowania niezgodne z zasadami współżycia społecznego.
- Działanie na szkodę Salon24.pl lub Media Obywatelskie Sp z o.o., w szczególności poprzez narażanie na szwank dobrego imienia Salon24.pl.
Czy ten zapis ma służyć ochronie blogerów i czytelników przez zalewem chamstwa i plugastwa? Czy też ma być pretekstem do cenzury?
Jest czymś innym spamowanie informacją o akcji społecznej, a czymś innym jest spamowanie wulgarnymi wyzwiskami. Czymś innym jest nachalna manipulacyjna reklama przekazująca pod pozorem informacji o produkcie treści społecznie szkodliwe, a czymś innym jest rzetelna informacja o nowym produkcie. Każdy bloger ma do dyspozycji narzędzia pozwalające bronić się przed internetowymi trollami: możliwość usunięcia komentarza i/lub całkowite zablokowanie danemu userowi możliwości komentowania. Dlaczego Administracja wyręcza blogerów w korzystaniu z tych narzędzi? Czy działania Administracji nie powinny być ograniczone tylko do blokowania tych userów, których NOTKI (nie komentarze) naruszają Netykietę? Nie mówiąc juz o wynikającym z elementarnego poczucia przyzwoitości zwyczaju informowaniu zainteresowanego o planowanych wobec niego działaniach. UOKiK orzekł swego czasu, że jakikolwiek operator nie ma prawa odłączyć np. telefonu bez uprzedzenia.
Słynny paragraf 212, na podstawie którego siedzi w gdańskim wiezieniu (żeby trudno było zorganizować przez jego warszawskich znajomych protest pod jakże wymownym więzieniem na Rakowieckiej) Rafał Grupinski, działa w Realu, a na Salonie24 działa Regulamin IV.1?
Igor Janke nie komentuje sygnałów dotyczących nieprawidłowości funkcjonalnych swojej platformy. Nie przeszkadza mu to nawoływać kolegów dziennikarzy, by pokazali swoje cojones. Administracja Salonu24 pokazała nam za to po raz kolejny swoje cojones, korzystając z zapisu w sposób niewątpliwie sprzeczny z jego duchem. Pokazała nam, userom, swoje cojones w sposób, którego po imieniu nazwanie naruszyłoby nie tylko Netykietę, ale wszelkie zasady społecznego funkcjonowania. Mówiąc w sposób oględny dostaliśmy wszyscy po raz kolejny informację: "możecie nas cmoknąć, będziemy tu robić to, co NAM się podoba, a jak sie nie podoba to fora ze dwora, bo my stoimy na straży ZASAD". Zasad wybiórczych, w sposób nadto czytelny, dla średnio inteligentnego usera.
Ja nie mam zamiaru nikogo w nic cmokać. A Salon24 oraz Igor Janke niech sobie trwają w swoim pysznym przekonaniu, że mają „niezależną” platformę, bo na „prawicowej” platformie jest także dużo lewicowców.
Blokada INTUICJI to nie skandal. To ABSURD i KOMPROMITACJA!!!
wtorek, 17 sierpnia 2010
Intelektualna (nie)odpowiedzialność
- ty nic nie wiesz o życiu, ty za młody jesteś! więc lepiej cicho bądź i nie gardłuj
- sam nie gardłuj, bo to ja pracuję na twoja emeryturę, więc lepiej ty siedź cicho!
W ten oto sposób młody człowiek przekreślił sens swoich składek na ZUS i przyszłą emeryturę. Wszak zawsze będzie tak, że wypracowane pieniądze będą procentować pod warunkiem pracy kolejnych pokoleń. Pieniądze same z siebie niczego nie produkują. Nawet jeśliby zamiast emerytury, młody człowiek, gdy już będzie stary, żył z odsetek z sumy wypracowanych przez całe życie pieniędzy, to nowi klienci banku mogliby powiedzieć, że to dzięki ich pieniądzom, jego oszczędności przynoszą niezbędny do przeżycia procent. Czy tez może kredytobiorcy jako źródło przychodu dla banku powinni kazać takiemu rentierowi siedzieć cicho.
W tym krótkim dialogu ustanowiony został także stosunek niewolniczej podległości między emerytem, a aktualnie pracującym pokoleniem. Nastąpiło ubezwłasnowolnienie emeryta i odebranie mu prawa głosu. Jeśli ma bowiem się nie odzywać, bo obecni młodzi na niego pracują (a fakt, że on całe życie pracował na swoją emeryturę nie ma znaczenia) to w zasadzie dlaczego nie odebrać mu w ogóle prawa głosu?
Zlikwidowana i zanegowana została także zasada solidarności społecznej, można wszak z rozumowania młodego człowieka wysnuć wniosek, że prawo głosu mają tylko Ci, co pracują. Zatem prawa wyborcze i prawo do wyrażania swojej opinii powinno się także zabrać wszystkim niepracującym żonom, studentom i osobom na zwolnieniach lekarskich. Wszak oni nie pracując, konsumują podatki płacone przez tych, którzy pracują.
Warto zastanawiać się w każdym momencie nad językiem używanym do opisu rzeczywistości i nad konsekwencjami, jakie niosą nadużywane uproszczenia i skróty myślowe. Zwłaszcza wobec tak daleko posuniętej intelektualnej degrengolady „młodych, wykształconych, dobrze zarabiających”.
niedziela, 15 sierpnia 2010
Trzy wieki tuskomatołków?
Na początek Ziemkiewicz, który cytując całkiem ciekawie śpiewającą Marię Peszek, być może wbrew własnym intencjom udowadnia, że Polska jako osobne państwo, czy nawet osobny naród, w zasadzie nie ma racji bytu. W połączeniu bowiem z opisem traktatu ryskiego dokonanym przez Piotra Zychowicza, daje ten cytat spójny obraz nie do końca świadomej, ale jednak rezygnacji Polaków z własnej podmiotowości na międzynarodowej scenie. Przedstawianie, w prywatnych rozmowach między Polakami, mentalności i funkcjonowania takich krajów jak Czechy, jako wzoru zachowania Polski i Polaków, także nie jest niczym innym jak poniżającym redukowaniem własnej podmiotowości. Poniżającym i negującym wysiłek, ambicje i dokonania przeszłych pokoleń, uwłaczającym naszej 1000-letniej historii, redukującym ofiarę przegranych i wygranych narodowych powstań do lokalnych awantur rozwydrzonych terrorystów podjudzonych awanturniczą lekturą Sienkiewicza.
W tym kontekście tekst Krasnodębskiego o tym, że świadectwem braku funkcjonowania państwa jest „niewyjaśniona tragiczna śmierć lżonego za życia prezydenta” a nie tkwiący jak zadra na sumieniu „drewniany krzyż pod Pałacem” - jest rzeczywiście jakąś nadętą, egzaltowaną i archaiczną diagnozą, przejawem anachronicznej walki z wiatrakami w epoce jutrzenki nowego ładu, gdzie nikomu na niczym innym nie powinno zależeć, prócz pielęgnacji własnego ogródka. Ważne jest „tu i teraz” – żeby zacytować naszego Premiera.
„Chcesz pokoju – szykuj się do wojny”. Młodzi, inteligentni, wykształceni nie tylko nie znają często tej maksymy, nie tylko nie starają się zrozumieć, co jej autor miał na myśli, ale nie rozumiejąc o czym mowa odrzucają ją a priori, bo przecież pacyfizm i pokój, a tu jakaś wojna. A przecież do zrozumienia jej pacyfistycznego właśnie wydźwięku nie potrzeba dużo bystrości, inteligencji i dobrej woli. Okazuje się jednak, że to minimum mimo wszystko pozostaje poza zasięgiem całkiem sporej grupy osób.
W tym kontekście nie dziwi, że diagnozy Krasnodębskiego, czy opisy Ziemkiewicza budzą taki opór, taką niechęć, nawet jeśli nie do osoby autora, to do samego zapoznania się z tymi tekstami. Nie tylko intelektualny spokój mógłby zostać zakłócony, ale i samozadowolenie oraz poczucie własnej intelektualnej wartości mogłyby zostać narażone na szwank w sytuacji, gdy tezy nie dość, że sprzeczne z poukładanym światopoglądem, to jeszcze nie do końca zrozumiałe.
Z tej bezmyślności wyedukowanych w systemie 3 razy Z (Zakuć, Zaliczyć, Zapomnieć) korzystają liczne Dyzmy będące marionetkami sił dziwnych i urojonych, którym to siłom fikcyjność własnego istnienia w niczym nie przeszkadza realnie oddziaływać na polityczną rzeczywistość. Świat idzie do przodu pomimo licznych analogii i zapożyczeń, cały czas działają wciąż te same jednakowe mechanizmy. Opisy powstające nie raz i w różnych czasach, nie tracą na aktualności, lecz mało komu otwierają oczy. Wyspiański, Witkacy, Gombrowicz, Korzeniewski… Oddajmy na moment głos temu ostatniemu, który w 1976 roku opisywał spotkanie Imka z trzema duchami. Po rozprawieniu się z duchem Konstrukcji i duchem Karola przyszła pora na ducha Kraju:
„Duch Kraju siedział lękliwie i czekał na pierwsze pytanie.
- A ty co tak się marszczysz. Oczy rozbolą – Imek.
Ale duch Kraju nie ustaje w obywatelskim marszczeniu twarzy, jakby już tam na niego cała telewizja patrzała.
- Nie, nie – mówi – ale kraj potrzebuje, serc, umysłów do pracy, dużo już zrobiliśmy, ale i dużo jest do zrobienia, musimy się troszczyć, musimy się jednoczyć, musimy się wszyscy zjednoczyć we wspólnej trosce o dobro naszego kraju, naszej ojczyzny, wiecie, idzie o to…
- Przestań ty najpierw tyłek temu swojemu Saszy lizać, wtedy porozmawiamy o kraju.
W samą dychę. Duch z mety wyparował.”
Świat idzie do przodu. Różnica między powyższym opisem a sytuacją dzisiejszą polega na tym, że dzisiaj Premier i Ministrowie nie mają nawet cienia tego poczucia przyzwoitości, która w 1976 roku wobec zauważenia prostego oczywistego faktu kazała duchowi zniknąć, uznać porażkę własnej postawy. Po 35 latach takie pojęcia jak honor, przyzwoitość, prawda dalej nie istnieją, zatem bez cienia żenady można wpychać się ze swoim „musimy się wszyscy zjednoczyć we wspólnej trosce o dobro naszego kraju” i trwać, TRWAĆ, TRWAMAĆ na zdobytych pozycjach, nikomu nie potrzeba już nawet nic tłumaczyć ani uzasadniać, bo wszyscy już kupili ten prosty fakt, że dbając o własny ogródek dbamy o dobrość kraju. Nieważne którego, bo życie przecież mamy jedno.
Przykład traktatu ryskiego pokazuje, że być może pękło coś w Polakach bezpowrotnie znacznie wcześniej i znacznie bardziej niż jesteśmy sobie to w stanie wyobrazić. Być może rzeczywiście jedyną możliwością przetrwania jest zredukowanie Polski do roli czeskiego kraju balansującego pośród potężnych obcych sił, na które nie ma się najmniejszego wpływu. Widać wyraźnie, że frakcja tuskomatołków bezkrytycznie i afirmatywnie akceptująca taki stan rzeczy jest niezwykle silna i liczna. Widać również, że zrozpaczona i bezsilna frakcja niepodległościowców miota się nieporadnie jak spanikowana tonąca w gęstym bagnie ofiara losu.
Pytanie pozostaje otwarte, czy i co zrobi schowana zrezygnowana i niema dotychczas grupa Polaków faktycznie zajmująca się swoimi ogródkami, trzymająca się z dala od pseudosporów polskiego piekiełka. Jest ona przecież liczniejsza niż obie zwalczające się w swojej fikcyjnej wojnie frakcje razem wzięte. Czy będzie miała ochotę i predyspozycje, by przejąć zarządzający i organizacyjny nadzór nad ogółem ogródków? Czy też uzna, że właściwy geopolitycznie moment jest na tyle odległy, że trzeba zapewnić przetrwanie temu co ważne, w myśl starej rosyjskiej zasady „tisze jediesz, dalsze budiesz”? Pytanie…
Chciałbym podzielać wiarę Ziemkiewicza, że tak jak na początku XIX wieku tak i teraz „Nasz naród jak lawa / Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa / Lecz wewnętrznego ognia i sto lat nie wyziębi / Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi”. Chciałbym wierzyć, że będziemy w stanie odrzucić tą nieprzydatną skorupę plugastwa i wydobyć z głębi nową Elitę, Elitę prawdziwą, która będzie nie tylko rozumieć sens wartości, która będzie nie tylko używać do opisu tych wartości adekwatnych pojęć, ale będzie także umiała swoje idee skutecznie wdrożyć w życie.
czwartek, 13 maja 2010
Gdzie autor filmu?
Otwarty konflikt jest równie nierealny co z góry skazany na porażkę. Nierealny nie tyle dlatego, że mimo wszystko jesteśmy świadomi jego przegranej. Nierealny dlatego, że wbrew stereotypom zdajemy sobie zbiorowo sprawę, że niezgoda rujnuje, że otwarty konflikt niczego dobrego nie przyniesie. Lekcja narodowych powstań została odrobiona. W razie konieczności jesteśmy w stanie poświęcić bardzo wiele: Janka Wiśniewskiego, Popiełuszkę, Pyjasa i wiele innych zapomnianych wiernych. Jednak to nie jest przypadek, że właśnie w Polsce wszystko skończyło się Okrągłym Stołem. Jakby go nie oceniać - przetarliśmy pokojowe ścieżki pozostałym państwom bloku. Nie zauważamy tego? Zauważamy! I pamiętamy. Podobnie jak pamiętać będziemy o Katyniu, o 1920 roku i wielu innych sprawach, które miały być wymazane raz na zawsze. Polacy potrafią czekać. Na powrót państwowości czekaliśmy ponad 120 lat to i jeszcze kilka zaczekamy na powrót reszty prawdy.
Tuz po smoleńskiej katastrofie nikt nie był w stanie normalnie rozmawiać. Tygodniowa żałoba była minimalnym czasem, w którym można było próbować się pozbierać. Dla niektórych ten czas wydłuża się znacznie, dla innych w ogóle się nie zaczął. Jednak to nie w Polsce ukazały się pierwsze teksty, które później zostały oflagowane jako przejaw polskich tendencji do szukania teorii spiskowych. Już 16 kwietnia ukazuje się przetłumaczony tekst Walerii Nowodworskiej. Ostatnio zaś trafiłem na artykuł Gieorgija Gordina. O nim chciałbym dwa słowa. A właściwie tylko o jednym wątku. O sławnym wątku krótkiego filmu nagranego tuż po katastrofie rzekomo przez Andrieja Miendiereja.
Mam pytanie do szanownych redaktorów i dziennikarzy śledczych, którzy szczycą się zbieraniem faktów i przywożeniem trofeów z dalekich podróży na miejsce polskiej kaźni. Dlaczego nikt nie zadał sobie trudu, a jeśli zadał, to nie opisuje trudności z dotarciem do owego tajemniczego Andrieja Miendiereja? Mamy tu klasyczny ciąg dezinformacji: Andrieja znaleziono martwego na Kaukazie, na Ukrainie, albo w autobusie rozjechanym przez KGB-owski pojazd pancerny. Według innych relacji żyje i ma się dobrze. Niestety jak do tej pory poruszamy się tylko pośród poszlak. Przecież jego relacja, jego potwierdzenie lub zaprzeczenie temu, co przy odrobinie wyobraźni można na tym filmie dostrzec, ucięłaby wiele spekulacji albo stała się koronnym dowodem w sprawie? Przyznam, że gdy zobaczyłem fragment rosyjskiego programu informacyjnego, w którym jako tło dla gadającej głowy są zdjęcia z tego własnie filmu - straciłem jakiekolwiek złudzenia, co do rzekomych faktów pojawiających się na tym nagraniu. Dostałem nawet fotkę z powiększonym fragmentem skrzydła samolotu na którym można dostrzec... Yeti!
Zgadzam się z Łukaszem Warzechą, który twierdzi, ze każda, nawet najbardziej fantastyczna hipoteza powinna być sprawdzona. Niestety powielanie i dowodzenie różnych hipotez w oparciu o wątpliwe przesłanki tylko wpisuje się w ten masakrycznie gigantyczny szum dezinformacji, który ma sprawić, że oszołomieni przestaniemy zadawać pytania. Zatem szanowni dziennikarze! Do dzieła! Jeśli będziecie w okolicach Smoleńska - odszukajcie i przeprowadźcie wywiad z Andriejem Miendierejem. Inaczej nie uwolnimy się od tego filmu, który zaczyna być dowodem na dowolna hipotezę.
piątek, 23 kwietnia 2010
Bat na dziennikarskich partaczy
List Śniadka to nie jedyny przypadek nacisku na Komorowskiego ws. ustawy, której sprzeciwiło się PiS. We wtorek skierowania jej do TK zażądał od marszałka także prezydencki minister Andrzej Duda.
By ubiec marszałka (który ustawę najpewniej podpisze) i samodzielnie wybrać prezesa Kolegium IPN już zapowiedziało konkurs, który jednak najpewniej nie zostanie rozstrzygnięty - termin składania zgłoszeń mija w maju, a termin na podjęcie przez Komorowskiego decyzji w sprawie nowelizacji upływa 30 kwietnia.
Zasadność rozpisania konkursu i wyższość tego rozwiązania nad innymi wykazał już Krzysztof Leski w swojej notce, nie będę zatem się rozpisywał.
Zastanawiam się tylko, co trzeba zrobić, by takie oczywiste manipulacje przestały mieć miejsce w czymś co nazwać można podobno dziennikarstwem? Rada Etyki Mediów jest ciałem fikcyjnym (co pokazała sprawa Kataryny). Czy jest jakiś sposób na pokazanie Redakcjom, że czytelnicy dostrzegają propagandę? Czy są jakieś przepisy prawa, które pozwalają zaskarżyć dziennikarza, który w informacyjnym tekście nie oddziela w wyraźny sposób komentarza od treści informacji? Przecież to jest złamanie podstawowej dziennikarskiej zasady obiektywizmu. Naprawdę nie ma żadnej instancji, do której można sie zwrócić ze skargą na nierzetelnego fachowca? Może w takim razie Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów - w końcu taki artykuł to jak przeterminowany jogurt w supermarkecie!
(Uprzedajac komentarze - wiem, że ci użyteczni idioci wykonuja tylko to, co im zadano - nie uważam jednak by to cokolwiek i kogokolwiek tłumaczyło)
poniedziałek, 1 czerwca 2009
Po debacie Ka-vs-Dz - jeszcze kilka faktów
Debata się odbyła. Jako że Michalski uzasadnia całą sprawę może trochę przesadzona reakcją obronną, jeszcze raz zestawmy pewne fakty. One są bowiem dość istotne aby można było wyrobić sobie własne zdanie. Zatem:
1) 19 maja, godz. 19:05 – przychodzi do Kataryny sms z szantażem. Czy można go nazwać szantażem, czy nie - to mniej istotne w tym momencie. Ważniejsze, że wiemy o tym od Kataryny, z jej wpisu który ukazał się w Salonie24 z datą 22 maja, godz. 5:51.
2) 21 maja, godz. 23:08 ukazuje się na portalu Dziennika artykuł, w którym jest informacja, że Kataryna „w czwartek na Twiterze umieściła wyrwany z kontekstu fragment naszego SMS-a: katarynaa "...Proszę tego nie traktować jako szantażu. Naprawdę nie chcemy pani skrzywdzić". Plus propozycja nie do odrzucenia. To jednak świnie. Ostatnie dwa zdania to komentarz Kataryny.”
3) Na twitterze nie ma śladu po tym wpisie. Można znaleźć ślad po usuniętym ( a później przywróconym 28 maja) wpisie na stronie http://tweleted.com. Dokładny czas zamieszczenia notki na twitterze to 21 maja godz. 04:37. (update postu o godz.23:17)
4) Dwie godziny po publikacji Kataryny na Salonie24, ale dobę po informacji na Twitterze, 22 maja, godz. 07:43 ukazuje się tekst Cezarego Michalskiego o utraconej czci, który został uznany za otwarte wypowiedzenie wojny.
Co zatem mamy? Oczywiście wiem doskonale, że podane daty mozna bez najmniejszego problemu ex-post skorygować. Jeśli jednak wierzyć opublikowanym datom, nie kłamie suma sumarum Michalski, który uzasadnia swoją egzaltowaną i agresywną reakcję tekstami Kataryny. Treść sms-a została potwierdzona przez redakcje Dziennika. Kataryna nie zaprzeczyła, że na twisterze umieściła przed czwartkiem 22 maja treść tego sms-a. Zatem można przyjąć, że wszystkie fakty miały miejsce w takiej, a nie innej chronologii.
Czy zmienia to cokolwiek w ocenie całej sytuacji? W moim odczuciu nie! Nie zmienia to kłamstwa Dziennika w sprawie biznesowych powiązań Kataryna – Kwiatkowski. Nie niweluje to manipulacji tytułami, pseudo-sondażami internetowymi i opiniami tzw. celebrytów. Nie niweluje to całej podłości wydarzeń. Warto jednak wziąć pod uwagę te fakty, aby nie szczekać na Michalskiego w jego stylu, gdy będzie się zarzekał, że w niecałe dwie godziny skonstruował tekst będący reakcją na obelgi Kataryny. Tym bardziej, że to tekst Krasowskiego lepiej pasuje do przepracowanego i zmęczonego całonocnym czuwaniem przed ekranem komputera redaktora. Bardzo dobrze podsumowała debatę Pani Sadurska: Michalski bardzo mocno potrzebuje natychmiastowego urlopu. Krasowski niewątpliwie również.
czwartek, 28 maja 2009
Fałszywe konflikty i niszczenie dziennikarstwa
1) kłamstwa Dziennika zniszczyły jego wiarygodność także w innych sprawach. Moje zaufanie, jako obywatela, do tego tytułu prasowego spadło drastycznie. Teraz, gdy będę czytał o różnych aferach i powiązaniach będę się zastanawiał czy w tym przypadku także nastąpiła manipulacja i przekłamanie? To jest podstawowa sprawa, a nie konflikt o chamstwo w sieci.
2) Krytykowanie chamstwa i artykuł Red.Nacz. Krasowskiego stoją ze sobą w tak jaskrawym kontraście. Zupełnie jak na tym rysunku satyrycznym: „pamiętaj, żeby nigdy nie bić słabszych!” – krzyczy ojciec do syna lejąc go pasem w tyłek. Hipokryzja ujawniona w tych postawach jest drugim problemem, który także niszczy wiarygodność Dziennika.
3) Manipulacje tytułami, pytaniami w internetowych sondach tylko pogłębiają to wrażenie.
Blogerzy wbrew buńczucznym deklaracjom, moim zdaniem wcale nie myślą o przejęciu dziennikarstwa. Zdają sobie doskonale sprawę ze swojej pozycji. Z jej zalet i z jej wad. Blogerzy nie są skazani na konflikt z dziennikarzami z powodu aspiracji, jak Pan zdaje się to sugerować. Blogerzy są po prostu piszącymi obywatelami, którzy zamiast na przystanku, to w Internecie komentują to, co prasa im sprzedaje jako prawdę. Sprawa Kataryny uwłacza mi nie tylko jeśli chodzi o ujawnienie jej danych osobowych. Myślę że wściekłość blogosfery jest spowodowane przede wszystkim faktem przyłapania Dziennika na gorącym uczynku; przyłapania Dziennika na jawnym i bez cienia zażenowania uprawianym kłamstwie i manipulacji. Listem Krasowskiego jestem obrażony jako Obywatel, jako Człowiek, nie tylko jako Bloger. Warto by redakcja i całe dziennikarskie środowisko sobie to uświadomiły.
wtorek, 26 maja 2009
Apel Dziennika
Wierzymy w wolność słowa, wierzymy w wartość starcia argumentów, wierzymy w wolny internet. Ale nie wierzymy, że musi to się odbywać tak brutalnie, zdaniami tak pełnymi inwektyw, rzucanymi anonimowo, jak się to często dzieje w polskim internecie. Zbyt często. Nie ma naszej zgody na przemienianie tego miejsca wolnej dyskusji w przestrzeń wolną dla obelg pod adresem wszystkich i wszystkiego.
Podpisuję się pod apelem Dziennika! Wierzę, że siła argumentów jest najlepszym orężem walki o Prawdę. Wierzę, że wolność można realizować wybieraniem Dobra. Wierzę, że inwektywy nie muszą dominować w dyskursie. Już nie raz, nie jeden troll, zamknął się po tym, jak zobaczył bezzasadność swoich krzyków, które zamiast sprowokować mnie do eskalacji wyzwisk, spowodowały tylko i wyłącznie kompromitacje wyzywającego. To smutne, że Redaktor Naczelny Dziennika Robert Krasowski dołączył do tego szerokiego grona trolli, rozciągając jednocześnie sferę ich wpływów na drukowana prasę. Był co prawda Jerzy Urban, ale on nigdy nie miał aspiracji stworzenia ze swojego NIE gazety rozwijającej intelektualne prądy myśli polskiej i europejskiej. Szkoda, ze razem z Dziennikiem pójdą na dno znakomite dodatki Europa czy Magazyn. Szkoda.
Ignorujmy wpisy internetowych „trolli”. Nie wchodźmy z nimi w polemikę. Zgłaszajmy moderatorom i właścicielom serwisów przypadki łamania prawa i dobrego obyczaju.
Zgadzam się także z tym fragmentem i podpisuje obiema rękami. To był dokładnie ten powód, dla którego nie skomentowałem trollowej wypowiedzi red. Krasowskiego. Inwektywy i obelgi mogą być kasowane przez jednego sprawnego moderatora. Gorzej, gdy główny administrator także okazuje się trollem. Wtedy rzadko wchodzę na takie forum i z tego właśnie powodu nie będę często komentował artykułów Dziennika.
Zgłaszajmy moderatorom i właścicielom serwisów przypadki łamania prawa i dobrego obyczaju.
Chyba warto pójść za tą radą i zgłosić właścicielowi, czyli firmie Axel Springer przypadek naruszenia przez redakcję Dziennika etyki dziennikarskiej, publikowania nieprawdziwych informacji oraz używania sformułowań powszechnie uznawanych za wulgarne i obraźliwe. Przenoszenie tak mocno krytykowanych zachowań z Internetu do tekstów Redaktora Naczelnego wykracza poza możliwe do zaakceptowania w drukowanej prasie retoryczne chwyty. Można ewentualnie próbować znaleźć wytłumaczenie dla ludzkiej ułomności i puszczenie pojedynczego kłamliwego i obelżywego tekstu. Jednak kontynuacja kłamstw, sondażowych manipulacji i prostackiego pomawiania w (już nie można powiedzieć poważnej, ale ciągle drukowanej) gazecie niszczy już nie tylko sama gazetę, ale etos całego zawodu.
Zastanawia mnie jeszcze dlaczego nikt nie przywołuje tekstu Jachowicza, który przecież jest dziennikarskim autorytetem, tylko wszyscy pospołu brną w ten irracjonalny i arogancki ton ogólnego potępienia dla internetowej ciżby. Dzisiaj kolejny tekst, który wygląda jakby był pisany bez znajomości kontekstu, tym razem Karnowskiego. Ja tam się nie poczuwam, ale może rzeczywiście to ja jestem trollem, a redaktor Krasowski pokazał mi jak powinien się zachowywać kulturalny i cywilizowany dyskutant?
piątek, 22 maja 2009
Kompromitacja Michalskiego
Cezary Michalski konkluduje swój żenujący tekst następująco:
Blogujący Richard Henry Czarnecki, Janusz Palikot, Leszek Miller, Waldemar Kuczyński... mogą pisać głupoty, ale inwestują w te głupoty własne nazwiska. Przy całym szacunku dla analitycznej przenikliwości Kataryny, której dowody wielokrotnie dawała na swoim blogu, uważam to za ich przewagę nad nią.
To nieprawda, że Czarnecki pracuje na swoje nazwisko, a Kataryna nie. Kataryna pracuje na swój pseudonim. Na swoją markę. Markę budowana trudniej niż Czarnecki czy Miller – popularność ich blogów wynika z ich nazwiska. Można dywagować czy ich blogi byłyby tak oblegane gdyby zaczynali od blogowania? Jeśli ktoś decyduje się na używanie pseudonimu, to widocznie ma swoje powody. Kataryna zbudowała swoja markę na swoich tekstach od zera. Jak dla mnie to jest przewaga raczej Kataryny niż reszty.
Czy pamiętamy takiego cichego pana o rodowym nazwisku Aleksander Głowacki? Ten pan całe życie pracował na swoja markę, która była inna niż jego rodowe nazwisko. Dzisiaj mało kto pamięta go jako Olka Głowackiego, ale o Bolesławie Prusie słyszeli wszyscy. Mnie nie obchodzi jak Kataryna ma naprawdę na imię ani co robi w Realu. Mnie może obchodzić jedynie ocena jej tekstów. Jeśli ktoś decyduje się uczestniczyć w życiu publicznym tylko w formie tekstu, to należy to uszanować.
Pisze dziennikarka w sms-ie do Kataryny: proszę tego nie traktować jako szantażu. Naprawdę nie chcemy Pani skrzywdzić. Ależ przecież to jest szantaż w najczystszej formie! Poza tym takie naciskanie jest już krzywdą sama w sobie!!! Wolność człowieka jest ograniczona wolnością drugiego człowieka! Szantaż Dziennika jest właśnie takim pogwałceniem wolności Kataryny: ona ma prawo chcieć być anonimowa. To jej decyzja i dotycząca jej osoby. Chęć Dziennika do zatrudnienia Kataryny czy choćby ujawnienia jej nazwiska jest chęcią dotyczącą innej osoby, bez zgody której odbyć się to nie ma prawa.
Czym jest tekst Michalskiego? Szantaż nie przyniósł rezultatu to oplujemy Katarynę w stylu najgorszych blogerskich komentatorów? Kataryna nie pójdzie do sądu, bo by musiała się ujawnić. Zagrywka w najgorszym stylu. Panie Czarku, ujawniła się w Pana tekście szkoła Urbana, a zasnęła gdzieś szkoła przyzwoitej demokracji i odpowiedzialności za słowo. Wstyd, rozczarowanie, żenada.
czwartek, 21 maja 2009
Skąd ta cisza wokół Spiegel'a?
Nie rozumiem zupełnie pobłażania dla tego typu publikacji. Kłamstwo oświęcimskie to nie tylko zaprzeczanie istnienia obozów zagłady. Kłamstwo oświęcimskie to jak widać także zmienianie sprawców holokaustu. Czy naprawdę Szewach Weiss musi nas ośmielać byśmy się ruszyli? Czy naprawdę nic nie można zrobić z tym jawnym pogwałceniem dobrego imienia? Z zaprzeczaniem rzeczywistości? Czy prokurator zareaguje tylko jeśli w sprawie zagłady Żydów kłamie ktoś niewygodny politycznie establishmentowi? Nie rozumiem milczenia blogosfery. Nie rozumiem apatii prawników. Jedynie nonszalancję polityków jestem sobie w stanie wytłumaczyć.
Drodzy niemieccy sąsiedzi. Jeśli chcecie wywołać w Polsce nastroje antyniemieckie, jeśli chcecie przywrócić nastroje społeczne z lat tuż powojennych - jesteście na najlepszej drodze!