Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polemika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polemika. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 kwietnia 2011

Hendekalog inteligenta

Jakiś czas temu zamieściłem swoje młodzieńcze wypociny na temat pewnego tekstu Kołakowskiego. Posypały się na mnie w komentarzach wyzwiska od lewaków ze szkoły frankfurckiej i po raz kolejny przypomniały mi się jałowe, bo oparte na stereotypowych kliszach, dyskusje ze znajomymi lemingami.

Po pierwsze trudno jest zignorować całe formacje kulturowe, szczególnie jeśli wywarły one kolosalny wpływ na tą naszą kulturę. Trudno jest także (choć niektórym przychodzi to niezwykle łatwo) krytykować coś czego się nie zna. Dlatego uważam, że krytyka takiego Marksa bez lektury nawet jednego jego tekstu jest po prostu niemądra. Po trzecie, czy zasada dziel i rządź, tak skutecznie stosowana na przykład przez Stalina w Azji Środkowej, staje się pojęciem tabu tylko dlatego, że ma coś wspólnego ze zbrodniczym dyktatorem? Jak chcemy rozumieć świat, ignorując przedstawicieli niesłusznych według nas ideologii?

Nie mogę odnaleźć tego cytatu, ale to właśnie Kołakowski chyba opowiadał anegdotę, jak jakiś nawiedzony latynoamerykański lewicowiec przekonywał go o słuszności systemu kubańskiego. Na te słowa Kołakowski zapytał: czyli w takim razie popiera pan faszystowskie zbrodnie drugiej wojny światowej? - Dlaczego, skądże znowu? – wykrzyknął oburzony lewicowiec. – No skoro popiera pan eliminację kontrrewolucjonistów to czym to się różni np. od eliminacji Żydów? – To nie to samo! – wykrzyknął lewak i zakończył rozmowę swoim odejściem.

Jedynym sposobem, aby zweryfikować czyjeś idee, jest rozłożenie ich na czynniki pierwsze poruszając się w ramach i języku tejże ideologii. Teolog z komunistą nigdy się nie dogadają jeśli nie wyjdą poza swoje języki opisu rzeczywistości. Będą poruszać się w pojęciowych gettach swoich monadycznych światów, a gdy zabraknie cierpliwości przejdą do rękoczynów. Gdyby jednak udało im się opuścić granice swojego języka, być może doszliby do jakiegoś porozumienia, bo zobaczyliby, że często te same zjawiska opisywane są przez różne pojęcia. Żeby było jasne: piszę o poziomie idei, a nie walki o władzę nad ludzkim duchem.

Od szkoły frankfurckiej nie uciekniemy, bo zbyt silnie istnieją te idee w intelektualnym obiegu. Sam miałem swego czasu ochotę podjąć polemikę z Adorno na temat jego estetycznej wizji muzyki, ale nie starczyło mi na to energii i determinacji. Całkowite ignorowanie tego nurtu nie jest chyba najlepszym pomysłem. Uważam bowiem, że stosunkowo najtańsze jest pokonanie przeciwnika jego własną bronią.

Dlatego przy różnych okazjach przypominam pewien krótki zbiór zasad, by uświadomić im, że zwalczanie wszelkich przejawów „ciemnogrodzkiego zaprzaństwa”, bez najmniejszej nawet ochoty nie tylko zrozumienia, ale choćby wysłuchania, co ci tak krytykowani ludzie mają do powiedzenia, że taka postawa jest sprzeczna z zaleceniami spisanymi przez guru lewicujących intelektualistów, Leszka Kołakowskiego właśnie:

Oto moje wstrząsające odkrycie: polska inteligencja istnieje!

Znaczy to, że istnieje klasa ludzi wykształconych, którzy nie tylko swoje zawodowe umiejętności pielęgnują, ale ponadto interesują się żywo sprawami ogólnymi, sprawami swojego kraju, a także Europy i świata.

Nie muszą być, oczywiście, aktywni politycznie, niekoniecznie słowem lub pismem swój stosunek do świata publicznie głoszą albo w życiu jakichś partii czy innych organizacji politycznych czynnie uczestniczą.

Zależy im jednak na tym, by jakoś do dobra życia zbiorowego się przyczynić, i chcieliby, by ich szczególne zawodowe umiejętności były do tego życia wkładem, nie tylko świadectwem osiągnięć rzemiosła.

Inteligent prawdziwy chce być uczestnikiem zbiorowego życia narodu i ludzkości, a tym, co wie i potrafi, to uczestnictwo potwierdzać.

Nie wiem, jak liczna jest w Polsce populacja, która te warunki spełnia, ale ona istnieje i jest świadoma siebie. Gdybyśmy mieli jedynie takich ludzi wykształconych, którzy dzięki swemu wykształceniu zdobywają sobie środki do życia znośnego, ale o nic więcej im nie chodzi, nie byłoby inteligencji w Polsce, a również zajęcia polityczne ludzi wykształconych byłyby tylko jedną z licznych umiejętności zawodowych, które można wszędzie uprawiać, o niczym innym niż o własnych zyskach życiowych i własnej karierze nie myśląc. Partiom politycznym często przewodzą inteligenci, są jednak partie, które inteligencji nienawidzą, i na czele takich partii nie stoją inteligenci.

  1. Oto więc pierwsze przykazanie z hendekalogu inteligenta: ćwicz się w myśleniu o sprawach życia zbiorowego i własną pracę traktuj jako przyczynek do tego życia, stosownie do twoich mniemań o tym, jak ów świat mógłby być naprawiony lub usprawniony.
  2. Drugie przykazanie: jeśli uważasz, że należysz do prawicy albo do lewicy, bądź zawsze gotów, gdy cię zagadną, wyjaśnić przejrzyście, co to znaczy.
  3. Trzecie przykazanie: jeśli sądzisz, że podział na lewicę i prawicę utracił sens w naszych czasach, bądź też zawsze gotów to swoje mniemanie wyjaśnić.
  4. Czwarte przykazanie: jeśli już musisz publicznie kłamać, zawsze pamiętaj o tym, które z twoich kłamstw łatwo jest wykryć.
  5. Piąte przykazanie: nie kompromituj się, przypisując innym ludziom opinie jakieś, gdy nie możesz ich poprzeć cytatami ich autorstwa.
  6. Szóste przykazanie: jeśli sądzisz, że wszyscy ludzie poza tobą są łajdakami, to jednak tego publicznie nie mów, bo to ci dobrze nie zrobi.
  7. Siódme przykazanie: jak najwięcej książek czytaj swoim małym dzieciom.
  8. Ósme przykazanie: kochaj różne myśli, których się nauczyłeś od pisarzy czy filozofów.
  9. Dziewiąte przykazanie: czytaj poetów, słuchaj klasycznej muzyki.
  10. Dziesiąte przykazanie: zawsze pamiętaj, czym się ośmieszasz.
  11. Jedenaste przykazanie: możesz być katolikiem albo buddystą, albo wyznawcą innej jeszcze wiary, możesz też być, jak to się powiada, niewierzący i nie tracisz przez żadną z tych wiar swojej przynależności do świata inteligencji. Nie możesz jednak twierdzić, że twoja wiara lub niewiara jest równie dobrze ugruntowana jak twierdzenia z nauk chemicznych czy geologicznych.

Wszystkich tych przykazań przestrzegać masz, jeśli chcesz należeć do inteligencji. Ale, oczywiście, wcale nie musisz chcieć być inteligentem.

Źródło: http://tygodnik.onet.pl/36,0,30265,hendekalog_inteligenta,artykul.html

wtorek, 15 marca 2011

Gross jest antysemitą!

W każdym odpowiednio licznym zbiorowisku ludzi zajdą się jednostki, których postawa i zachowanie mogą być dowodem na dowolną tezę. Polska nie jest tu wyjątkiem i różne siły próbują realizować swoje cele wyolbrzymiając różne wyjątkowe jednostkowe zjawiska dla realizacji specyficznej gry. Jeśli jednak potraktować historię Polski czysto instytucjonalnie, na poziomie prawa, a nie ludzkich patologicznych zachowań, kraj nad Wisłą może objawić nam zupełnie inną twarz, niż przyprawiana mu przez różne środowiska gęba wykrzywiona nienawiścią.

W Polsce istnieje bardzo długa tradycja religijnej tolerancji, gościnności i otwartości na obcego. Przecież to nie przypadkowo właśnie w Polsce znalazły schronienie całe zastępy Arian, Kalwinów, Husytów, to właśnie do Polski uciekali Żydzi z całej Europy przed ustawowo dekretowanymi pogromami. Przez kilkaset lat współżycia wymieszaliśmy się ze sobą i bardzo silnie związaliśmy kulturowo. I to pomimo, że polskie przywiązanie do wiary i języka jednak nie przestało dominować.

To naturalne, że w sytuacji wielkich ludzkich migracji rodziły się napięcia. Ale wobec zewnętrznego zagrożenia zawsze wszyscy mieszkańcy Polski stawali ramię w ramię, by bronić swojego domu. Czy Pawlak z Kargulem toczyli spór narodowościowy? Podczas demonstracji patriotycznej przed Powstaniem Styczniowym, gdy na czele protestacyjnego marszu został zabity Polak niosący krzyż, idący obok niego Żyd podniósł ten krzyż i szedł dalej ramię w ramię z księdzem. Nie mylmy sąsiedzkich sporów o miedzę z religijno-narodowościowymi uprzedzeniami!

Żydzi są bardzo głęboko osadzeni w polskiej kulturze i polska kultura bardzo dużo Żydom zawdzięcza. Genialny i jedyny w swoim rodzaju Bruno Schulz pisał po polsku. Głęboko humanistyczny Janusz Korczak pisał po polsku i oddał życie przeciwko NIEMIECKIEMU bestialstwu. Jankiel w Panu Tadeuszu pełni rolę Stańczyka, nie tylko najpiękniej grając na cymbałach, ale wypowiadając wiele mądrości trafnie opisujących otaczająca go rzeczywistość. Nikt dzisiaj nie sądzi, że Mickiewicz w taki, a nie inny sposób pokazał tego żydowskiego karczmarza tylko dlatego, że jego matce przypisuje się żydowskie korzenie. Dzisiaj główny konkurent do stanowiska prezydenta Stolicy, Czesław Bielecki także otwarcie mówi o swoich żydowskich korzeniach i nikomu w trakcie kampanii wyborczej nie przyszło do głowy, by robić z tego najmniejszy nawet problem.

Siła polskiej kultury wynika z jej otwartości i z kryteriów jakimi się posługuje w kwalifikacji swój-obcy. Nawet czarny Olisadebe mógł być przez Polaków uznany za swojego, jeśli swoją grą przyczyniał się do sukcesów polskiej reprezentacji. Nawet rodowity Gross, bez cienia żydowskich korzeni, może być uznany za obcego jeśli szkaluje Polskę i Polaków. Kwestia działania na szkodę lub na korzyść Polski jest głównym kryterium w ocenie. Nie pochodzenie czy wyznanie.

W różnych momentach naszej historii tą państwową solidarność próbuje się co jakiś czas rozbijać. Nie ma groźniejszego przeciwnika niż duży 40-milionowy kraj w centrum Europy zjednoczony wokół własnych interesów. Tą zagrażającą jedność trzeba niszczyć wszelkimi dostępnymi środkami. Bardzo łatwym i niestety stosunkowo skutecznym narzędziem jest rozniecanie nastrojów ksenofobicznych. Służył temu zorganizowany i sterowany przez komunistyczną bezpiekę pogrom kielecki w 1946 roku. Załatwieniu wewnętrznych partyjnych sporów o miedzę służyła antysemicka nagonka w 1968 roku. W 1989 roku straszono nas demonami nacjonalizmu, by uzasadnić mazowieckiego grubą kreskę. Dzisiaj ten sam cel jest realizowany za pomocą książek Grossa.

Autor ten doskonale wpisuje się w tradycyjną linię destrukcji polskiej międzyludzkiej solidarności. Solidarności, która sprawiła, że to właśnie Polacy stanowią najliczniejszą grupę na liście Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. I to pomimo tego, że okupowana Polska była jedynym krajem na świecie, gdzie za przekazanie Żydowi kromki chleba groziła natychmiastowa śmierć. Polacy nigdy nie utworzyli kolaboracyjnej organizacji, nigdy żaden polski dekret nie wspomagał tropienia Żydów i innych ludzi wyjętych przez NIEMIECKIE prawo poza nawias człowieczeństwa. A przecież działo się tak i we Francji i w Holandii i w wielu innych europejskich krajach.

Książki Grossa są jak splunięcie w twarz wybawcy, który dla ratowania cudzego, narażał własne życie. To jest gorsze niż stawianie pomnika ukraińskim banderowcom na terenie Przemyśla. Jedyny cel jaki dostrzegam w tych publikacjach, to właśnie wzbudzenie frustracji i nienawiści. Rozbudzenie niechęci i żalu, który następnie będzie można pokazać jako uzasadnienie dla dalszych działań. Jest to dużo łagodniej przeprowadzany kielecki pogrom, haniebna prowokacja, która osiągnie cel, gdy jakiś mniej kontrolujący emocje narwaniec, da fizyczny wyraz swojemu oburzeniu. Wtedy będzie można go pokazać palcem jako dowód, że Gross ma rację.

Trzeba powiedzieć sobie otwarcie: Jan Tomasz Gross szerzy w Polsce antysemityzm! A to jest zakazane przez prawo. Robi to nie wprost, stosuje do tego celu sprawdzone komunistyczne metody dezinformacji i manipulacji. W skład stosowanych narzędzi wchodzi nie tylko wyolbrzymianie i nadinterpretacja marginalnych zachowań, ale także najzwyklejsze ordynarne kłamstwo, czego naczelnym przykładem jest sławne zdjęcie, wokół którego buduje całą narrację swojej książki. Czy nie jest to ta sama kategoria manipulacji co twierdzenie, że krematoria w Oświęcimiu były urządzeniami do ogrzewania baraków? A kłamstwo oświęcimskie jest przecież ścigane z urzędu.

Tymczasem zamiast napiętnowania, mamy medialne wsparcie dla tej szerzącej nienawiść narracji. Warto notować, kto podbija bębenek grossowego kłamstwa. Zaskarżenie szowinistycznych działań Grossa pewnie nie jest w obecnych warunkach możliwe, jednak warto zauważać, kto pomaga w generowaniu tej antysemickiej atmosfery. Warto otwarcie demaskować rzeczywisty cel tych działań oraz pamiętać kto je wspierał. Być może w pewnym momencie dojdziemy do wniosku, że nie warto się ograniczać i należy pójść ścieżką przetartą przez środowiska żydowskie, ale także szkockie i różnych innych narodowości. Być może przyjdą jeszcze procesy przed międzynarodowym trybunałem o szkalowanie dobrego imienia Polski i rozniecanie nacjonalistycznej nienawiści. Przyjdą, gdy uświadomimy sobie jaki jest rzeczywisty cel podejmowanych działań. Zamilczanie Grossa i innych oświęcimskich kłamców wcale nie jest dobrą metodą, bo ten rodzaj bezczelności nie spocznie, póki nie będzie kategorycznej reakcji.

środa, 2 marca 2011

Socjologa polemika z prof. Kisielewiczem

Uciąłem sobie wczoraj krótką wymianę zdań ze znajomym z czasów studiów, sprowokowaną artykułem prof. Kisielewicza zamieszczonym na portalu wPolityce.pl. Dostałem w prezencie wypowiedź, która nie była dla mnie zaskoczeniem - odczucia mam podobne - więc uznałem, że warto przytoczyć ją w całości. Opinia ta jest o tyle cenna, że pochodzi od czynnego zawodowo socjologa, który pracował w badaniach rynkowych zarówno po stronie klienta, jak i wykonawcy. Znajomy zgodził się na publikację tego tekstu, dzięki czemu nie muszę pisać swoimi słowami tego, z czym całkowicie się zgadzam. Z oczywistych względów woli jednak pozostać, przynajmniej na razie, anonimowy.

***

Z artykułem Prof. Kisielewicza to trochę tak, jakby rzeźnik wypowiadał się o chirurgii estetycznej: niby ma pojęcie i wie o co chodzi, ale jakiś taki mało subtelny. Poza tym taki Gallup jest w Polsce od jakiś 15 lat i mógł Pan Profesor chociaż to sprawdzić - szczegół nie mający zasadniczego wpływu na ocenę opinii Profesora, ale zarzucając innym nierzetelność należałoby dopilnować czy samemu jesteśmy rzetelni...

Moja opinia odnośnie sondaży politycznych ukształtowała się już jakieś 10 lat temu i nie uległa zasadniczej zmianie... Ogólnie nie przywiązywałbym szczególnej wagi poznawczej do sondaży realizowanych telefonicznie co dwa tygodnie na próbach +/- 800 osób, a traktowałbym je jako pewnego rodzaju zapchaj-dziurę w mediach. Jak nie ma innego ciekawego tematu, można takie sondaże traktować li tylko jako intelektualną zabawę. I nic więcej...

Problemem nie są nierzetelni ankieterzy, którzy konfabulują wyniki (większość sondaży jest realizowana telefonicznie, kontrola w takich wypadkach jest łatwiejsza i sprawniejsza niż przy technikach zbierania danych poprzez bezpośrednie wywiady face-to-face). Nie jest też problemem dobra wola i rzetelność badaczy, czy uleganie politycznym naciskom przez zleceniodawców (chociaż to również występuje).

Główny problem w mojej opinii jest taki, że każda tuba propagandowa, szumnie nazywana niezależnymi mediami (nie ważne czy to z PISu, PO, SLD, PSL, czy UPR), ma ambicje co trzy dni publikować wyniki sondaży, a dyżurni znawcy od nawozów i od świata (trawestując Kleyffa) mają okazję powymądrzać się, jak to jednemu spadło o 2%, a innemu wzrosło o 3% (przy 3% błędzie) i jakie będą tego konsekwencje dla Gwatemali za trzy lata...

Podchodząc do sprawy czysto metodologicznie to rozjazd wyników wynika według mnie także ze zbyt małej liczebności prób do badań preferencji wyborczych. Przy frekwencji w granicach 50%, próba powinna być w granicach 2500, no ale na to zamawiających zwyczajnie nie stać. Dodatkowo w Polsce i tak w większości przypadków łaska pańska i preferencje wyborcze na pstrej kobyle się przemieszczają. Z tego co wiem, w zdecydowanie większym stopniu niż w starych krajach demokracji zachodniej.

Kolejną sprawą jest to, że niestety (lub stety) publikatory publiczne nie zawsze mają odpowiednie środki, by takie badania finansować, szczególnie że chcą je w miarę często, a płacić za nie - nie chcą. Często nie płacą w ogóle, dla sondażowni jest to barter, my wam wyniki, wy nam reklamę że to my zrobiliśmy... W efekcie szary Kowalski jest już oswojony z nazwą sondażowni, a jak Kowalski przy okazji jest prezesem jakiejś firmy, to może porządne badania komercyjne zleci takiej sondażowni, co to jest taka poważna i robi sondaże polityczne... Autentyczne dla jednego z dużych graczy: wybór agencji badawczej do realizacji badań zależy od tego, czy jest ona medialnie znana. To ma takie konsekwencje, że często robi się te badania po kosztach, najlepiej właśnie CATI. O zgrozo, wybiera się w dodatku operat telefonów stacjonarnych bo taniej, a potem wypisuje się głupoty o losowości i reprezentatywności.

Jeszcze gorzej jest z odmowami odpowiedzi oraz niezdecydowanymi (i tu Pan Profesor ma rację), tego w ogóle nie bierze się pod uwagę przy analizie i interpretacji. Ale każda wzmianka jakichkolwiek tłumaczeń metodologicznych budzi tylko złość zamawiających wyniki (bo to takie niemedialne).

Efekt jest taki, że z jednej strony mamy wyniki sondaży warte tyle co utarg pani nikczemnej proweniencji w deszcz, a z drugiej frustratów, którzy by wszystkie sondaże zapakowali na Wostok 1 i wysłali poza galaktykę, co jest równie właściwe, jak leczenie kiły poprzez dekapitację.

Po środku zaś mamy zadowolonych polityków i znawców rzeczy wszelakich komentujących te kloaczne wyniki (toż w końcu im więcej ich w mediach tym lepiej dla nich), zadowolone media bo ludzie oglądają te głupoty i co gorsza traktuje je na poważnie, i agencje które wyznają jednak starą rzymską maksymę że pecunia... Poprawność metodologiczną to sobie więc zachowamy na inne projekty lub dla bardziej świadomych własnych potrzeb zamawiających, którzy wyniki badań będą traktować z należytą powagą, gdyż od nich zależeć będą decyzje niosące ze sobą konsekwencje finansowe, konkretne dla decydujących.

Główny grzech sondażowni jest taki, że wychodzą z założenia, iż dla werbalnej ipsacji kilku oszołomów (polityków, komentatorów i innych ludzi mediów), metody realizacji badań przybierają konsystencje i właściwości kauczuku, a zyski, w postaci reklamy lub rzadziej kasy, zawsze są.

I nikt, ale to nikt do tego się nie przyzna głośno... bo po ciuchu to i tak wszyscy o tym mówią...

wtorek, 18 stycznia 2011

Polemika z Migalskim

Polemika z Markiem Migalskim jest czynnością tyleż łatwą ile jałową. Migalski bowiem należy do tego gatunku polemistów, którym nawet gdy pokaże się miejsce, w którym dokonują manipulacji lub przekłamania (np. twierdząc, że liście dębu są niebieskie) – to będą się upierać, że to nie jest żadna manipulacja tylko ich opinia do której mają prawo. Trudno zaś polemizować z kimś niewidzącym różnicy między faktem a opinią, co wpisuje się w ogólno-cywilizacyjną praktykę odbierania pojęciom ich pierwotnych znaczeń.

W przypadku Migalskiego warto jednak chyba podjąć tą polemikę, nie tyle ze względu na Migalskiego, który sprawia wrażenie, że przejął od profesorów swojej byłej uczelni odporność na argumenty, ile ze względu na jego czytelników, którzy nie do końca potrafią rozpoznać perfidię mało subtelnych manipulacji, których dopuszcza się Migalski w swoich tekstach.

Weźmy jako przykład tekst o Kaczyńskiego kalkulacjach smoleńskich.

Zaczęło się od ścigania się z Jarosławem Kaczyńskim, kto pierwszy dotrze do miejsca tragedii” – czy naprawdę ten bystry analityk sceny politycznej, co udowodnił całą swoją dotychczasową pracą, nie dostrzega manipulacji tkwiącej w tym stwierdzeniu? Gdyby to zdanie ujęte było w formę np. „Zaczęło się od opóźniania dotarcia Jarosława Kaczyńskiego na miejsce tragedii, w celu umożliwienia premierowi zdobycia wizerunkowych punktów” - wtedy zdanie byłoby jednoznacznie oceniające zaistniałą sytuację i bierność udziału w tej hucpie Kaczyńskiego. Natomiast tak mamy niejednoznaczność intepretowaną przez odbiorców jako intencjonalny udział Kaczyńskiego w jakimś absurdalnym wyścigu.

Czy to znaczy, że Jarosław Kaczyński zwariował? Nie, on znowu realizuje cel polityczny!” – czyż nie jest to sugestia, że program polityczny jest zwariowany? Czy to jest ten spokojny zrównoważony język, którym PJN chciał się odróżniać od Niesiołowskiego, Palikota i Kaczyńskiego? Rozumiem, że retoryczne pytanie w stylu – „Czy Migalski jest oszołomem zmierzającym do sojuszu z Palikotem? Nie, on po prostu realizuje cel polityczny!” – będzie przejawem manipulacyjnego politycznego nie merytorycznego ataku, ale pod piórem Migalskiego jest merytoryczną politologiczną diagnozą sytuacji? Naprawdę aż tak nisko Migalski ocenia inteligencję wyborcy?

Warto jednak, żeby zauważyli to także jego bezmyślni wyznawcy.” – oczywiście Migalskiemu chodzi o wąską grupę bezrefleksyjnych fanatyków. Jak jednak w takim kontekście odróżnić ich od polityków z najbliższego otoczenia Kaczyńskiego? Czyż nie jest to sugestia, że w zasadzie cały PiS to „bezmyślni wyznawcy” Kaczyńskiego, bo ci myślący już zorientowali się co jest grane i przeszli do PJN? I to ma być ten racjonalny i merytoryczny język skupiający uwagę politycznego dyskursu na problemach a nie na osobach? Ja tego nie kupuję.

Panie Marku, być może chce Pan dobrze, ale znając Pana błyskotliwość i inteligencję oraz zdolności analityczne prezentowane dotychczas, nie wierzę, że nie zdaje sobie Pan sprawy z manipulacyjnego wymiaru tych wieloznacznych zdań wetkniętych w całość wypowiedzi. Nie wierzę, że to tylko Pana przeoczenie, a wszystko jest kwestią „nadinterpretacji” uprzedzonych i niechętnych Panu odbiorców. Nie jestem w stanie nie brać pod uwagę możliwości, że te zdania są włożone w takiej formie nieprzypadkowo i w określonym politycznym celu. List otwarty do prezesa Kaczyńskiego pokazał, że umie Pan dobierać słowa i budować zdania w sposób jednoznaczny. To co Pan uprawia obecnie w komentowanym tekście to wchodzenie do tej samej rzeki, która płyną Kwaśniewski, Miller, Michnik czy Komorowski. To nie jest nurt, który myślący ludzie są w stanie zaakceptować jako alternatywę. Takie zdania sprawiają że nie jesteście żadną alternatywą.

czwartek, 30 grudnia 2010

THC niszczy racjonalne myślenie

"Gazeta Wyborcza" znów mruga do młodzieży: walczcie o legalizację narkotyków, my wam pomożemy. Ofiarami narkotyków też się zajmą? Reportaż szokuje. To wyraźne wsparcie dla działań ucznia, który chce legalizacji narkotyków - na szczęście wciąż nielegalnych, i jednocześnie wyraźne potępienie działań szkoły, która chce bronić innych uczniów przed narkotykami. – tak komentuje krótki reportaż zamieszczony w Gazecie Wyborczej portal wPolityce.pl

Muszę przyznać, że zawsze wpadam w konsternację, gdy słucham opinii na temat „narkotyków” i zażywających ich „ćpunów”. Stereotypowe myślenie, które owocowało jeszcze nie tak dawno szokiem, jaki wywoływały informacje o dobrze zarabiających, schludnie ubranych alkoholikach, pokutuje do dzisiaj. Nie chcę zacytowanych opinii portalu traktować jako przejawu hipokryzji i antyagorowego zacietrzewienia. Uważam, że jest to raczej przejaw swego rodzaju niedoinformowania. Nie chcę również wchodzić w szczegółową pseudonaukową argumentację czy opowiadać się po którejś ze stron. Chcę tylko zasygnalizować kilka kwestii, które sprawiają, że sprawa nie jest tak jednoznaczna jak jest przedstawiana.

1. Ofiary narkotyków. Czy liczne ofiary nałogu alkoholowego są przyczynkiem do dyskutowania kwestii delegalizacji tej używki? Czy ofiary agresji wyzwalanej przez alkohol są argumentem do ograniczania jego sprzedaży? Czy zakaz palenia w miejscach publicznych powodującego raka tytoniu jest przejawem konserwatywnej idei odpowiedzialności za samego siebie, czy raczej lewackiego przekonania, że społeczeństwo wie lepiej co jest dobre dla jednostki?

2. Delegalizacja, depenalizacja. W latach 30-tych w USA wprowadzono prohibicję kierując się słusznymi moralnymi przesłankami. Jak to się skończyło wszyscy wiemy. Dopiero ponowne zalegalizowanie alkoholu umożliwiło skuteczne rozprawienie się z mafią, która była jedynym beneficjentem wprowadzenia prohibicji. W tym kontekście warto brać pod uwagę argument, że depenalizacja pewnych używek mogłaby ograniczyć czarny rynek i dostarczyć Państwu funduszy niezbędnych do zwalczania skutków ich nadużywania.

3. Kontrola handlu. Regulowany rynek używek umożliwia Państwu kontrolę ich jakości. Być może pamiętają jeszcze niektórzy te społeczne akcje apelujące o nie picie alkoholu z niepewnego źródła. „Bimber przyczyną ślepoty” – bo tylko państwowy monopol jest w stanie dostarczyć dobrego jakościowo produktu, który nie zawiera nawet śladowych części chemicznych zanieczyszczeń powodujących niepożądane skutki. W opinii użytkowników tego nielegalnego czarnego rynku głównym problemem i źródłem szkodliwości dostępnych produktów nie jest marihuana lecz chemiczne świństwa, które się do niej dodaje.

4. Uzależnienie. Siła fizycznego uzależnienia jaką wywołuje marihuana jest ciągle przedmiotem badań naukowców. Istnieją badania, które wręcz negują efekt fizycznego uzależnienia wywoływanego przez THC. Oczywiście stwierdzono też wywoływanie przez THC objawów psychotycznych i innych ciężkich zaburzeń psychicznych, ale kto z nas nie ma znajomego, który po alkoholu zmienia się nie do poznania, często w sposób wybitnie agresywny? O uzależnieniu psychicznym zaś możemy mówić nie tylko w przypadku stosowania fizycznych używek, ale w przypadku nadużywania dowolnych aktywności ludzkich. Kto nie słyszał o uzależnieniu od czekolady, Internetu czy seksu? Przesada jest tak samo zła bez względu na przedmiot.

5. Szkodliwość. Badania naukowe wykazują zarówno pozytywne jak i negatywne skutki zażywania różnych substancji. Nadużywanie kawy wywołuje nadciśnienie i w konsekwencji prowadzi do zawału. Zaś małe ilości kawy (jedna mała czarna dziennie) ma właściwości antyrakowe. Podobnie małe ilości alkoholu zapobiegają chorobie wrzodowej i poprawiają krążenie, obniżając ryzyko zawału. O szkodliwości alkoholu w nadmiarze nie trzeba wspominać. Problemem jest zatem nie tyle używanie, ile nadużywanie, przy czym granica między jednym a drugim bywa bardzo cienka.

6. Kwestie kulturowe. W pustynnych krajach arabskich marihuana jest kulturowo akceptowanym składnikiem obyczaju gościnnego w zastępstwie nielegalnego tam alkoholu. Pamiętam fragment programu telewizyjnego w którym na szkoleniu dla jadących do Afganistanu żołnierzy uświadamiano ich, że jeśli gospodarz poczęstuje gościa haszyszem, odmowa jest traktowana jak obraza. Dziś takich reportaży w telewizji nie widzę, ale i telewizji nie oglądam, więc może gdzieś się to pojawia. Jednak warto zauważyć, że u nas alkohol nie ma aż takiej mocy i wszyscy rozumiemy, że ktoś nie spróbuje naszej domowej wiśniówki, bo „prowadzi” albo „jest na antybiotyku”. Jednak sam brak ochoty często nie jest jednak mimo wszystko pretekstem wystarczającym – „no co ty? Ze mną się nie napijesz?”

Wymieniłem te kilka kwestii na szybko tylko po to, by przypomnieć, że sprawa nie jest tak oczywista. Ja rozumiem obawy gradacyjności pewnych żądań, pewnych idei. Dzisiaj legalizujemy małżeństwa homoseksualne, jutro zgadzamy się na adopcję dzieci przez homoseksualne pary. Dzisiaj zgadzamy się na In-vitro jutro zgodzimy się na eugenikę. Rozumiem obawy, że legalizacja pewnych używek pociągnie za sobą żądanie legalizacji twardych narkotyków. Jednak sprawy nie są czarnobiałe i nie uważam, że depenalizacja plucia na chodnik w Singapurze automatycznie pociągnie za sobą przyzwolenie na uprawianie miłości w miejscach publicznych.

We wspomnianym na wstępie reportażu można się dopatrzeć postaw antyklerykalnych: oto ksiądz jest odporny na wszelkie argumenty i niby ugiął się pod naciskiem międzynarodowych organizacji, ale dalej hardo się stawia. Można zarzucić autorom, że nie stawiając pewnych pytań nie pogłębiają tematu. Jednak w moim odczuciu reportaż nie jest żadną pochwałą narkotyków i zasługuje co najwyżej na przemilczenie, a nie na polemikę zaiste w stylu… Gazety Wyborczej właśnie.

poniedziałek, 22 listopada 2010

Brak wyboru - polemika z Mazurkiem

Redaktor Mazurek w tekście zamieszczonym na wPolityce.pl przekonuje nas, że nie głosował, bo tak naprawdę nie miał na kogo. HGW mu nie pasuje na prezydenta Stolicy, bo jest po prostu kiepska, a CzB mu nie pasuje, bo jego legendarna inteligencja jest wprost proporcjonalna do miłości własnej, która sprawia, że kandydat na każdym kroku pokazuje, że robi wyborcom łaskę wystawiając swoją kandydaturę. Nie mam zamiaru polemizować z powodami braku głosu redaktora Mazurka, bo jest on jednostką autonomiczną i są one dla niego wystarczające, by podjąć taką a nie inna decyzję. Chciałbym tylko odnieść się do metody okazania tego niezadowolenia polityczną ofertą.

Tak jak rozprawia się o kontrskuteczności pewnego rodzaju działań różnych polityków, tak samo powinniśmy się zastanowić nad skutecznością komunikowania określonych postaw przez wyborców. Czy określone działania rzeczywiście przynoszą zamierzony efekt? Absencja wyborcza w przypadku redaktora Mazurka podyktowana jest pewna motywacją, którą podziela dość liczna grupa wyborców. Tą motywacją jest brak zgody na aktualną ofertę polityczną. Brak zgody na jakość aktualnych polityków. Oraz niechęć do wybierania tzw. mniejszego zła.

Pytanie, czy brak udziału w czynności głosowania podyktowany powyższymi motywacjami jest jedynie zaspokojeniem wewnętrznej potrzeby zgody z własnymi przekonaniami? Po co w takim razie redaktor dzieli się swoimi przemyśleniami na łamach prasy? W jakim celu tłumaczy swoje odczucia i motywacje na temat aktualnej sytuacji, która popycha go takiego, a nie innego wyboru? Czyż nie po to, aby dać wyraz tej swojej, wcale przecież nie obojętnej, postawie? Aby pokazać, że jego absencja nie jest podyktowana brakiem zainteresowania sprawami publicznymi, ale własnie głębokim przejęciem sprawami publicznymi? Czy gdyby nie miał dostępu do mediów, miałby jakąkolwiek szansę osiągnąć ten komunikacyjny cel? Nie sądzę.

Komentatorzy polityczni i sami politycy dużo częściej skłaniają się do innej interpretacji wyborczej absencji. Wkładają niegłosujących wyborców do pojęciowego worka ludzi niezainteresowanych polityką i sprawami publicznymi. Ponad połowa niegłosujących wyborców jest przyczynkiem do dyskusji o braku obywatelskich postaw, o niedorozwoju społeczeństwa obywatelskiego, o niedojrzałości polskiej demokracji itd. Połowa wyborców pozostających w domach jest podstawą do spokojnego snu polityków, którzy przekonali do siebie, skupionych w neoplemiennych wspólnotach, zwolenników, których mieli przekonać; a tych niegłosujących nie ma sensu przekonywać, bo oni i tak z domu przecież nie wyjdą, bo maja politykę i wszystko inne w głębokim poważaniu. Komentatorzy i politycy nie widzą różnicy między niegłosującymi z powodów ideologicznych (brak zgody na status quo), a niegłosującymi z powodu braku zainteresowania.

Instytucja nieważnego głosu daje nam możliwość dość jednoznacznego pokazania tej różnicy. Nieważny głos umożliwiłby odróżnienie mazurkowego braku zgody i zmierzenie popularności tej postawy. Jednak będzie to sposób skuteczny pod dwoma warunkami: po pierwsze frekwencja będzie znacząco wyższa, po drugie odsetek nieważnych głosów będzie zauważalny. Żeby osiągnąć taki rezultat, trzeba uświadomić tych niegłosujących wyborców o wartości informacyjnej nieważnego głosu.

Czy warto wprowadzać w ogóle takie rozróżnienie? Potrzeba wytłumaczenia swojej decyzji przez redaktora Mazurka i setki innych wyborców w różnych okolicznościach udowadnia, że warto. Zastanówmy się przez chwilę, jak by to wyglądało, gdyby frekwencja wyborcza wynosiła nie 40% ale np. 70% i odsetek nieważnych głosów wyniósł by 30%? Czy ktokolwiek mógłby wtedy powiedzieć na głos, że społeczeństwo jest bierne, że ludzi nic nie obchodzi? Czy ktokolwiek mógłby zarzucić redaktorowi Mazurkowi, że opowiada bajki, a tak naprawdę to nie poszedł na wybory, bo zasiedział się na działce i wolał dopalić grilla? Zastanówmy się, jakie argumenty mielibyśmy komunikując w ten sposób politykom brak zgody na obecną formę uprawiania polityki. Czy Tusk dalej bez żenady perorowałby o sukcesie polityki miłości? Czy Kaczyński dalej byłby tak pewny skuteczności konfrontacyjnej polityki kadrowej? A sensowni kandydaci dalej nie chcieliby, jak obecnie, kandydować nie wierząc w wyborczy sukces lub nie chcąc się ośmieszyć wyborczą porażką?

Ja w każdych wyborach głosuję "na kogoś" (w odróżnieniu od głosowania "przeciwko komuś"), jednak uważam, że warto, by nieobojętni na sprawy publiczne, lecz niegłosujący wyborcy zdawali sobie sprawę, że brak głosu o niczym nie informuje, jest kompletnie nieczytelnym komunikatem. Głosując zaś nieważnym głosem  są w stanie przekazać informację, która komunikuje motywacje opisane przez redaktora Mazurka.

Więcej informacji na temat nieważnego głosu można przeczytać na stronie: http://brakwyboru.blogspot.com

niedziela, 29 sierpnia 2010

Fanatyzm, prawda i konsekwencja

Borusewicz: Walczyliśmy o coś innego, a tu wyszły najgorsze instynkty. Fanatyzm. […] Były oczywiście fanatyczne postawy i w Sierpniu, ale one były spychane na margines.
Redaktor: Mówi pan marszałek o obrońcach krzyża, ale z drugiej strony też są radykalne zachowania. Pewien poseł z Lublina mówi, że byłby szczęśliwy, gdyby w tym roku umarł Jarosław Kaczyński.
Borusewicz: Ale to są głosy indywidualne, których swoja drogą nie pochwalam.”


Warto zwrócić uwagę na to co jest tak naprawdę powiedziane w tym fragmencie rozmowy z Bogdanem Borusewiczem. W stawianym nam za wzór Sierpniu 1980 postawy fanatyczne były spychane na margines. Powinniśmy takie postawy spychać na margines również i dzisiaj. Pewien poseł z Lublina zatem też powinien zostać usunięty na margines jako fanatyczny głos indywidualny, którego autorytet Sierpnia zresztą nie pochwala. To dobrze. To bardzo dobra zapowiedź. Tym bardziej, że fanatyzm wśród kierownictwa rządzącej partii jest prawdziwym zagrożeniem, w przeciwieństwie do fanatyzmu przygodnych przechodniów zatrzymujących się pod pałacem namiestnikowskim. Mam nadzieję że tak jak w Sierpniu 1980 pan marszałek jest równie dobrze poinformowany i teraz.

Jednak kwestia opinii o dominancie społecznego zbiorowiska pod smoleńskim krzyżem pokazuje, że pan marszałek czerpie swoja wiedzę na ten temat z naszych wiodących mediów. Gdyby wybrał się pod krzyż, by wsłuchać się w tą zbiorowość, być może zobaczyłby, że po pierwsze obrońcy krzyża wcale nie stanowią większości, po drugie liczba agresywnych fanatyków nie jest tam wyższa niż w polskim Sejmie. To stawia pod smutnym znakiem zapytania wiarygodność pana marszałka w kwestii marginalizacji fanatyków wśród polskich posłów.

Fanatyzm i najgorsze instynkty nie są cechą tylko jednego posła z Lublina. W wywiadzie opublikowanym w weekendowej Rzepie, Stefan Niesiołowski konstatuje w swoim jakże wyrafinowanym cywilizacyjnie zachodnio-europejskim stylu:

„Klasycznym szkodnikiem jest Jarosław Kaczyński, który od 20 lat w każdej niemal sprawie zajmuje stanowisko destrukcyjne, szkodzące Polsce. [...] Jest klasycznym przykładem człowieka, który nie ma żadnych zahamowań, żadnych zasad, żadnych wahań. Byle tylko dorwać się do władzy. Niewiele takich elementów jest u Palikota.”

Jak wiadomo bycie zastępcą przewodniczącego rządzącej partii nie jest w najmniejszy sposób przejawem dążenia do władzy. Podobnie jak deklaracje założenia własnej partii, czy chełpienie się bliskimi stosunkami z obecnym prezydentem oraz własnym wpływem na politykę rządu Tuska. Dlatego Niesiołowski może z pełną swobodą stwierdzić, bez obawy ośmieszenie i skompromitowanie własnej osoby, że Palikot twierdzący jakoby Lech Kaczyński był pijany na pokładzie samolotu skompromitował się jako polityk:

„Powtarza plotki. A polityk traci uznanie, jeśli powtarza plotki. Zrobiono badanie, wykluczono alkohol. I Palikot się ośmieszył.”

To bardzo cenna uwaga. Zwłaszcza w ustach kogoś kto sam dementuje swoje słowa w tym samym wywiadzie. W jednej chwili bowiem stwierdza Niesiołowski po trzykroć:

Niesiołowski: Generalnie krytyka Lecha Kaczyńskiego była słuszna. Moim zdaniem to najgorszy, oczywiście w demokratycznej Polsce, prezydent. Bo trudno go porównywać do Bieruta.
Subotić: Gorszy niż Aleksander Kwaśniewski?
Niesiołowski: Gorszy, zdecydowanie.
Subotić: Gorszy niż Lech Wałęsa?
Niesiołowski: Oczywiście. Nie ma porównania.”


By za chwilę bez cienia zażenowania zadeklarować:

To jeszcze nie pora, bym dokonywał analizy prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Pozostanę przy swoim zdaniu i tego zdania będę bronił trochę później. Najwcześniej za rok. Żałoba już minęła, ale jednak jest za wcześnie.”

Co więcej, Niesiołowskiemu nie tylko nie przeszkadza zaprzeczanie samemu sobie, ale także nie będzie w najmniejszym stopniu kompromitowało go kłamstwo albo żenujący brak wiedzy. Stwierdza np. o Wawelu:

"Do tej pory była powszechna akceptacja tego miejsca i wszystkich tam pochowanych."

pomijając najwyraźniej kontrowersje choćby z Piłsudskim albo Słowackim. Mówiąc o wojnie polsko-polskiej:

"Pomiędzy ZChN a Unią Wolności nie było wojny domowej, nawet nie było jej pomiędzy AWS a SLD. Taką wojnę wprowadził PiS"

najwyraźniej nie zauważając słynnej deklaracji Andrzeja Wajdy. Inne drobne niekonsekwencje sobie daruję, myślę że widoczny nawet dla przeciętnego laika lapsus w odpowiedzi na niemal każde pytanie jest wystarczająco kompromitujący. Wszak polityk, który powtarza plotki się ośmiesza i traci uznanie. A co się dzieje z politykiem, który kłamie w co drugim zdaniu i przeczy samemu sobie w jednym wywiadzie? Tak, macie rację: walczy z demonicznym fanatyzmem społeczeństwa!

czwartek, 19 sierpnia 2010

Chłopiec spod Barbakanu - polemika

To będzie emocjonalna notka napisana pod wpływem chwili. Pod wpływem przykrej notki Lubicza z refleksjami o Pomniku Małego Powstańca. Niestety jest ona przykładem tego, do czego doprowadza zrównywanie wszystkiego ze wszystkim i porównywanie nieporównywalnego.

1) Jest jakimś potwornym naduzyciem zrównywanie narkotyzowanych afrykańskich dzieci z karabinami w rękach z warszawskimi dziećmi, którym konkretni niemcy (specjalnie piszę z małej litery, by odróżnic ich od Niemców, którzy nie zatracili swojego człowieczeństwa) bestialsko zamordowali rodziców, wujków ciotki. Tragizm sytuacji polskich sierot i polskich rodzin, spośród których nie ma chyba żadnej, która nie straciła kogoś w wojnie jest przyrównywany do wysyłania na rzeź dziecięcych terrorystów obwieszonych granatami. Ublizajacego charakteru takich porownań nie chcę tłumaczyć, bo cisną mi się na usta jedynie sformułowania niecenzuralne.

2) Odmawianie warszawskim dzieciom podmiotowości, twierdząc że byli nieswiadomymi narzedziami w rękach rodziców także ubliża zarówno tym dzieciom jak i ich rodzicom. To ostateczność i determinacja woli popychała ich do udziału w tym horrorze, a nie bezduszność dorosłych. Nie znam szczerze mówiąc relacji, w których zapłakane dziecko było zmuszane do biegania z pocztą na drugą stronę ulicy. Nie znam relacji odurzania dzieci, by wykonały samobójcze rozkazy fanatycznych dorosłych. Znam natomiast wiele relacji dzieci, które za wszelka cenę chciały pomóc swoim bliskim w tej beznadziejnej i tragicznej sytuacji.

3) Nie tylko dzieci sa ofiarami. Ofiarami są wszyscy: dzieci, kobiety, mężczyźni, dorośli i emeryci. Wszyscy. Wszyscy ówcześni Warszawiacy są ofiarami nie wojny, na którą wysłali ich bezduszni i cyniczni politycy, ale wojny, która toczyła się o fizyczne przetrwanie fizycznych konkretnych osób. Oni brali udział w powstaniu równie beznadziejnym jak powstanie w Gettcie Warszawskim. Tylko, ze odwagi i determinacji warszawskich Zydów nikt nawet nie próbuje dezawuować, podczas gdy duzy odsetek Polaków wiesza psy na bestialstwie AK-owskiego dowództwa, które zgotowało warszawiakom hekatombę. Jak widać komunistyczna propaganda, niczym to biblijne ziarno, ciągle wydaje owoce sukinsyństwa.

4) Pod Głogowem 1000 lat wcześniej obrońcy strzelali do własnych dzieci przywiązanych do maszyn oblężniczych. Można się spierać czy było to bestialstwo czy bohaterstwo, czy obrońcy mieli po prostu świadomość, że jeśli nie odeprą szturmu to i tak wszyscy zostaną wyrżnięci do nogi, zatem strzelając do własnych dzieci bronili samych siebie i własnego życia. Czy to coś zmienia? Czy te dzieci przywiązane do machin są ofiarami li tylko tej sytuacji? Czy tez ofiarami są spustoszeni wewnętrznie obrońcy, a także wyzuci z resztek człowieczeństwa atakujący? Czy to wystarczy aby robić tak uwłaczające porównania?

Nie relatywizujmy wartości, bo stawianie znaku równości między ofiarą i oprawcą nigdy nie przynosi nic dobrego. W systemie prawnym Kara pełni nie tylko funkcje zadośćuczynienia. Kara pełni nie tylko funkcje odstraszania. Wyrok i nieuchronność kary pełni także rolę porządkującą świat, normy i wartości obowiazujące w społeczeństwie. To co robi się takimi wpisami to nie demaskacja hipokryzji, ale fałsz i obłuda w czystej formie, to destrukcja podstawowej dla porządku społecznego granicy miedzy dobrem i złem.