Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 kwietnia 2011

W mydlanym bagnie dezinformacji

W piękny wiosenny słoneczny dzień młody ojciec cieszy się swoją młodą latoroślą. Nowy człowiek pojawił się w jego życiu niedawno, a teraz na dziesiątym piętrze mieszkalnego wieżowca młody ojciec pokazuje świat swojemu ukochanemu synowi. Dziecko też jest zadowolone i radośnie się uśmiecha. Zachęcony tym uśmiechem ojciec zaczyna kołysać dzieckiem i delikatnie je podrzucać, jak to często robią rodzice bawiąc się ze swoimi pociechami. Rzecz jednak dzieje się na balkonie dziesiątego piętra. Podrzucone nieporadnie dziecko wysunęło się z rąk rodzica i wyleciało na zewnątrz balkonu. Młody ojciec bez chwili wahania wyskoczył za nim. Obaj zginęli na miejscu.

Ta drastyczna lecz autentyczna historia opowiadana jest na pewnym warszawskim osiedlu jako przestroga przed lekkomyślnymi zabawami. Przytoczyłem ją tutaj bo mam coraz silniejsze wrażenie, że Polska jest tym dzieckiem, którym się lekkomyślnie bawimy. Wszyscy.

Być może też, to smoleńska katastrofa była takim właśnie wypadkiem, po którym premier polskiego rządu, w tym właśnie rodzaju urazowego szoku wyskoczył z balkonu oddając resztkę polskich plenipotencji na łaskę i niełaskę Rosjan. Budowana przez dwadzieścia lat pozycja Polski jako w miarę poważnego rozwijającego się kraju legła z dnia na dzień w gruzach. Nic już nie będzie takie samo. Rządzący naszym krajem rzucili się w przepaść sądząc, że złapią w locie Polskę i zapobiegną nadchodzącej z przyspieszeniem ziemskim nieuchronnej tragedii, a nam pozostałym przy życiu pozostało już tylko kiwać głową z politowaniem zmieszanym z przerażeniem.

Innym znanym traumatycznym zjawiskiem jest ratowanie spanikowanego tonącego. Istnieją setki opowieści o tym, jak ktoś rzuca się na pomoc i toną razem topielec i jego ratownik. Tonący miotając się w odbierającej rozum panice, zagarnia wszystko co nawinie się pod rękę. Zagarnia wodę, zagarnia ubranie, włosy ratownika, w ostatnim szale krępuje jego ręce i dusi próbując wydostać się na powierzchnię jeziora, które przy spokojnym poddaniu się mu na pewno by ze swych objęć wypuściło.

My wszyscy odbierając atakujące nas przekazy zachowujemy się jak ten topielec. Łapiemy RAŚ, stadionowych kiboli, czy antypolskich oszczerców albo z drugiej strony próbujemy uchwycić reformę wojska, OFE, czy służby zdrowia. Otoczeni informacyjnym szumem w jakimś rozpaczliwym szale powielamy go i wzmacniamy, zajmując ostatnie resztki wolnego czasu utyskiwaniem na całą podłość tego świata. Mijają cenne sekundy życia, które moglibyśmy poświęcić na zastanowienie nad metodami skutecznego dopłynięcia do brzegu, ale miotamy się wyłapując kolejne powody do oburzenia na następny lapsus Migalskiego, Nałęcza, czy Komorowskiego. Naszym zainteresowaniem nadajemy znaczenie nieistotnej mętnej wodzie, czynnikom wciągającym nas w wir frustracji, paniki i na koniec zniechęcenia. Żeby wyjść z bagna trzeba uchwycić podaną gałąź i powolutku, bez zbędnych ruchów wyciągać się na powierzchnię. Żeby nie utonąć w jeziorze wystarczy nabrać powietrza w płuca i po prostu się nie ruszać. Rozproszenie uwagi może kosztować życie. Trudno jest też planować budowę domu, gdy zapadając się w bagnie, wolne mamy już tylko jedno ramię.

Czy w obecnej sytuacji jest jakakolwiek gałąź? Co jest taką sprawą, której załatwienie pozwoliłoby nam zatrzymać ten proces tonięcia? Nie jestem pewien, ale może warto, zamiast szukać całościowych recept albo wytykać pojedyncze potknięcia, spróbować poszukać tego pierwszego kamyczka, od którego rozpoczyna się przenoszenie góry? Może warto skupić intelektualne wysiłki na kompletne opracowanie jednej pełnej reformy, wraz z analizą kosztów i potencjalnych korzyści? Następnym krokiem mogłoby być zobowiązanie do realizacji tego kroku przez kandydatów na przedstawicieli. Łatwiej wymagać jednej konkretnej sprawy, niż rozliczać z obietnicy, że „będzie nam wszystkim dobrze”.

  • Czy taką gałęzią pozwalającą na rozpoczęcie wychodzenia z bagna jest zmiana ordynacji?
  • Czy taką gałęzią jest napisanie od podstaw sensownego prawa dotyczącego małych i średnich przedsiębiorców?
  • Czy taką gałęzią jest reforma sądownictwa?

Nie wiem. Ja skłaniam się ku ostatniej propozycji, co jeszcze rozwinę w niedalekiej przyszłości, ale przecież jakakolwiek gałąź nie byłaby rzucona, to musi być ona solidna i spełniająca odpowiednie warunki. Nie może być spróchniała, nie może być za krótka, a znalezienie odpowiedniej jakiś czas potrwa. Ale jeśli zamiast jej szukać będziemy na siebie nawzajem krzyczeć i dywagować, kto wepchnął Polskę w to bagno, jeśli zamiast szukać rozwiązania będziemy deliberować nad zbiorem najlepszych gałęzi do ratowania, to zanim cokolwiek znajdziemy – Polska dawno utonie.

czwartek, 17 marca 2011

Sikorski demaskuje Tuska

W dzisiejszej porannej audycji radiowej Trójki, w rozmowie z Michałem Karnowskim, minister Radosław Sikorski potwierdził premedytację działań rządu w sprawach związanych z katastrofą smoleńską. I to w kilku momentach.

Najpierw zapytany o reakcję polskiego MSZ na wezwanie Administracji USA do restytucji prywatnego mienia żydowskiego, odpowiedział, że reakcja USA jest cokolwiek spóźniona, bo czas na reakcję był w latach 1943-1944 gdy emisariusz polskiego rządu, Jan Karski, błagał wręcz o jakąkolwiek pomoc dla eksterminowanych w obozach koncentracyjnych Żydów i Polaków. Wtedy te błagania pozostały bez reakcji. Co więcej, Sikorski na następny dzień zapowiedział opublikowanie umowy z lat 60-tych, w której USA zrzeka się jakichkolwiek roszczeń osób trzecich wobec Polski i zobowiązuje się rozwiązać ewentualne problemy w przyszłości własnymi siłami.

Minister Spraw Zagranicznych, pokazał w ten sposób, że jeśli się chce, to można szybko odszukać nawet stary i mało znany dokument, aby bronić polskiej racji stanu. Dlaczego zatem zignorowano wiadomą umowę dotyczącą badania wypadków lotniczych? Jak widać nie było to czysto ludzkie zaniedbanie, co jeszcze można by nawet na poziomie ministerialnym zrozumieć, ale ewidentne działanie celowe.

Inną poruszoną sprawą była kwestia usuwania palących się zniczy spod Pałacu Prezydenckiego. Najpierw minister Sikorski próbował uniknąć odpowiedzi, następnie potwierdził, że jest to wstydliwa i niegodna sprawa, odsyłając pytającego redaktora do Urzędu Miasta. Na koniec zaś przyparty do muru potwierdził również, że jego zdaniem jest ta sytuacja rozgrywana politycznie. Nie wymagajmy od ministra rządu, aby wprost stwierdził, że działanie partii rządzącej jest w tej kwestii haniebne. Postawienie sprawy w taki sposób mi osobiście całkowicie wystarcza.

W tym kontekście inaczej także należy podejść do prośby premiera Donalda Tuska, którą skierował do senatorów, aby wykreślić z ustawy medialnej cały fragment dotyczący internetu. Cała afera związana z propozycją regulacji internetu jest zatem także niewątpliwie przemyślana, zaplanowana i zrealizowana z żelazna konsekwencją. Jej cele, które widać na pierwszy rzut oka to: a) wysondowanie czujności opinii publicznej, b) skompromitowanie opozycji, która w całości głosowała za przyjęciem ustawy, c) budowanie medialnego wizerunku premiera, który jest czuły na opinie publiczną i reaguje na nadużycia swoich podwładnych.

Pozostaje tylko podziękować premierowi i ministrowi spraw zagranicznych za tą jakże pouczającą lekcję dyplomatycznej komunikacji.

środa, 9 lutego 2011

PiS? PO? PJN? nie!!! SLD!

W tym roku kolejne wybory parlamentarne. W warunkach ocierającej się o zdradę stanu indolencji władzy i w atmosferze zadeklarowanej przez wielkiego reżysera Andrzeja Wajdę wojny polsko-polskiej. Warto podkreślać faktycznych autorów pewnych pojęć, które pełnią następnie rolę cepów do młócenia adwersarzy politycznych sporów. Czy z tej młócki zostanie jakieś ziarno? Czy zamiast zboża młócimy jednak żywych ludzi i jedynym efektem będzie kałuża krwi i zmasakrowane zwłoki? Nikt się nad tym nie zastanawia, bo już w ogóle mało kto się zastanawia nad czymkolwiek.

A w kontekście nadchodzących wyborów warto zwrócić uwagę na te cepy, które podkłada nam się pod nosy, niczym krwisty kawałek mięsa przed pysk wygłodniałego wilczura. Moralnie tonąca Platforma (anty)Obywatelska wypuszcza na pożarcie Palikota, ale okazuje się to porażką. PJN (albo ich faktyczny mocodawca) nie może się zdecydować, komu chce wyszarpać więcej armatniego mięsa. Zdrowy rozsądek śpi, demony hulają w najlepsze, nie będzie dziwne, gdy w tej sytuacji najwięcej skorzystają ci, dla których jakiekolwiek idee nie mają najmniejszego znaczenia. Cichutko stoją z boku i czekają, nie przeszkadzając przeciwnikowi po raz kolejny się wykańczać. Gdy przyjdzie pora, znowu jak w latach 90-tych, będą się przedstawiać jak odnowione środowisko politycznych praktyków, którzy wiedzą jak się naprawdę rządzi. I co gorsza, pomimo afery Rywina, w kontekście hipokryzji i indolencji tuskomatołków - będą w tym wiarygodni.

Nie zapominajmy o tym najbardziej cynicznym, merkantylnym i bezideowym środowisku jakim są byli funkcjonariusze PZPR-u. Nie zapominajmy, że wyprowadzenie sztandaru z Sali Kongresowej w 1990 roku było tylko zmianą estetyczną. Nie zapominajmy, że tak naprawdę PZPR istnieje i działa do dzisiaj pod nową nazwą SdRP, czy bardziej znaną nazwa szerszej koalicji SLD. Nie zapominajmy, że partia ta mogła rozwinąć skrzydła dzięki majątkowi PZPR, który częściowo został przejęty przez Skarb Państwa, ale tzw. majątek ruchomy rozpłynął się w powietrzu. Nie zapominajmy, że towarzysze z SdRP, oprócz „zagospodarowania” majątku PZPR, przekonali towarzyszy z Moskwy do udzielenia im tzw. „pożyczki moskiewskiej” na rozkręcenie działalności. Towarzysze wypierają się swoich korzeni i np. ustami Arłukowicza przekonują nas, że nie korzystają z majątku PZPR, „bo przecież on nie bywa na Rozbrat i pracuje na swoim prywatnym laptopie”.

Wiedza o powiązaniach PRL-owskiego aparatu jest stosunkowo szeroka, lecz jeden aspekt sprawia, ze wiedza ta funkcjonuje jedynie jako przejaw chorych paranoidalnych teorii spiskowych, a kolejne dowody są ignorowane przez tzw. opinię publiczną, wszak należy nadstawiać drugi policzek zamiast szukania politycznego odwetu. Widać po latach bardzo wyraźnie to, czego nie widzieli zafascynowani spokojem pierwszego niekomunistycznego premiera Polski. Widać dzisiaj wyraźnie jak szalenie wielkie spustoszenie etyczne spowodowała gruba kreska Mazowieckiego, zadeklarowana w 1989 roku. Czy Norymberga była szukaniem odwetu na bogu ducha winnych hitlerowskich funkcjonariuszach? Czy też była nazwaniem rzeczy po imieniu, zdefiniowaniem zła, zamkiem zabezpieczającym przyszłość przed nawrotem zbrodni?

Brak czerwonej Norymbergi umożliwia dzisiaj podtrzymywanie opinii, wbrew wszystkim źródłom historycznym, że Jaruzelski uchronił nas przed trzecią wojna światową, że Kiszczak jest człowiekiem honoru, że Arłukowicz nie korzysta z majątku PZPR i tak dalej. Tajność ubeckich teczek po ponad 20 latach ich badania ciągle służy nie tylko szachowaniu byłych agentów, ale przede wszystkim dezawuowaniu samego zbioru, gdy wyciekają szczątkowe informacje, które w szerszym kontekście okazują się mieć całkowicie inny sens od pierwotnego. Niszczone jest w ten sposób przekonanie o osiągalności prawdy, budowana jest tolerancja na zło, bo wszystko jest relatywne i nigdy nie będziemy mieć pełnej wiedzy o faktach. Czy wyobraża sobie ktoś rozważania o wallenrodyzmie Hoessa? Czy ktokolwiek rozważa w przestrzeni publicznej rozterki etyczne Goeringa? Himmlera? Goebbelsa? Dlaczego w przypadku Jaruzelskiego, Kiszczaka, Urbana jest to możliwe?

To nie PiS jest zagrożeniem. Nie jest nim także PO. Także PJN nie musi być głównym przedmiotem większości aktualnych analiz. Zagrożeniem dla demokracji jest zanegowanie podstawowych wartości, takich jak prawda i sprawiedliwość. Bez nich będziemy się miotać w bagnie kłamstw, pomówień, insynuacji, przekrętów i złodziejstwa. Bo jeśli towarzysze mogli to czemu ja nie? Może zamiast analizować kolejne dołki wykopane pod politycznym przeciwnikiem powinniśmy gromkim chórem zawołać o zrobienie w końcu tego, co powinniśmy zrobić 20 lat temu: OSĄDZIĆ ZBRODNIARZY!!! Oraz zdelegalizować SLD, którego majątek powinien zostać w całości przejęty przez Skarb Państwa. Inaczej będziemy długo jeszcze słuchać o tym, że minister Klich bronił honoru generała Błasika, że NordStream jest korzystny dla Polski, a gaz łupkowy wydobywa się metoda odkrywkową.

Pora najwyższa zdać sobie sprawę, że jedynym efektem humanitarnej tolerancji dla zbrodni i kłamstwa jest przede wszystkim dalsza eskalacja tych zjawisk.

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Demografia, Orban i smutek

Kryzys demograficzny nadchodzi wielkimi krokami, a Tusk rubasznie stwierdza, że nie potrzeba żadnych ustaw i rozwiązań systemowych, bo w sprawach demografii Polacy powinni się wziąć do zupełnie innej roboty. Tak, to prawda, wszystko zmierza do tego, żeby wszyscy brali się do zupełnie innej roboty. Historycy niech robią w polityce, politycy niech grzebią w historii, mężczyźni powinni pomieszać w garach, a kobiety powinny wsiąść na traktory. Matki powinny zostawić swoje dzieci pod opieką żłobków, by mogły zająć się wychowywaniem w innych żłobkach cudzych dzieci.

Świetnie opisała ten stan rzeczy Karolina Elbanowska w swoim artykule, który nie wiem czemu przeszedł kompletnie bez echa. A obnaża on bardzo trafnie tragiczną sytuację kobiety, którą szybkie zmiany cywilizacyjne w połączeniu z nienadążającymi za nimi zmianami kulturowymi, wepchnęły na czyśćcową ścieżkę mordęgi i upokorzenia. Uprzedzam od razu, że nie chodzi tu o to, by przywrócić tradycyjny podział ról społecznych!!! Chodzi o to, że kobieta dzisiaj nie ma możliwości wyboru. Nie może wybrać ciężkiej pracy wychowywania i opieki nad własnymi dziećmi. Podobnie jak niegdyś zmuszana była do zajmowania się jedynie domem i bycia ozdoba dla swojego męża, tak dzisiaj często nie ma wyboru i zmuszana jest sytuacją ekonomiczną (ale również i cywilizacyjną) do pracy na podwójnym etacie - pracownicy i pomocy domowej. Pozwolę sobie dla nakreślenia kontekstu przytoczyć obszerne fragmenty artykułu Karoliny Elbanowskiej, bo doprawdy ten tekst na to zasługuje:

„W naszym państwie najważniejszą funkcją kobiety jest praca zawodowa. To praca ją definiuje, przydaje statusu. Od pracy wszystko się zaczyna, bez niej nic nie ma znaczenia. Nowym blaskiem lśnią plakaty przodowniczek, dziś już nie tak przaśnych, nie w waciakach, lecz w mundurkach z logo firmy. Współczesna kobieta nie ogranicza się do przekraczania 100 procent normy. To zrobiła już dawno jej babcia. Współczesna kobieta robi karierę.

Praca! To jest to, co dziś dodaje splendoru płci pięknej. Praca w korporacji, na stanowisku dyrektorskim czy kasjerskim. W banku i supermarkecie, z laptopem czy ścierką. Byle wyrabiać PKB, łożyć na ZUS i płacić podatki. Byle nie tracić na konkurencyjności, nie degradować się intelektualnie, społecznie i moralnie w domowych pieleszach, przy dziecięcym łóżeczku, marchewkowym soczku i pierwszych sylabach wypowiadanych przez zaślinione dziąsła. […]

Współczesna cyberkobieta nie może być niedyspozycyjna. Musi odpracować ciążę do dnia porodu lub iść na przedwczesny macierzyński, by nie okradać innych pracowników, by nie okradać ZUS. Musi odstać swoje w kolejce do kasy albo na sejmowej mównicy. Równouprawnienie zobowiązuje, a ciąża to nie choroba. Zwłaszcza kobieta ciężarna może w pierwszej kolejności udowodnić, że nie odstaje od normy, nikomu nie zagraża i niczego nie zabiera. […]

Właściwości prokreacyjne, które stanowią ewolucyjne zapóźnienie, skamielinę z epoki nierównouprawnienia, degradują kobietę do roli ciężarnej, a potem mamki. Jaka szkoda. Gdyby choć kobiece mleko obłożyć VAT, można by było jeszcze zachować resztki obywatelskiej godności. Ale nie, w macierzyństwie wszystko jest takie pierwotne i przedpaństwowe. Potrafimy już co prawda położyć nasze dzieci na swoistą taśmę produkcyjną, która rozpoczyna się żłobkiem wraz z ukończeniem przez nie 20. tygodnia życia, a kończy na rynku pracy. […]

Na pierwszym w nowym roku posiedzeniu Sejmu posłowie przyjęli przy niemal wzorowej jednomyślności (przy jednym głosie sprzeciwu) ustawę o opiece nad dziećmi do lat trzech, tzw. żłobkową. Rządzący liczą, że ta bezkosztowa ustawa pomoże zrealizować wytyczne strategii lizbońskiej i przy dzisiejszych 3 proc. dzieci w żłobkach trafi tam wkrótce więcej niż 30 proc. Główny zysk, jaki wskazano w uzasadnieniu ustawy, to duża liczba kobiet, które trafią na rynek pracy, zapłacą składki ZUS i podatki, oraz niemowlaki obdarzone możliwością jeszcze wcześniejszej edukacji.

Kobieta polska uwolniona zostanie od łatwej wymówki: „nie zostawiam 20-tygodniowego niemowlęcia w żłobku, bo nie ma miejsca”, albo „nie wracam do pracy za tysiąc złotych, bo więcej zapłacę opiekunce”. Państwo pomoże w utrzymaniu godnej postawy wobec społeczeństwa. Kobieta musi mieć prawo chodzić z podniesionym czołem. Móc patrzeć prosto w oczy 34-letnim emerytom i wszystkim innym współobywatelom, którzy z rozmaitych racji zajmują bardziej uprzywilejowane pozycje w naszej społeczności. […]

Matka będzie wreszcie jednostką samodzielną. Będzie mogła się realizować choćby w odpikiwaniu przy kasie produktów. A jej dziecko – czy to nie wspaniałe – da szansę pracy innej kobiecie, która będzie się nim opiekować nie tak prymitywnie jak matka, ale w sposób cywilizowany, również wyrabiając PKB.”


Jakie rozwiązania systemowe proponowali do tej pory polscy politycy? Wspomniana wyżej ustawa żłobkowa – świetnie – na pewno żłobki są potrzebne, choć ich ubocznym kosztem społecznym może być  (aczkolwiek oczywiście nie musi) zjawisko produkowania ludzi z deficytem miłości, akceptacji i poczucia własnej wartości, niedopieszczonych i z syndromem porzucenia, które to deficyty będą w przyszłości kompensowane w różny sposób niekoniecznie z korzyścią dla otoczenia.

Becikowe – zaiste wspaniałe i skuteczne wsparcie za pomocą jednorazowego zastrzyku gotówki, która starczy na komplet pieluch. Jest ten zastrzyk faktyczną jałmużną, jednorazowym rzuceniem monety do nadstawionej czapki żebraka, w celu zaspokojenia potrzeby poczucia przyzwoitości darczyńcy. Wychowanie dziecka trwa bowiem dłużej niż okres robienia w pieluchy. Ale becikowe jest dobrą wymówką dla polityków: "oto jak dbamy o politykę prorodzinną!" - od siebie mogę powiedzieć, że ja słyszę: "oto jak obrażamy inteligencję wyborcy!"

Potępiany w całej Europie Viktor Orban, którego medialne projekty ustaw wywołują reakcje przypisywane powszechnie najbardziej fanatycznym słuchaczom radia Maryja, wprowadza jednocześnie rozwiązania systemowe, które nie tylko faktycznie promują rodzinę i dzietność, ale wręcz umożliwią sensowne funkcjonowanie tejże rodziny w warunkach rynkowych. Jak przedstawia Igor Janke w swoim reportażu:

„Rząd Orbana, co często pomijają nieprzychylne mu zagraniczne media, chce wzmocnić w bardzo konkretny sposób słabe części węgierskiego społeczeństwa. Jak? Przez wprowadzenie podatku liniowego na poziomie 16 procent oraz znaczących prorodzinnych ulg podatkowych. Od każdego dziecka podatnik odpisuje sobie 10 000 forintów miesięcznie od podatku (nie od podstawy opodatkowania). W przypadku większej ilości dzieci ta kwota rośnie. W praktyce przeciętnie zarabiający Węgier z trójką dzieci może nie płacić podatku.

W najbliższych miesiącach ma zostać wprowadzony plan istotnych udogodnień dla małych i średnich przedsiębiorstw. Duże ulgi podatkowe, ułatwienia przy starcie, pomoc w zdobywaniu funduszy unijnych. Jednocześnie zaczęto reformę administracji, wkrótce w ślad za tym ma pójść reforma edukacji i służby zdrowia.”


Tłumaczy także skąd bierze się niechęć wielkiego biznesu i, co za tym idzie, większości klasy politycznej w Europie:

„Z czego wynika niechęć przedstawicieli Zachodu? Za rządów socjalistów mieli tu cudowne życie, warunki, jakich nie mogli mieć nigdzie indziej. Teraz wszyscy są wściekli na podatek kryzysowy, który dotknął wielkie firmy z branży telekomunikacyjnej, energetycznej i sieci handlowe. Faktyczna likwidacja OFE uderzyła w wielkie spółki ubezpieczeniowe jeszcze bardziej niż w Polsce.

Ludzie z wielkich koncernów, czując, że ich interesy są zagrożone, przekonują dziennikarzy, że Orban im szkodzi, skarżą się swoim ambasadorom i politykom w macierzystych krajach. Ci wywierają presję na Komisję Europejską, . Z kolei węgierscy socjaliści swoimi kanałami uruchamiają zachodnią lewicę, której przedstawiciele mówią publicznie, że trzeba się zastanowić, czy Węgrzy są godni tego, by przewodzić przez pół roku Europie. […]

Rząd prowadzi szereg działań mających odbudować klasę średnią, wzmocnić tych, których pozycja przez lata stale się pogarszała podczas gdy zachodnie koncerny miały ogromne ułatwienia, Gyurcsany doprowadził wiele małych firm do upadku.”


Co jest bardziej rynkowe? Wspieranie wielkich międzynarodowych koncernów, które dają co prawda miejsca pracy, ale które odprowadzają zyski za granicę zmniejszając ilość gotówki w obrocie krajowym? Czy też może jednak wsparcie dla sektora małych i średnich przedsiębiorstw, które dostarczają znakomitą większość wpływów do budżetu, za pośrednictwem najróżniejszych podatków, a zyski przeznaczają na inwestycje i konsumpcje na krajowym rynku? Myślę, że dla każdego, kto zerknął choć raz w statystyki i zestawienia źródeł wpływów budżetowych odpowiedź będzie stosunkowo prosta.

Jasne jest, że kolosalne ulgi inwestycyjne dla wielkich koncernów były konieczne, aby powstała infrastruktura produkcyjna, aby ściągnąć inwestycje szczególnie w te rejony, w których padły wielkie nierentowne zakłady socjalizmu. Jednak minęło 20 lat i Orban doszedł do wniosku, że może jednak wystarczy tych ulg? A nic bardziej nie boli jak odebranie niezasłużonych przywilejów. Czy kogokolwiek stać by było na podobny ruch w Polsce? Nadzieja moja jest nikła. Pomimo pojawiających się na ustach wszystkich możliwych stron politycznej sceny słów takich jak solidarność czy sprawiedliwość.

Polecam obserwacje poczynań Orbana każdemu, kto sądzi, iż nie ma alternatywy. Nie twierdzę, że jego działania są wzorem do bezkrytycznego naśladowania, że wszystko co dzieje się na Węgrzech wzbudza mój entuzjazm. Mój problem z Orbanem polega na tym, że im dłużej i wnikliwiej przyglądam się płynącym z Budapesztu przekazom, tym bardziej utwierdzam się w jednej obserwacji: większość negatywnych poczynań Orbana – istnieje obecnie także w Polsce; większość pozytywnych rozwiązań – nawet nie jest w Polsce brana pod uwagę.

Na koniec taka dygresja zupełnie nie na temat:
Zżymamy się na naszego premiera, że bagatelizuje problemy. A czy my jesteśmy w stanie je zlokalizować i "podbić" dobre rozwiązania? Sprawić, że politycy (którzy też są przecież ludźmi, tylko bardziej ułomnymi, bo z rozbudowaną potrzebą władzy) uwierzą, że deklarując i wprowadzając w życie te zlokalizowane przez nas, wyborców, dobre rozwiązania - są w stanie zyskać poparcie? Czy też będziemy udowadniać na każdym kroku, że jedyną istotną dla nas kwestią jest głupawy uśmieszek Tuska, wzrost Poncyliusza, czy mlaskanie Kaczyńskiego? Taki mój prywatny mały apel do piszących - może zamiast tworzenia setnego tekstu o niekompetencji Klicha, krętactwie Grasia czy kolejnym bronku Prezydenta, podbijajmy naszym komentarzem te informacje, które niosą w sobie jakiś pozytywny ładunek konstruktywnej informacji?

środa, 22 grudnia 2010

Wyborczy fałsz i obłuda

Cuda w komisji wyborczej nr 208 na warszawskiej Ochocie skutecznie niszczą zaufanie do Państwa, którego mechanizmy kontrolne nie zabezpieczają obywateli przed nadużyciami. Tylko głupota członków komisji umożliwiła zdemaskowanie procederu, co do którego nie można mieć pewności czy nie jest masowy.

Wczorajszy wieczór przyniósł arcyciekawą informację na portalu niezależna.pl. Sprawa jest już komentowana przez Blogerów, aczkolwiek wątpię, aby znalazła się w głównym medialnym obiegu. Chodzi o przypadek kandydatki PiS do Rady Dzielnicy Ochota, Aleksandry Jaroszkiewicz. Po podliczeniu głosów okazało się, że na nią głosowało zero wyborców, choć powinien być odnotowany przynajmniej jej jeden głos, który oddała na samą siebie. Po ponownym sprawdzeniu głosów przez Sąd Okręgowy w Warszawie okazało się, że kandydatka otrzymała nie zero, a dziewiętnaście ważnych głosów.

Ja rozumiem, że można się "pomylić", ale podawanie wyniku 0 przy faktycznie oddanych 19 głosach??? Ja rozumiem, że te wszystkie zdania o fałszerstwach to przejaw moherowej paranoi, ja rozumiem, że Begierowej udowodnili fałszowanie podpisów, więc „takie rzeczy się zdarzają wszędzie”. Ja wszystko rozumiem, ale jaka musi być atmosfera, że członkowie Komisji Wyborczej, osoby zaufania publicznego, nie liczą się już nawet z pozorami i kasują 19 głosów wpisując jako wynik 0 (zero)! Tylko dzięki swojej głupocie wpadli. To jedyny plus tej sytuacji.

Jakie są rzeczywiste wyniki tych wyborów? Odpowiedzią mogłoby być jedynie ponowne przeliczenie wszystkich głosów przez zewnętrznych obserwatorów. A to jak wiemy jest technicznie mało wykonalne. Co robili w czasie liczenia głosów mężowie zaufania? Dlaczego nie zadziałała krzyżowa kontrola członków Komisji, którzy powinni być przecież z różnych ugrupowań. Medialne szczucie przynosi realne efekty w postaci konformizmu nawet pisowskich członków komisji? „Bo wyniku wyborów przecież to nie zmieni”, tak? To dlaczego powtarzamy sobie, że każdy głos jest ważny? I nie chodzi tu o ugrupowanie poszkodowanej - gdyby dotyczyło to kandydata PO - mój komentarz i reakcja byłyby identyczne.

Była jakiś czas temu mowa o znaczeniu nieważnych głosów, jako formy protestu obywatela na tyle aktywnego, by poszedł do urny i na tyle niezadowolonego, że skreśla przy urnie wszystkich. Są głosy, że jest to furtka do fałszerstw wyborczych, bo łatwo jest unieważnić czyjś głos. Ten przykład pokazuje że nie trzeba nic unieważniać, skoro mechanizmy kontrolne w trakcie najważniejszego momentu, czyli liczenia głosów zawodzą do tego stopnia, że nikt się nie przejmuje aż tak jawnym komisyjnym kłamstwem jak podanie 0 zamiast 19 głosów na danego kandydata. Co stoi w takiej sytuacji na przeszkodzie podanie 190 zamiast 19? Albo odwrotnie. Zawsze można przecież się tłumaczyć, że w zmęczeniu nie wpisałem zera.

To, co umożliwia wyborcze fałszerstwa - niekoniecznie w drodze odgórnej dyrektywy, ale np. w postaci silnej osobowości w wyborczej komisji, która przekona resztę, że 19 głosów w tą czy w tamtą nie ma znaczenia, „bo wyniku wyborów to nie zmieni” - to jest społeczne przyzwolenie na kłamstwo. W sytuacji gdy wszędzie słyszymy, że 20 stopni mrozu to jest odwilż, że rosnące lawinowo zadłużenie Państwa to sukces liberalnej gospodarki, że „Polska po raz pierwszy od wielu dekad jest graczem, a nie pionkiem w stosunkach międzynarodowych”, to naprawdę te 19 głosów może nie mieć najmniejszego znaczenia. Jeśli jednak nie chcemy bujać w obłokach tylko stąpać realnie po realnej ziemi, to nie możemy godzić się na niewydawanie reszty z powodu braku drobnych w kasie. Nie możemy godzić się na oddanie kluczyków do samochodu bandycie i przyjąć do wiadomości, że on tylko pożyczył na chwilę.

Kolejny raz w trakcie aktualnych rządów zaufanie do Państwa zostało podkopane. Bardzo poważnie.

środa, 15 grudnia 2010

PJN a Polska XXI

„Zobaczyłem, jak bardzo niedocenianym elementem w analizach politycznych jest kwestia personalna. Emocje, osobowość poszczególnych osób, ich charaktery. Tego w analizach makropolitologicznych w ogóle się nie ujmuje. Przypominam sobie książki, które czytałem, z których się uczyłem, o jakichś megatrendach itp. A dzisiaj uważam, że nieuwzględnienie charakteru graczy absolutnie nie pozwala zrozumieć reguł gry.” - mówił Marek Migalski w maju 2009 roku, w rozmowie z Małgorzata Subotić. I przypominam sobie te słowa zawsze, gdy słyszę o politycznych metanarracjach legitymizujących czy konstytuujących aktualną wojnę polsko-polską. Mam bowiem uporczywe wrażenie, że zarówno politycy jak i „analitycy”, opisują procesy abstrahując od personalnych uwarunkowań, pozbawiając się skutecznie efektywności. Można to porównać do próby przewiezienia towaru samochodem, któremu brakuje jednego koła.

O ile rozłamową akcję polityka, którego nazwiska się nie wymienia, w świetle dotychczasowej jego działalności, można i być może należy interpretować jako zorganizowaną, przemyślaną i kontrolowaną akcję obozu rządzącego, o tyle trudno dopatrywać się dojrzałej strategii w działaniach PJN. W kontekście tego ostatniego rozłamu warto przypomnieć sobie lekceważoną historię rozwoju i upadku akcji Polska XXI. W największym skrócie można wyróżnić kilka elementów.
  1. Akcja była zaplanowana i realizowana jako faktyczne oddolne pospolite ruszenie. Początkowa nieufność z czasem przekształciła się w coraz większe zaangażowanie szerokiego grona zarówno rozczarowanych samorządowców, jak i zwykłych szarych obywateli. Aktywizacyjną rolę spełniało żywe i wyjątkowo merytoryczne forum dyskusyjne, którego efektem były coraz liczniejsze spotkania w „realu”, owocujące faktycznymi dyskusjami, pomysłami i realizacjami. Była duża szansa na wytworzenie aktywnego środowiska, do tej pory biernych ludzi.

  2. Niestety, obywatelska aktywizacja nie poszła w parze z organizacyjnym otwarciem, ustaleniem przejrzystych zasad, stworzeniem instytucji kontrolujących i weryfikujących nieprawidłowości. Władze Ruchu na wszystkich szczeblach zasklepione były w betonowo pojmowanej strukturze hierarchicznej, w której istniała przestrzeń tylko dla krewnych i znajomych królika, bez szansy na wejście osób zweryfikowanych przez organizację, a nie przez kierownictwo. Zadziwiający był także fakt, że największym betonem okazali się ludzie najmłodszego politycznego pokolenia, 20-30-latkowie, wykazujący wszystkie cechy cynicznych PZPR-owskich aparatczyków. (To jest temat na osobne opracowanie, które ciągle czeka w kolejce.)

  3. Panuje powszechne przekonanie, że stojący na czele Ruchu Dutkiewicz wybrał wrocławski samorząd, rezygnując z kierowania ogólnopolską organizacją. Prawda jest jednak taka, że Dutkiewiczowi brakowało niezbędnej charyzmy, która umożliwiałaby wyrazistą reprezentację Ruchu. Zabrakło Dutkiewiczowi iskry i kontroli sytuacji, choć jak pokazuje przykład Komorowskiego, ich brak nie musi skutkować politycznym fiaskiem. Istniały również pogłoski, że Dutkiewiczowi sugerowano, iż jeśli nie zrezygnuje z ogólnopolskich ambicji prezydenckich, to będzie musiał zrezygnować także z ambicji wrocławskich.

  4. Wśród kierownictwa Polski XXI zasiadali praktycznie sami intelektualiści, brak było natomiast jakichkolwiek PR-owców oraz osób mających predyspozycje do bezpośredniej pracy z ludźmi. Jeden mało znany Karasiewicz robił w tej kwestii więcej, niż wszyscy pozostali „politycy” razem wzięci. Jak na dużą ogólnopolska organizację, to jednak trochę za mało, by dać uczestnikom Ruchu poczucie, że ich merytoryczne głosy są słyszane i analizowane.

  5. Dobranie na koniec aroganckiego Dorna, który po chamsku rozprawił się z dotychczasowymi postulatami wypracowanymi przez Ruch, czego przykładem było choćby podejście do idei JOW, było gwoździem do trumny całego przedsięwzięcia. Do nowego projektu Polska Plus przeszedł bardzo mały odsetek osób związanych wcześniej z Polską XXI.
Jak na razie widać wyraźnie, że PJN nie tylko nie wyciągnęła wniosków z historii, ale pogłębia jeszcze błędy poprzedników. Proszę zauważyć, że pomijam zupełnie aspekt programowy, który zarówno w przypadku Polski XXI jak i PJN jest napisany na takim stopniu ogólności, że trudno nie zgodzić się z politykiem, którego nazwiska się nie wymienia, że są to banalne komunały. PJN cały czas powtarza, że program i działalność będzie konsultowana z sympatykami i wyborcami, ale do dzisiaj nie istnieją lub są martwe narzędzia mogące temu służyć. Strona internetowa jest żenująco uboga, fanpage na FB jest aktywny jedynie wpisami sympatyków, zaiste nie wiem jak mają wyglądać te „konsultacje społeczne”.

Kierownictwo PJN jest zbieraniną osób, którym trudno będzie wygenerować jakiś spójny obraz. Panie Kluzik i Jakubiak, pozbawione charyzmy w stopniu co najmniej porównywalnym do Dutkiewicza i Komorowskiego, nie porwą za sobą tłumów zwracających uwagę na formę. Popełniający nieustannie lapsusy Poncyliusz nie będzie stawiany za wzór dyplomacji. Cyniczny Kamiński będzie budował rezerwę wyborców, dla których ważna jest zwykła ludzka przyzwoitość. Słuchający tylko siebie i obrażający wyborców Migalski na pewno nie będzie moderatorem programowych dyskusji. Brakuje też odpowiedzi na pytanie o prawo do posługiwania się nazwą, która jest identyczna z nazwą stowarzyszenia Teresy Bochwic.

Migalski w swoim sławnym liście do Kaczyńskiego bardzo trafnie nazwał organizacyjno-strukturalne przyczyny, dla których zarówno PiS-owi, jak i pozostałym politycznym inicjatywom trudno będzie zbudować sprawnie działający mechanizm. Jak na razie nic nie wskazuje także na to, by ugrupowanie Migalskiego z tych analiz korzystało. Zasady konstrukcyjne to jedno, a wykonanie to drugie. W polskiej polityce od dawna bardzo poważnie kuleje to drugie. Naprawdę nie doceniamy roli osobowości i charakteru w analizach politycznych inicjatyw. Pytanie o metody odtworzenia postaw politycznej odpowiedzialności jest tylko z pozoru naiwne.

poniedziałek, 22 listopada 2010

Brak wyboru - polemika z Mazurkiem

Redaktor Mazurek w tekście zamieszczonym na wPolityce.pl przekonuje nas, że nie głosował, bo tak naprawdę nie miał na kogo. HGW mu nie pasuje na prezydenta Stolicy, bo jest po prostu kiepska, a CzB mu nie pasuje, bo jego legendarna inteligencja jest wprost proporcjonalna do miłości własnej, która sprawia, że kandydat na każdym kroku pokazuje, że robi wyborcom łaskę wystawiając swoją kandydaturę. Nie mam zamiaru polemizować z powodami braku głosu redaktora Mazurka, bo jest on jednostką autonomiczną i są one dla niego wystarczające, by podjąć taką a nie inna decyzję. Chciałbym tylko odnieść się do metody okazania tego niezadowolenia polityczną ofertą.

Tak jak rozprawia się o kontrskuteczności pewnego rodzaju działań różnych polityków, tak samo powinniśmy się zastanowić nad skutecznością komunikowania określonych postaw przez wyborców. Czy określone działania rzeczywiście przynoszą zamierzony efekt? Absencja wyborcza w przypadku redaktora Mazurka podyktowana jest pewna motywacją, którą podziela dość liczna grupa wyborców. Tą motywacją jest brak zgody na aktualną ofertę polityczną. Brak zgody na jakość aktualnych polityków. Oraz niechęć do wybierania tzw. mniejszego zła.

Pytanie, czy brak udziału w czynności głosowania podyktowany powyższymi motywacjami jest jedynie zaspokojeniem wewnętrznej potrzeby zgody z własnymi przekonaniami? Po co w takim razie redaktor dzieli się swoimi przemyśleniami na łamach prasy? W jakim celu tłumaczy swoje odczucia i motywacje na temat aktualnej sytuacji, która popycha go takiego, a nie innego wyboru? Czyż nie po to, aby dać wyraz tej swojej, wcale przecież nie obojętnej, postawie? Aby pokazać, że jego absencja nie jest podyktowana brakiem zainteresowania sprawami publicznymi, ale własnie głębokim przejęciem sprawami publicznymi? Czy gdyby nie miał dostępu do mediów, miałby jakąkolwiek szansę osiągnąć ten komunikacyjny cel? Nie sądzę.

Komentatorzy polityczni i sami politycy dużo częściej skłaniają się do innej interpretacji wyborczej absencji. Wkładają niegłosujących wyborców do pojęciowego worka ludzi niezainteresowanych polityką i sprawami publicznymi. Ponad połowa niegłosujących wyborców jest przyczynkiem do dyskusji o braku obywatelskich postaw, o niedorozwoju społeczeństwa obywatelskiego, o niedojrzałości polskiej demokracji itd. Połowa wyborców pozostających w domach jest podstawą do spokojnego snu polityków, którzy przekonali do siebie, skupionych w neoplemiennych wspólnotach, zwolenników, których mieli przekonać; a tych niegłosujących nie ma sensu przekonywać, bo oni i tak z domu przecież nie wyjdą, bo maja politykę i wszystko inne w głębokim poważaniu. Komentatorzy i politycy nie widzą różnicy między niegłosującymi z powodów ideologicznych (brak zgody na status quo), a niegłosującymi z powodu braku zainteresowania.

Instytucja nieważnego głosu daje nam możliwość dość jednoznacznego pokazania tej różnicy. Nieważny głos umożliwiłby odróżnienie mazurkowego braku zgody i zmierzenie popularności tej postawy. Jednak będzie to sposób skuteczny pod dwoma warunkami: po pierwsze frekwencja będzie znacząco wyższa, po drugie odsetek nieważnych głosów będzie zauważalny. Żeby osiągnąć taki rezultat, trzeba uświadomić tych niegłosujących wyborców o wartości informacyjnej nieważnego głosu.

Czy warto wprowadzać w ogóle takie rozróżnienie? Potrzeba wytłumaczenia swojej decyzji przez redaktora Mazurka i setki innych wyborców w różnych okolicznościach udowadnia, że warto. Zastanówmy się przez chwilę, jak by to wyglądało, gdyby frekwencja wyborcza wynosiła nie 40% ale np. 70% i odsetek nieważnych głosów wyniósł by 30%? Czy ktokolwiek mógłby wtedy powiedzieć na głos, że społeczeństwo jest bierne, że ludzi nic nie obchodzi? Czy ktokolwiek mógłby zarzucić redaktorowi Mazurkowi, że opowiada bajki, a tak naprawdę to nie poszedł na wybory, bo zasiedział się na działce i wolał dopalić grilla? Zastanówmy się, jakie argumenty mielibyśmy komunikując w ten sposób politykom brak zgody na obecną formę uprawiania polityki. Czy Tusk dalej bez żenady perorowałby o sukcesie polityki miłości? Czy Kaczyński dalej byłby tak pewny skuteczności konfrontacyjnej polityki kadrowej? A sensowni kandydaci dalej nie chcieliby, jak obecnie, kandydować nie wierząc w wyborczy sukces lub nie chcąc się ośmieszyć wyborczą porażką?

Ja w każdych wyborach głosuję "na kogoś" (w odróżnieniu od głosowania "przeciwko komuś"), jednak uważam, że warto, by nieobojętni na sprawy publiczne, lecz niegłosujący wyborcy zdawali sobie sprawę, że brak głosu o niczym nie informuje, jest kompletnie nieczytelnym komunikatem. Głosując zaś nieważnym głosem  są w stanie przekazać informację, która komunikuje motywacje opisane przez redaktora Mazurka.

Więcej informacji na temat nieważnego głosu można przeczytać na stronie: http://brakwyboru.blogspot.com

środa, 17 listopada 2010

Do Ratusza pytania o KDT

Wybory zbliżają się wielkimi krokami, a ja przejeżdżając rano do pracy obok pustego placu Defilad zastanawiam się, dlaczego nikt nie zwrócił uwagi na tą finansowo-organizacyjną porażkę warszawskiego Ratusza? Półtora roku temu zastanawiałem się, czy ktokolwiek zostanie pociągnięty do odpowiedzialności za fatalną organizację słusznych z prawnego punktu widzenia działań komornika. Niestety nie znalazłem na ten temat żadnych informacji. Znalazłem natomiast wzmiankę, że na miejscu zlikwidowanego KDT powstanie w grudniu pawilon informacyjny o drążeniu centralnego odcinka drugiej linii metra.

Przez okres od 21 lipca 2009 do 30 listopada 2010 roku nic się na tym placu nie działo, poza likwidacją samej Hali. Fiasko rozmów z kupcami oraz decyzja sądu spowodowały likwidację targowiska w centrum Stolicy. Sama likwidacja uzasadniana była potrzebą zwolnienia drogiego miejsca na potrzeby budowy Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Muzeum nawet nie zaczęło powstawać, a po półtora roku przestoju miejsce to staje się zapleczem do budowy Metra. Ja rozumiem, że budowę Muzeum trzeba przygotować, że "wyskoczyła" teraz budowa drugiej linii Metra, niemniej ta sytuacja rodzi szereg pytań na temat uzasadnienia działań podjętych w 2009 roku:
  1. Czy ktokolwiek został pociągnięty do odpowiedzialności za nieuzasadnione zatrudnienie do działań komorniczych na terenie KDT firmy ochroniarskiej zamiast policji?

  2. Czy ktokolwiek został pociągnięty do odpowiedzialności za przekroczenie uprawnień przez firmę ochroniarską podczas działań komorniczych w KDT?

  3. Czy nie powinno się najpierw opracować planów i wszystkiego przygotować formalnie, aby na dany sygnał mogły wejść ekipy robotników, które zrealizują zaplanowane prace?

  4. Po co tak stanowczo usuwano siłą kupców, skoro następnego dnia po usunięciu nie rozpoczęła się rozbiórka Hali, a po rozbiórce natychmiast nie ruszyły żadne prace?

  5. Czy nie jest niegospodarnością pozbawienie miasta dochodu za wynajem powierzchni przez okres co najmniej roku? Nawet biorąc pod uwagę czas potrzebny do zlikwidowania Hali, spokojnie mozna było czerpać pożytki z jej istnienia co najmniej do lipca 2010 roku. Są to przecież zarówno opłaty za wynajem powierzchni jak i podatki odprowadzane przez kupców.

  6. Kto skorzystał na pozbawieniu miasta wyżej opisanych dochodów?
Byłbym mile zaskoczony, gdybym otrzymał odpowiedzi na powyższe pytania od Ratusza. Niemniej może ktoś inny poda jakieś sensowne wyjaśnienia powyższych pytań i wątpliwości? Może któryś z pozostałych kandydatów na prezydenta Stolicy?

poniedziałek, 15 listopada 2010

Wiktor w Jaskini Lewactwa

Przyszedł niedzielny poranek. Uzależniony od informacji Wiktor zerknął do internetu, by sprawdzić czy może w ten pięknie się zapowiadający dzień iść na spacer do parku, czy też rzuci się w oczy jakiś inny ciekawy cel niedzielnych peregrynacji. Okazało się, że można połączyć obie możliwości, bo dopiero o 17 w Nowym Wspaniałym Świecie jest spotkanie z pomysłodawcą gwizdkowej Akcji anty-niepodległościowej. Wiktor się ucieszył, bo zawsze to lepiej usłyszeć argumentację i opinie u samego źródła, niż polegać tylko na przekazach z drugiej albo i trzeciej ręki. Zatem po wiosennym spacerze w połowie listopada Wiktor skierował się przykładem zachodzącego słońca w kierunku Nowego Światu.

Duża sala wypełniona w całości, aczkolwiek bez tłoku. Prowadząca zapowiedziała dyskusję horyzontalną, więc posiadacze mikrofonu byli strofowani, gdy wstawali ze swojego miejsca. Poprosiła też o nie rejestrowanie spotkania i nie robienie zdjęć, co oznaczało, że Wiktor mógł spokojnie zrezygnować z robienia notatek, bo następnego dnia na pewno będzie można przeczytać gdzieś stenogram tego spotkania. Organizatorzy, co oczywiste, obwieścili sukces anty-faszystowskiej Akcji 11 listopada i podziękowali bardzo długiej liście organizacji. Podawane przez GazWyb informacje, jakoby antyfaszystów było ok. 3 tysięcy okazały się mocno zaniżone, bo według organizatorów było ich co najmniej 5 tysięcy. Wiktor przypomniał sobie od razu relacje blogerów, którzy opisywali swoje, spowodowane blokadami, kłopoty z dotarciem do Marszu Niepodległości i przymusowym przemarszem w towarzystwie uczestników blokady. Sam Wiktor maszerował wśród antyfaszystów do Oboźnej, gdzie wszyscy skręcili, by zablokować główny Marsz idący ulicami Powiśla. Ale kto by się przejmował takimi drobiazgami jak odróżnianie zamaskowanych anty od niezamaskowanych faszystów?

Po obowiązkowych gratulacjach i podziękowaniach głos zabrał autor gwizdkowego pomysłu, który w dość dosadnych słowach zbeształ organizatorów całej Akcji za kilka rzeczy. Wiktorowi oczy otwierały sie coraz szerzej, uszy zaczęły falować jak u słonia: jakże to tak? Ten doświadczony opozycjonista z czasów PRL-u, nie zdawał sobie sprawy, że zapraszając ludzi na blokady, które będą łamały prawo, zaprasza ich także do grzechu czynności symetrycznych do grup, przeciwko którym się protestuje? Że wyrosłe z ruchu Radykalnej Akcji Antyfaszystowskiej bojówki Antify będą potulnie jak baranki czekały na faszystowskie znaki z drugiej strony i reagowały w duchu "non-violence"? Wiktor był pełen uznania dla odwagi cywilnej besztającego Antifę Seweryna Od Gwizdków i jednocześnie nie mógł wyjść ze zdumienia nad jego naiwnością.

Kolejny mówca podziękował poprzednikowi za to, że mimo wszystko nie uznał symetrii działań faszystowskich bandytów i "problematycznych" reakcji Antify. Rzucone w przestrzeń pytania o cele na przyszłość, dalekosiężne oczekiwane efekty działań Akcji okazały się jednak mało istotne. W toku kolejnych wypowiedzi wynikało coraz bardziej wyraźnie, że problemem jest samo przetrwanie lewicowych aktywistów, w skrajnie nieprzyjaznym policyjnym państwie. Policja bowiem zamiast bronić ludzi przed bandytami, to broniła bandytów przed Antifą! Co więcej, wiele osób było uratowanych przed stratowaniem przez bandytów właśnie przez dzielną Antifę! Pojawiły się też głosy, że czerwony sztandar wcale nie jest passe, a akcje czerwonego RAF-u były dobre, choć nie odniosły oczekiwanego sukcesu. Wiktor nie próbował się zastanawiać, jak afirmacja "ulicznych napierdalanek", używając tutejszego języka, ma się do przeciwdziałania niosącemu przemoc faszyzmowi, bo zorientował się dosyć szybko, że nie o ideologiczną czy logiczną spójność tu chodzi.

Jakiekolwiek próby ściągnięcia dyskusji na merytoryczny poziom, na zagadnienia dotyczące logistyki, organizacji, komunikacji, która ewidentnie szwankowała, trafiały w próżnię, bo najważniejszy okazywał się akcentowany przez dzielną panią Kazimierę, rewolucyjny zapał, który zmobilizuje ludzi do wyjścia na ulicę. Drugim kluczowym problemem był sposób, w jaki środowiska lewicowe są traktowane przez sprzyjającą i w większości faszystowską policję. Wiktor czuł się, jakby został przeniesiony na plan Przedwiośnia, tylko aktorzy dużo lepiej i szczerzej odgrywali rewolucyjny zapał. Oznaki medialnego zaszczucia, nieustające pretensje do mediów i policji, żądania odwołania komendanta policji, a nawet ministra spraw wewnętrznych, jako odpowiedzialnych za brutalne traktowanie aresztantów z Biedroniem na czele - to wszystko wyglądało dokładnie tak jak wyobrażał sobie Wiktor przedwojenne "konspiracyjne" spotkania rewolucjonistów. Co ciekawe, przy generowaniu atmosfery zaszczucia pani Kazimiera przytomnie zauważyła, że jednak bez wsparcia mainstream-owych mediów, nie ma co liczyć na większą frekwencję niż ostatnim razem.

Zapał osiągnął w końcu taką temperaturę, że nawet poczciwy, a może wyrachowany, Pan Seweryn Od Gwizdków musiał opuścić salę, żeby jakiś bardziej zapalony rewolucjonista nie pacnął go w przypływie słusznego klasowego oburzenia po głowie. Do Wiktora zaś dotarło, że szeroka koalicja lewicowa jest kolejną grupą społeczną, która uważa państwowe organa porządkowe za faszystowskie bojówki mające na celu jedynie danie upustu sadystycznym ciągotom zwyrodniałych funkcjonariuszy. Dotarło do niego także to, że zarówno dla tych młodszych jak i tych starszych "lewicowców", druga strona ideologicznego sporu jest zunifikowaną masą bandytów, która powinna zniknąć z powierzchni ziemi, a która po niej chodzi jedynie dzięki ochronie policji. Jakież to się wydało Wiktorowi symetryczne do różnych opinii słyszanych po tej "bandyckiej" stronie. Skojarzyło się to Wiktorowi w dosyć oczywisty sposób z definicją człowieka, funkcjonującą w małych społeczeństwach plemiennych: człowiekiem jest tylko członek mojego plemienia. Ten z sąsiedniej wioski to już nie jest człowiek - to zwierzyna łowna. Tu nie ma szansy na jakiekolwiek porozumienie, bo porozumienie w ogóle nie jest celem. Celem jest budowa poczucia zagrożenia, umacnianie plemiennych więzi i rozciąganie tych więzi na jak najszersze rzesze, by w odpowiednim momencie wyciągnąć te rzesze na ulice.

Wiktor wyszedł ze spotkania i w te pędy przyleciał do mnie zdać pasjonującą relację. Przegadaliśmy całą noc, dochodząc do wielu ciekawych spostrzeżeń. Niestety nie nagrywałem tej rozmowy, dlatego odtworzona z pamięci sama relacja jest w dużej mierze niepełna. Na wnioski z tej rozmowy przyjdzie pora innym razem...

Stenogram wypowiedzi Blumsztajna
Krótka relacja we Frondzie

I bardzo dobry tekst na portalu lewicowym

poniedziałek, 8 listopada 2010

Nie ma Państwa - mówi poseł Polaczek

Jerzy Polaczek, poseł na Sejm Rzeczypospolitej mówi otwarcie w dzisiejszym Salonie Politycznym w Trójce: Nie ma Państwa. I co? I nic. Gdyby to była nieprawda, wszyscy powinni już dawno odsądzać Posła od czci i wiary. Ale nie, problemem głównym w Polsce jest zakładanie nowej partii przez Kluzik-Rostkowską. A że jest to prawda, udowadniają liczne czyny ekipy rządzącej, rezygnującej z kolejnych sfer autonomii, dodatkowo wzmacniane różnymi wypowiedziami, które otwarcie przyznają: zdrowy rozsądek, prawdę, rzetelność i uczciwość mamy w głębokim poważaniu. Przykładem jest choćby sposób odpowiedzi na interpelacje poselskie Jerzego Polaczka, czy reakcja ministra Millera na fakt wybijania okien we wraku Tupolewa.

Dzisiaj nasza pozycja międzynarodowa leży w gruzach, nikt nie ma zamiaru się z nami liczyć w sytuacji, gdy Polska dobrowolnie zrezygnowała z jakiegokolwiek zabiegania o kontrolę nad postępowaniem dotyczącym najważniejszych osób w państwie. Skoro wysyłamy jasny komunikat, że nie zależy nam na kontrolowaniu naszych spraw, to dlaczego ma się z nami liczyć ktokolwiek? Działaniami po smoleńskiej katastrofie nasze władze sprowadziły nas do roli pośledniejszej niż Białoruś. De facto zlikwidowały polskie Państwo. Nie dajmy się zwieźć stroną formalną. Nikt w Europie nie może sobie pozwolić na formalna likwidację, przykład Grecji pokazuje, jak ważne jest podtrzymanie mitu stabilności i trwałości państwa. Za podtrzymanie tego mitu Europa gotowa zapłacić jest bardzo wysoka cenę. Jednak formalne istnienie a realna podmiotowość bytu - to dwie różne sprawy.

W pierwszym momencie po dramacie kwietniowym myślałem tak jak chciała późniejsza rządowa propaganda: kraj działa, państwo funkcjonuje, nie ma żadnych niepokojów, uroczystości zorganizowane bardzo dobrze, instytucje Państwa działają, ludzie z godnością skupiają się na przeżywaniu żałoby. Teraz wyraźnie widać, że to była spontaniczna reakcja odpowiedzialnych szarych ludzi, z których każdy z osobna stawał na głowie, żeby wszystko odbywało się godnie, spokojnie, tak jak należy. Setki urzędników i setki wolontariuszy. Pomimo realnego strukturalnego chaosu polskie zdolności do samoorganizacji w chwili kryzysu znowu pokazały swoją moc. Po zakończeniu żałoby, w trakcie której marszałek sejmu (jak sam stwierdził) starał się jak najszybciej podejmować wszelkie "decyzje, których już nikt nie odwróci", ekipa rządowa stara się aż do dzisiaj przekonać nas, że to zasługa sprawnych struktur, a nie oddanych ludzi.

Tymczasem jesteśmy jesiennym liściem w oku gospodarczego cyklonu. Nie nasze decyzje sprawią, że drugie uderzenie kryzysu będzie znacznie silniejsze. Nie robimy nic, by choć trochę zneutralizować skutki nadchodzącej zawieruchy. I widać wyraźnie, że nie jest to efekt zaniedbania, tylko efekt racjonalnego i planowego działania. Dlatego nie spodziewajmy się, że ktoś poświęci więcej, niż jest to niezbędne ze względów na tworzenie alibi, uwagi na funkcjonowanie państwowych struktur, na konsekwencje polityczno-gospodarcze bałtyckiej rury, albo na szczegóły umowy gazowej. Tematem najważniejszym będą konflikty w partii opozycyjnej. A gdy jej zabraknie, najważniejszym problemem kraju będzie kolor wibratora w sypialni jakiegoś lubelskiego polityka.

poniedziałek, 18 października 2010

Salonowo-urodzinowe reminiscencje

Pierwszy raz byłem na urodzinach Salonu24 i długo się oswajałem, nikogo wcześniej nie znając. Po kilku piwach i wielu papierosach udało się znaleźć jakieś punkty zaczepienia, bo i goście nie byli z tych co to nie mają nic do powiedzenia. Zanim jednak doszło do właściwych kuluarów, produkowali się ci, którzy mieli dostarczyć pretekstu do dalszych dyskusji. I dostarczyli.

Na Migalskiego rzeczywiście wszyscy ostatnio wsiedli i jadą po nim jak po łysej kobyle. Jednak nie ma się co dziwić, wszak o ile widok pogującego punkowca jest całkiem logiczny i akceptowalny, o tyle widok pogującego policjanta na służbie wprowadzałby już pewien dysonans. O ile blogerzy, komentatorzy, czyli obywatele po prostu mają prawo po Migalskim jeździć, o tyle Migalski jeżdżący po swoich wyborcach wygląda dość kuriozalnie. Migalski najwyraźniej nie rozumie wielu rzeczy i skupiając się na politycznych ideach nie bierze w ogóle pod uwagę kwestii komunikacyjnych, społecznych, PR-owskich właśnie. W wymiarze konkretnej osoby, a nie na poziomie idei określonej formacji. Pisała na ten temat Janina Jankowska.

Podejście do obywatela, który nie zawsze jest tak doskonały jak poseł Migalski, to jedno. Druga sprawa to przyjmowanie krytyki i umiejętność konstruktywnej reakcji. Bo to przecież nie sam fakt krytykowania Prezesa jest niesmaczny w ostatnich tekstach Migalskiego. To merytoryczny ich poziom pozostawia wiele do życzenia. Nie przedmiot, a jakość rozważań jest nie do przyjęcia. List do Prezesa, pomijając sposób i okoliczności, w treści był rzeczowy, konkretny, merytoryczny. Wpis o prof. Królu był rzeczowy, konkretny, merytoryczny. Aż tu nagle bach! Tekst o ufolach. No takie rzeczy są kompromitujące. Gdy na środowej promocji książki próbowałem to wyjaśnić, Migalski mnie zbył sztampową konstatacją, że jak wali w PO to dobrze, a jak wali w PiS to źle, a on jest po prostu obiektywny. Po czym mnie przeprosił, bo ma telefon albo musi udać się na stronę. W sobotę, udało mi się jakoś inaczej wyartykułować zarzut braku merytoryki, na co usłyszałem, że to cenna uwaga i że dziękuje. I co? I mamy pourodzinowy tekst o patałachu prezesie. No klasyczny syndrom odrzucenia. Świetna polemika Rekontry - polecam.

Migalski udowodnił w sobotę, że jako polityk nie istnieje. Nie każdy nadaje się do każdego zawodu. Ja pilotem bym być nie mógł, bo noszę okulary. Aktorem też nie będę, bo się za bardzo denerwuję. Migalski nie będzie politykiem, bo nie nawiązuje kontaktu z otoczeniem. Dlaczego Pan się tak żali na agresywne komentarze? Ja się wcale nie żalę! Jasne. I nie mam czerwonego sweterka. Podręcznikowy wręcz przykład działania obronnego mechanizmu zaprzeczania, który pomaga może Migalskiemu funkcjonować, ale na który odbiorca na pewno się nie złapie. Przynajmniej nie tutaj. Przykro patrzeć, jak rzekomo przenikliwy analityk sceny politycznej jest aż tak nieświadomym podstawowych ludzkich mechanizmów, że pozwala się ponieść osobistym urazom, nie przyjmując do wiadomości, że nikt w zaprzeczanie nie wierzy.

To prawda, że Kaczyński nie ma ręki do ludzi, że dobiera sobie współpracowników jakiegoś takiego pośledniego sortu. Gdy obserwowałem Dorna na spotkaniach Polski XXI, która przekształcała się w Polskę Plus, zrozumiałem jak mógł wyglądać konflikt z Kaczyńskim i że to nie Kaczyński był tu wiodącą konfliktogenną stroną. Podobnie teraz z Migalskim. Kaczyński niewątpliwie prowadzi partię wodzowsko, niedemokratycznie, korporacyjnie ją zamyka, ale to nie zmienia faktu, że próba Migalskiego odnalezienia się w tej sytuacji  tylko go skompromitowała jako polityka.
Migalski w swoich deklaracjach dotyczących przyszłości nie zamyka się na pomysły medialne, komentatorskie ale również animacyjne. Komiks Niewolnika, nie tylko świetnie oddaje sytuację na Rozdrożu, ale też ilustruje przyszłość Migala jako dzielnego kolegę po fachu dla Kuby Wojewódzkiego i Szymona Majewskiego. Naprawdę jest w tym dobry, jest asertywny i to jest dziedzina w której ma szanse się spełnić ;-)

Drugi z gości, Arłukowicz, udowodnił z kolei, że nie ma ucieczki od historii, przed czym tak uparcie uciekają politycy tzw. lewicy. Gdyby bowiem nie majątek PZPR, gdyby nie kolosalne pieniądze z FOZZ, które w końcu poszły na tworzenie wiodących obecnie koncernów medialnych, być może polska lewica miałaby twarz Walentynowicz, Gwiazdy i Bugaja, a nie Millera, Kwaśniewskiego i Jaruzela. Historyczne obciążenie jakie ma SLD, nawet jeśli cała kasa i infrastruktura partyjna uległa obecnie amortyzacji, to obciążenie jest niestety ciągle silne i świadczy o tym nie tylko świadomość osób, którzy urodzili się już w „wolnej” Polsce, ale także siła zakłopotania i rozdrażnienia pomieszanego z cichym oburzeniem, w jakie wpędza polityków związanych z SLD temat PZPR-owskiego spadku. Aczkolwiek rozdrażnienie to okazywane jest przez takiego Arłukowicza w daleko bardziej delikatny, kulturalny, polityczny po prostu sposób niż ma to miejsce u Migalskiego. Natomiast nazywanie lewicą jednej z najbardziej merkantylnych partii w Polsce jest już nawet nie żałosne (bo nieuczciwe wobec lewicowej ideologii), jest po prostu śmieszne. Nawet jeśli poszczególne osoby mają naprawdę czyste intencje i szczerze lewicowe przekonania.

Na koniec jeszcze kilka luźnych refleksji. Czesław Bielecki to klasa sama w sobie. Nie ma się do czego przyczepić więc się nie czepiam. Co do samego spotkania zaś to spodziewałem się, że będą dużo większe tłumy i że dużo dłużej potrwa faza grupowych dyskusji. Poza tym atmosfera spotkania była naprawdę wyśmienita i też dziękuję wszystkim za ciekawe nocne rozmowy.

niedziela, 10 października 2010

Chaos i destabilizacja? Taki jest plan.

"Zespół Parlamentarny Ds. Zbadania Przyczyn Katastrofy TU-154 M z 10 kwietnia 2010r. uzyskał informacje wskazujące, że w kluczowych dla wyjaśnienia tej tragedii sprawach rząd Donalda Tuska dysponuje dowodami podważającymi wersję podawaną do wiadomości opinii publicznej. Dowody te są ukrywane." - napisał Antonii Macierewicz na portalu Niezalezna.pl. Po czym ujawnia część z tych informacji. Oczekiwałbym, że taka publikacja zostanie jakoś sensownie skomentowana przez odpowiednie organa. Sensownie to znaczy albo a) osoby odpowiedzialne za ukrycie tych informacji podadzą sensowne wytłumaczenie takiej decyzji, albo b) zostaną przedstawione inne dowody dyskredytujące i/lub wyjaśniające podane informacje, albo c) zostanie podana informacja, że poseł skłamał, za czym powinno pójść uruchomienie jakiejś procedury sankcyjnej: pozew wobec portalu za oszczerstwo i kłamstwo, oddanie sprawy do Komisji Etyki Poselskiej albo coś w tym guście. Co natomiast mamy w tym przypadku?

Poseł Niesiołowski wysyła Macierewicza do psychologa w celu zbadania jego poczytalności. Zaś minister Sikorski w odpowiedzi na zaproszenie na posiedzenie komisji stwierdza, że zespół "nie może wiążąco wzywać ministrów" i dodał parę słów uzasadnienia: "Wiedząc, że moje słowa zostaną właściwie odczytane, biorąc pod uwagę kapitał sympatii, którą Pana niezmiennie darzę, dodam, że pana działalność w zespole wydaje się przybierać charakter polityczny. W rezultacie rodzi podejrzenia, że służyć będzie nakręcaniu spirali podejrzliwości i uwiarygodnieniu absurdalnych teorii spiskowych raczej, niż obiektywnemu wyjaśnieniu katastrofy. Ze smutkiem stwierdzam, że istnieje możliwość, że ustalenia zespołu nie będą powszechnie odebrane jako całkowicie wiarygodne". Tak. Właściwie odczytujemy Pana słowa, Panie Ministrze. W odpowiedzi na fakty, zamiast kontrfaktów mamy zapoznany już doskonale festiwal oskarżeń, ocen i insynuacji bez cienia uzasadnienia. Znakomicie.

Inny poseł, którego nikt dotąd na badania psychiatryczne nie wysyłał, po czterech miesiącach otrzymał odpowiedź na interpelacje poselskie na które to odpowiedzi regulamin przewiduje maksymalnie trzy tygodnie. W odpowiedzi na proste pytania o oczywiste dosyć fakty, które sprawdzić jest bardzo łatwo, poseł Polaczek dostał od szefa MSWiA Jerzego Millera następującą informację: "Wszystkie istotne kwestie mające związek z okolicznościami katastrofy samolotu Tu-154M o numerze 101 w dniu 10 kwietnia 2010 roku zostaną umieszczone w raporcie końcowym Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego, który będzie zawierał również analizy i wypracowane w toku prac badawczych zalecenia profilaktyczne". Świetnie. Mamy albo inwektywy i kpiny, albo brak odpowiedzi. "Powiedziałbym komedia, gdyby rzecz nie dotyczyła tragedii" – skomentował sprawę Polaczek, dodając, że możliwości prawne w zmuszeniu resortu do odpowiedzi "są niewielkie, bo regulamin Sejmu nie przewiduje konsekwencji za brak odpowiedzi, a tak traktuję stanowisko szefa MSWiA".

Zaś w weekendowej Rzepie wywiad z Władimirem Kirijanowem, który nie jest niczym innym jak kolejną prowokacją. Obserwując sytuację międzynarodową można bowiem dostrzec między wierszami, że polsko-rosyjskie pojednanie nie leży w rosyjskim interesie. Nie ma bardziej niebezpiecznej sytuacji niż silna Polska czy inicjatywa Partnerstwa Wschodniego. Sojusz między Polską i Ukrainą, wzmocniony o kraje nadbałtyckie, Słowację i Węgry, a w przyszłości być może i Białoruś, jest ostatnią rzeczą potrzebną coraz bardziej okrążonej i słabej Rosji. Co więcej, inicjatywa ta jest także niebezpieczna dla Niemiec, których pozycja znacznie by spadła. W interesie obu naszych wielkich sąsiadów jest Polska skłócona i podzielona bieżącymi wewnętrznymi sporami, zajęta sobą, nie wychylająca głowy poza własną miedzę. Ukraina, która realizuje mimo wszystko w miarę autonomiczną politykę nie może mieć takiego sprzymierzeńca jak Polska.

Chaotyczna i niestabilna Polska jest potrzebna Rosji z kilku powodów. W relacjach z Niemcami jest uzasadnieniem dla realizacji polityki ponad głową tego chorego narodu. W relacjach z Ukrainą jest uzasadnieniem dla silnego sojuszu z Rosją: Ukraina nie ma czego szukać na Zachodzie, bo tam są ci polscy nieprzewidywalni pieniacze i wariaci. To Rosja jest ostoją stabilności. Dlatego to Polska musi zerwać stosunki z Rosją. Rosja jest otwarta i gotowa na współpracę, a Polska jest głupia i niewdzięczna. Widać to wyraźnie w wywiadzie Kirijanowa i wcale się nie zdziwię, jak do polskich mediów przedostanie się więcej "dowodów" stanowiących poszlaki dla hipotezy zamachu. Spowodowana nimi awantura będzie pretekstem dla marginalizacji Polski jako kraju, który albo nie umie zadbać o swoje, albo po prostu niepotrzebnie się piekli o głupoty. Najlepiej jedno i drugie.

Chaotyczna i niestabilna Polska będzie na rękę również Niemcom, którzy nie będą już mieli żadnych powodów, aby powstrzymywać się przed otwartą współpracą, także polityczną, zarówno z Rosją na wschodzie, jak i z Francją na zachodzie. Katastrofa smoleńska jest wielką tragedią Polski, ale też wielką szansą dla sąsiadów o mocarstwowych ambicjach na wieloletnią neutralizację krnąbrnego, choć równinnego kraju w sercu Europy.

wtorek, 5 października 2010

Dopalanie Palikotem

Rządowa akcja z dopalaczami wcale nie jest przykrywką dla kongresu Palikota. To kongres Palikota jest przykrywką dla impotencji władzy. To zadziwiające, ze nikt nie zwrócił uwagi na to, że akcja z dopalaczami ruszyła krotko po tym, jak Czesław Bielecki, główny konkurent HGW na stanowisko prezydenta Warszawy stwierdził u Moniki Olejnik, że "nie ma legislacyjnej wiagry na impotencję władzy wykonawczej" w sprawie sklepów sprzedających dopalacze. I oto co dotychczas było niemożliwe stało się możliwe niemalże z dnia na dzień. I znowu zapomnieliśmy o podniesionych podatkach, cwałującym długu publicznym i bałtyckiej rurze, bo mamy przecież Palikota i dopalacze.

Ruszenie tych dwu tematów na raz, jest kolejną warstwą symulacyjną mającą przykryć tę wielką tajemnicę, że król jest nagi. Symulacrum obezwładniające zmysły realizmem przedstawienia na wielu poziomach. Cały czas, zamiast mówić o realnych problemach, roztrząsamy ukryte znaczenia tych fantazmatów semantycznej papki postpolityki. Nawet wydawałoby się tęgie głowy nie zauważają prostego faktu, że szczytne idee ruchu Palikota są całkowicie skompromitowane osobą swojego lidera. Oprócz argumentów istnieje jeszcze bowiem coś takiego jak reputacja, będąca niczym innym jak poziomem ryzyka niekonsekwencji w realizacji działań. Wysoka reputacja daje nam gwarancje bezpieczeństwa dla naszej politycznej inwestycji, zaś obliczana jest ona na podstawie dotychczasowej drogi życiowej danego delikwenta.

Warto przypominać o takich zapomnianych elementach społecznego porządku, które pomimo swej oczywistości niemal całkiem straciły znaczenie. To nie wtórność politycznych sloganów stanowi o znikomej wartości tego Ruchu. To nie brak oryginalności i ideologiczna łapanka co bardziej medialnych haseł. To osoby, które nie raz już udowodniły, że brak jest im nawet odrobiny szacunku nie tylko do innych, ale przede wszystkim do samego siebie. Tego minimum szacunku, który nie pozwala robić pewnych rzeczy bez narażania się na tłuczenie luster.

Reputacja Palikota i reszty ferajny jest dla mnie gwarancją braku realizacji choćby jednego programowego hasła z długiej listy życzeń. Dlatego proponuję skupić się na wsłuchiwaniu się w osoby, których intelektualna uczciwość i spójność poglądów z działaniami nie wystawią na szwank naszej własnej reputacji.

poniedziałek, 20 września 2010

Nie zniszczycie mitu Wałęsy

Trudno mi oprzeć się wrażeniu, że film o Wałęsie „wyciekł” z TVN w celach promocyjnych. Nie wiem czy byłby on tak komentowany, gdyby nie okoliczności w jakich został on upubliczniony. Nie pokazuje on bowiem żadnych nowych rewelacji, które wcześniej nie byłyby znane. Jednak porządkuje wiedzę o pewnych faktach i przekazuje ją metodą niewątpliwie oszczędzającą czas, którego mogłoby zabraknąć na lekturę.

Po jego obejrzeniu nie miałem mieszanych uczuć. Mam swoje zdanie na temat Wałęsy i raczej trudno będzie mi je zmienić. Daleki jestem od idealizowania tej postaci, ale równie daleki jestem od jej dezawuowania. Człowiek jest bowiem tylko człowiekiem i nawet święci mieli swoje ciemne epizody, które pozwalały im stać się bardziej ludźmi. Nie wierzę w ludzi bez wad i to przeświadczenie jest chyba mocno zakorzenione w wielu różnych światopoglądach – „Kto nie doznał goryczy ni razu, ten nie dozna słodyczy w niebie”...

Przyznaję, że napisanie tej notki wstrzymała lektura wpisu Kota z Cheshire, który stając rzekomo w obronie Bolka, tak naprawdę dokonuje jednoznacznego jego potępienia. Kot przyznaje, że Wałęsa był tylko bezwolnym i nieświadomym pionkiem w rękach potężnych mocodawców, ale stawia zarzut, że fakt bycia pionkiem nie może być tak długo negowany przez Wałęsę, bo udawanie, że się tego nie dostrzega świadczyć może jedynie o świadomej współpracy w podtrzymywaniu tego mitu. Przepraszam, ale nie wierzę nie tylko w ludzi bez wad, ale nie wierzę także w konieczność świadomości wszystkich uwarunkowań dotyczących własnej osoby. Fakt, że działają pewne mechanizmy, że operacyjne sposoby bezpieki są doprowadzone niemal do doskonałości nie znaczy jeszcze, że rozpracowywani figuranci oraz współpracujący agenci zdają sobie z tych mechanizmów i uwarunkowań sprawę. Co więcej, nawet gdy pokażesz delikwentowi te mechanizmy, to będzie utrzymywał on, że ok., może tak to działa ale nie na niego. Podobnie jak z reklamami – rzadko kto przyzna się przed samym sobą że jakakolwiek jego konsumencka decyzja powodowana jest reklamą. O co mi chodzi pokazuje także stary dowcip o rozmowie więźniów: - Za co siedzisz? - Za kurę. – Z kurę? – Tak, kura wygrzebała w ogródku teściową. Bezpieka kontroluje nas także dzisiaj. Tak to prawda. Ale mnie? Mnie nigdy! Ja działam samodzielnie. ;-)

Wałęsa to nasz eksportowy produkt. Produkt Sierpnia ’80, który został kupiony przez komitet noblowski. Zupełnie nieistotne są przy tym różne inne poboczne elementy. Przypominam ciągle Zniewolony umysł, który pokazuje mechanizmy, jakim ulegali naprawdę inteligentni ludzie. Ulegają im również dzisiaj wypowiadając się na temat „demonów polskiego patriotyzmu”, czy „zaczadzenia pisem”. Dlaczego oczekujemy od Wałęsy, że będzie jakimś moralnym herosem, skoro to zwykły prosty chłopak z podwórka? Być może na początku, gdy zaczynał donosić na kolegów w wojsku, robił to ze strachu, być może z głupoty. Być może, gdy donosił w latach 70-tych na kolegów z pracy, robił to zmuszony „metodami operacyjnymi”. Być może i w wojsku i w stoczni robił to z własnej inicjatywy. Jednak z biegiem czasu twardniał i niekoniecznie szedł w kierunku, w jakim poszedł Maleszka i setki innych jemu podobnych „dobrych przyjaciół rodziny”, którzy na etacie UB trenowali amatorską psychoanalizę. W filmie Przesłuchanie Bugajskiego główna bohaterka też twardnieje z biegiem czasu i z głupiej idiotki zamienia się w twardą zmaltretowaną, ale dumną realistkę. Wałęsa ani nie miał tak drastycznych przejść, ani nie był tak niezłomny, ale oglądając film o Bolku dziwnie przypomniał mi się ten właśnie obraz.

Wałęsa w swoim odczuciu grał z UB. Być może dzięki temu czuł się bezkarny i stąd jego odwaga. Być może to był w całości produkt UB-ecji, który miał za zadanie skanalizowanie tego protestu, który wyrósł w Sierpniu ’80. Nawet jeśli tak było, to nie wierze w to, że Wałęsa świadomie pracował na rzecz takiego kierunku wyznaczonego przez bezpiekę. On cały czas aż do dzisiaj ma poczucie, że jest sprawcą tego wszystkiego, co się działo i że jego słowo i jego diagnoza najtrafniej ze wszystkich analityków opisuje rzeczywistość. Tak, Wałęsa współpracował; tak, być może robił to znacznie dłużej niż do 1976 roku. Jednak dokumenty pokazują nie tylko jego współpracę, ale pokazują także, że był to współpracownik nadzwyczaj krnąbrny i samodzielny. Dlatego jego przydatność operacyjna pozostawała cały czas w sferze możliwości.

Wałęsa został przedstawiony w filmie jako człowiek z krwi i kości, sprytny polski cwaniaczek, któremu się wydawało, że ma kontrole nad swoim życiem. Czy nie jest to dość naturalne? Wałęsa grał z systemem znaczonymi kartami. Jednak i tak System musiał się sporo napracować, by zmusić Wałęsę do takich ruchów jakie były potrzebne. Proste i prymitywne metody i zagrywki nie wchodziły w grę. Podczas internowania w Stanie Wojennym, Wałęsa rozeźlony na swojego partnera w tej grze nie poszedł na żadną współpracę, pomimo szantażu wzmocnionego ruchami z fałszywkami. Jak samodzielny był to gracz może świadczyć chaotyczność ruchów wściekłego Wałęsy podczas jego prezydentury, gdy jego współpracownicy zamierzali go olać i z całkowicie jawnym pobłażaniem i lekceważeniem chcieli nim sterować. Wałęsa pokazał im wszystkim gest Kozakiewicza i poszedł na wojnę zarówno z Michnikami jak i z Kaczyńskimi.

Nie ulega żadnej wątpliwości, że Wałęsa był rozgrywany. Nie tylko przez bezpiekę, ale przez wszystkich. Jest rozgrywany do dzisiaj. Niestety jego przeciwnicy się rozwinęli, a on się gdzieś pogubił. Czas jego skuteczności w zmienionych okolicznościach minął. Jednak twierdzenie, że Wałęsa brał udział w tej grze z intencjami zgodnymi z którąkolwiek ze stron to daleko idące nadużycie i obrażanie samego Wałęsy. To jak twierdzenie, że w Smoleńsku zamach zaplanował Jarosław Kaczyński, bo Lech i tak był chory i nie miał szansy na reelekcję, a dzięki katastrofie szanse Jarka znacznie wzrosły.

Wałęsa to nasz eksportowy produkt. Produkt rozpoznawalny na całym świecie. Poland? A! Walesa! Ghandi – King – Walesa. Nic tego nie zmieni i nie powinno zmienić. Jego osobiste motywacje, jego ciemne karty, jego obecne pogubienie. Obchodzi mnie bardzo mocno jak Wałęsa zachowywał się przed 1980 rokiem. Obchodzi mnie bardzo mocno na jakiej motorówce przypłynął do Stoczni. Bo interesują mnie drogi człowieka. Pokręcone drogi człowieka przez życie. Oczywiście, że nie byłoby tematu agenturalnej przeszłości Wałęsy, gdyby przyznał się w odpowiednim momencie lub nawet dopiero teraz przestał wreszcie odwracać kota ogonem, że „tak, popełniałem błędy, myślałem że ich przechytrzę, ale nie wyszło, to oni przechytrzyli mnie, ale przejrzałem na oczy i teraz wiem, że wtedy błądziłem” albo że „dziś bym zrobił to samo, bo takie były wtedy warunki i dzięki temu mogłem ich rozgrywać podczas gdy oni myśleli, że rozgrywają mnie”. Wałęsa nie ułatwia nam zadania, ale jak dla mnie jest to dowodem raczej jego prostoty, pogubienia i autentyczności, a nie świadomej gry w określonej drużynie.

Dziś żadne kochanki Piłsudskiego, jego kilkakrotne zmiany wyznania w celu poślubienia kolejnej białogłowy, jego niekonstytucyjne decyzje i nieparlamentarne wypowiedzi nie zmienią jego roli w restauracji II RP. I tak samo żadna ciemna karta nie zmieni roli Wałęsy w Sierpniu ’80 i w odzyskaniu przynajmniej tego pozoru niepodległości jaki mamy dzisiaj.

ps.:

Wałęsa był agentem - to pierwszy fakt. Wałęsa był nadzieją w latach 80-tych - to drugi fakt. To, na co ja zwracam uwagę to "stańmy w prawdzie" i uznajmy oba fakty.

Nie proponuję abyśmy dbali o Wałęsę. Póki co jest on dorosłym odpowiedzialnym człowiekiem i sam siebie wystarczająco niszczy. Nie potrzebuje też żadnej troski bo jest całkiem sprawny i zabezpieczony. W przeciwieństwie np. do Państwa Gwiazdów, którzy jak najbardziej potrzebują naszego "dbania". Konstruktywne polityczne znaczenie Wałęsy jest obecnie całkowicie zerowe. Destruktywne ma spory potencjał. Nie zmienia to jednak cały czas faktu drugiego.

To nie jest kwestia oceny tylko przyjęcia do wiadomości pewnych faktów.

wtorek, 31 sierpnia 2010

Warcholskie prowokacje

Kuźmiuk słusznie przywołuje analogię z lat osiemdziesiątych:

Mieczysław Rakowski, w 1983 roku na spotkaniu w słynnej sali BHP Stoczni Gdańskiej z jej pracownikami zapytał, czy może zdjąć marynarkę i krawat, a na szum z sali dodatkowo zapytał czy na tym krawacie będą go wieszać? Tłum zgromadzony w sali odpowiedział przeciągłym „taaak”. Od tej pory w reżimowej telewizji puszczano tylko ten fragment debaty pokazując krwiożerczość stoczniowców.

Mi natomiast wystąpienie Henryki Krzywonos skojarzyło sie raczej ze słynnym "Wstyd mi, za tych z Radomia".

Warcholstwo nie zostało wyplenione ani w 1976 roku, ani wcześniej, ani później i dalej sie szerzy. Jaruzelski miał szansę zaprowadzić porządek ale ja zmarnował, choć i tak uratował przecież świat przed III wojną światową. Wiele osób pamięta pewnie jeszcze inne hasła w rodzaju "gdzie drwa rąbią tam wióry lecą", czy "prawdziwi komuniści zawsze będą szykanowani". Także dzisiaj, Partia realizuje szczytne ideały Sierpnia, a warcholstwo spać nie daje.

Nawet w latach 50-tych, nawet "najwięksi" intelektualiści dali sobie wmowić, że innej drogi nie ma, że innego wyjścia nie ma, że tak trzeba. Ale nawet wtedy byli wewnętrznie wolni ludzie, którzy wiedzieli, że to nie jest normalna sytuacja, że tak nie można. Dzisiaj też są tacy. Tak jak w latach 80-tych, nie widać ich w mediach. Widać ich w internecie, ale także coraz częściej na ulicznych płotach:


Czasem po przełamaniu oporów w trakcie długotrwałych podchodów, także w prywatnych rozmowach. Zniewolony umysł to nie literacka fikcja Miłosza. To twarde fakty współczesności.

Linki:
http://niepoprawni.pl/...relacja-ze-zjazdu-solidarnosci...
http://lubczasopismo.salon24.pl/sensito/...strajk-...-1980-r

Jeszcze wspomnienie Andrzeja Kołodzieja w reakcji na wystąpienie Henryki Krzywonos:
http://swkatowice.mojeforum.net/temat-vt10136.html

Gdzie są dzisiaj i jaką mają przyprawioną gębę eksperci, którzy cieszyli się faktycznym zaufaniem strajkujących: Kaczyński, Staniszkis, Olszewski? Nie mówiąc o pozycji innych niepokornych i naprawde niezależnych jak Gwiazda czy Walentynowicz.

Dlaczego z taką upartością bierzemy udział w przekręcaniu faktów?

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Dużo się zmieniło przez 30 lat, nieprawdaż?

"To było dokładnie 30 lat temu. Wieczorem 27 sierpnia dotarłem do bramy nr 2 Stoczni Gdańskiej, wówczas imienia Lenina, i zobaczyłem drewniany krzyż otoczony modlącymi się ludźmi, pod którym paliły się dziesiątki zniczy i świec.

Następnego ranka przeszedłem przez furtkę obok słynnej bramy, która tonęła w kwiatach okalających portret Jana Pawła II i pod którą zbierały się w ciągu dnia setki, tysiące, a w końcu dziesiątki tysięcy mieszkańców Trójmiasta. Przepustkę otrzymałem bez problemu, w przeciwieństwie do ekip „Trybuny Ludu” i TVP, których nie wpuszczono, „bo kłamią”. Przepustka to był wąski skrawek papieru, na którym wypisano ręcznie moje nazwisko oraz tytuł pisma („Tygodnik Demokratyczny”) i który podstemplowano pieczątką Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego. Po miesiącu podpisał ją Lech Wałęsa, którego poprosiłem o to na jego pierwszej w Warszawie konferencji prasowej...

To było najbardziej niepozorne świadectwo akredytacji, wyjątkowo chałupniczo wykonana przepustka, jaką otrzymałem w karierze dziennikarskiej. A jednocześnie chyba każdy, kto ją otrzymał, przeczuwał, że trzyma w ręku przepustkę do historii. Był to zarazem glejt całkowitego bezpieczeństwa, gwarantujący pomoc, życzliwość i serdeczność prostych ludzi, zwanych wcześniej przez szeptaną, partyjną propagandę „robolami”, którym zależy tylko na kiełbasie.”

Dużo się zmieniło przez te 30 lat. Dziś już nikt nikogo nie nazywa „robolem, któremu zależy tylko na kiełbasie, najlepiej na koszt państwa”, nieprawdaż? Dziś nie ma prasy, która kłamie. Człowiek nie jest odarty ze swojej godności i nie musi się niczego wstydzić. Może chodzić po ulicy z podniesionym czołem obojętnie czy ma na głowie bejsbolówkę czy moherowy beret. Obojętnie czy ma pod pachą Gazetę Wyborczą czy Nasz Dziennik – jest równoprawnym obywatelem z pełnią praw, gwarantowanych wolnością słowa. Może bez obaw modlić się w dowolnym miejscu i dowolnym wyznaniu, co gwarantuje mu konstytucja. Ma dostęp do wszelkich informacji o stanie państwa i systemów monitorujących poczynania władzy.

***

„Rzeczy prawdziwe, to znaczy zgodne z rzeczywistością, to znaczy autentyczne, dzieją się na ogół wówczas, kiedy jest spełniona wola zbiorowa i są wyrażone ludzkie treści, i gdy nie musi się postępować wbrew społecznym odczuciom i pojęciom. Wtedy ludzie chętnie przychodzą sami, nie trzeba ich spędzać ani obstawiać, tuby i kordony stają się wówczas zbędne. Przychodzą na miejsce swojej prawdy, która ma naturalność światła dziennego. Tego wieczoru [...] ludzie przyszli [...] i obejrzeli siebie. Wielotysięczny tłum zobaczył siebie, utwierdził się w poczuciu własnej obecności. Tłum [...] niekierowany z zewnątrz, [...] przyszedł ze wszystkich dzielnic tylko dlatego, że chciał być tutaj. Po co – po to, żeby popatrzyć i zobaczyć. Tak samo ja po to tutaj przyszedłem. Jednakże sam fakt równoczesnego przybycia tysięcy ludzi bez wezwania już był mocno zastanawiający. Odzwyczajono ich od tego, że są żywym ogółem, uczyniono wiele, aby ich przekonać, że stanowią bierną masę, której ruchami się steruje. Przyszli tu [...] nie uświadamiając sobie, że swoim przybyciem przeprowadzili dowód własnego istnienia. 

[...] Jeślibym miał określić jednym słowem moje przeżycia na widok tego, czemu się przyglądam od kilku dni, powiedziałbym: zdumienie. Nie tym jedynie, że nad placem Zwycięstwa dominują krzyże, i nie tylko, że władza milczy, jakby schowana przed narodem. Zdumiewa najbardziej myśl, że swoją prawdę naród tak umiejętnie chronił i przechowywał. Tak długo i tak umiejętnie. Nasuwa się ciężkie podejrzenie. Czy nie za pochopnie sądziło się tę masę, widząc w niej bezwład i słabość lub dopatrując się w jej zniewoleniu codzienną wegetacją – braku zasobów duchowych.”


Powyższy fragment to zapis dziennika Kazimierza Brandysa, fragmenty rozdziału „1979. Czerwiec”, opisującego refleksje w okolicach warszawskiej wizyty Papieża. Jakże różny jest ten zapis od dzisiejszych doświadczeń, nieprawdaż? Dzisiaj ludzie nie muszą się widzieć, żeby móc się policzyć, mogą manifestować swoje poglądy i swobodnie je dyskutować w powszechnie dostępnych medialnych kanałach przepływu informacji, na których kształt sami mają wpływ. Nikt nie stara się nawet wmawiać komukolwiek, że szara masa tłumów jest bezwolnym bydłem, które podlega sterowaniu jakiś ciemnych sił. Obywatele kraju nad Wisłą są pełnoprawnymi podmiotami korzystającymi ze swoich praw do brania udziału w kształtowaniu życia własnej zbiorowości.

W przeciwieństwie do Polski gierkowskiej, nie ma żadnego niebezpieczeństwa że przyszłe pokolenia będą spłacały długi zaciągane przez rządzących tu i teraz, wszak system społecznej kontroli działa bardzo dobrze. Gospodarka rozwija się bez przeszkód a drobni przedsiębiorcy nie są traktowani jak gierkowscy badylarze, lecz zgodnie ze stanem faktycznym jak najwyższe dobro tego kraju, które ma największy udział w wytwarzaniu PKB. Nie ma żadnych barier rozwoju dla biznesu, a pracownicy są traktowani jak podmiotowi partnerzy, bez których zaangażowania ten rozwój byłby niemożliwy.

***

Zastanawia tylko dlaczego w tych jakże sprzyjających, pogodnych i pożądanych okolicznościach co chwila wychodzą na powierzchnię jakieś dziwne pomruki niezadowolenia...

„"TVP", "Bazylika" czy "Precz z TVN" - takie okrzyki rozległy się na Rynku Głównym, gdy na telebimach trwała transmisja TVN. Zgromadzeni przed telebimem ludzie domagali się w ten sposób włączenia obrazu z telewizji publicznej, a nie TVN. Część osób chciała oglądać obraz bazyliki, tymczasem w TVN trwały rozmowy komentatorów. - Chcieliśmy oglądać bazylikę i trumny prezydenckiej pary, a nie rozmowy dziennikarzy. Przyjechaliśmy tu z daleka, by uczestniczyć w pogrzebie, a oglądamy rozmowy w studiu - tłumaczył nam mężczyzna stojący przed telebimem w okolicach ul. Szewskiej. Gdy wygaszono telebimy, na Rynku rozległy się oklaski.”

niedziela, 29 sierpnia 2010

Fanatyzm, prawda i konsekwencja

Borusewicz: Walczyliśmy o coś innego, a tu wyszły najgorsze instynkty. Fanatyzm. […] Były oczywiście fanatyczne postawy i w Sierpniu, ale one były spychane na margines.
Redaktor: Mówi pan marszałek o obrońcach krzyża, ale z drugiej strony też są radykalne zachowania. Pewien poseł z Lublina mówi, że byłby szczęśliwy, gdyby w tym roku umarł Jarosław Kaczyński.
Borusewicz: Ale to są głosy indywidualne, których swoja drogą nie pochwalam.”


Warto zwrócić uwagę na to co jest tak naprawdę powiedziane w tym fragmencie rozmowy z Bogdanem Borusewiczem. W stawianym nam za wzór Sierpniu 1980 postawy fanatyczne były spychane na margines. Powinniśmy takie postawy spychać na margines również i dzisiaj. Pewien poseł z Lublina zatem też powinien zostać usunięty na margines jako fanatyczny głos indywidualny, którego autorytet Sierpnia zresztą nie pochwala. To dobrze. To bardzo dobra zapowiedź. Tym bardziej, że fanatyzm wśród kierownictwa rządzącej partii jest prawdziwym zagrożeniem, w przeciwieństwie do fanatyzmu przygodnych przechodniów zatrzymujących się pod pałacem namiestnikowskim. Mam nadzieję że tak jak w Sierpniu 1980 pan marszałek jest równie dobrze poinformowany i teraz.

Jednak kwestia opinii o dominancie społecznego zbiorowiska pod smoleńskim krzyżem pokazuje, że pan marszałek czerpie swoja wiedzę na ten temat z naszych wiodących mediów. Gdyby wybrał się pod krzyż, by wsłuchać się w tą zbiorowość, być może zobaczyłby, że po pierwsze obrońcy krzyża wcale nie stanowią większości, po drugie liczba agresywnych fanatyków nie jest tam wyższa niż w polskim Sejmie. To stawia pod smutnym znakiem zapytania wiarygodność pana marszałka w kwestii marginalizacji fanatyków wśród polskich posłów.

Fanatyzm i najgorsze instynkty nie są cechą tylko jednego posła z Lublina. W wywiadzie opublikowanym w weekendowej Rzepie, Stefan Niesiołowski konstatuje w swoim jakże wyrafinowanym cywilizacyjnie zachodnio-europejskim stylu:

„Klasycznym szkodnikiem jest Jarosław Kaczyński, który od 20 lat w każdej niemal sprawie zajmuje stanowisko destrukcyjne, szkodzące Polsce. [...] Jest klasycznym przykładem człowieka, który nie ma żadnych zahamowań, żadnych zasad, żadnych wahań. Byle tylko dorwać się do władzy. Niewiele takich elementów jest u Palikota.”

Jak wiadomo bycie zastępcą przewodniczącego rządzącej partii nie jest w najmniejszy sposób przejawem dążenia do władzy. Podobnie jak deklaracje założenia własnej partii, czy chełpienie się bliskimi stosunkami z obecnym prezydentem oraz własnym wpływem na politykę rządu Tuska. Dlatego Niesiołowski może z pełną swobodą stwierdzić, bez obawy ośmieszenie i skompromitowanie własnej osoby, że Palikot twierdzący jakoby Lech Kaczyński był pijany na pokładzie samolotu skompromitował się jako polityk:

„Powtarza plotki. A polityk traci uznanie, jeśli powtarza plotki. Zrobiono badanie, wykluczono alkohol. I Palikot się ośmieszył.”

To bardzo cenna uwaga. Zwłaszcza w ustach kogoś kto sam dementuje swoje słowa w tym samym wywiadzie. W jednej chwili bowiem stwierdza Niesiołowski po trzykroć:

Niesiołowski: Generalnie krytyka Lecha Kaczyńskiego była słuszna. Moim zdaniem to najgorszy, oczywiście w demokratycznej Polsce, prezydent. Bo trudno go porównywać do Bieruta.
Subotić: Gorszy niż Aleksander Kwaśniewski?
Niesiołowski: Gorszy, zdecydowanie.
Subotić: Gorszy niż Lech Wałęsa?
Niesiołowski: Oczywiście. Nie ma porównania.”


By za chwilę bez cienia zażenowania zadeklarować:

To jeszcze nie pora, bym dokonywał analizy prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Pozostanę przy swoim zdaniu i tego zdania będę bronił trochę później. Najwcześniej za rok. Żałoba już minęła, ale jednak jest za wcześnie.”

Co więcej, Niesiołowskiemu nie tylko nie przeszkadza zaprzeczanie samemu sobie, ale także nie będzie w najmniejszym stopniu kompromitowało go kłamstwo albo żenujący brak wiedzy. Stwierdza np. o Wawelu:

"Do tej pory była powszechna akceptacja tego miejsca i wszystkich tam pochowanych."

pomijając najwyraźniej kontrowersje choćby z Piłsudskim albo Słowackim. Mówiąc o wojnie polsko-polskiej:

"Pomiędzy ZChN a Unią Wolności nie było wojny domowej, nawet nie było jej pomiędzy AWS a SLD. Taką wojnę wprowadził PiS"

najwyraźniej nie zauważając słynnej deklaracji Andrzeja Wajdy. Inne drobne niekonsekwencje sobie daruję, myślę że widoczny nawet dla przeciętnego laika lapsus w odpowiedzi na niemal każde pytanie jest wystarczająco kompromitujący. Wszak polityk, który powtarza plotki się ośmiesza i traci uznanie. A co się dzieje z politykiem, który kłamie w co drugim zdaniu i przeczy samemu sobie w jednym wywiadzie? Tak, macie rację: walczy z demonicznym fanatyzmem społeczeństwa!

piątek, 27 sierpnia 2010

JOW i bzdura bezosobowych poglądów

Wielokrotnie przy opisach ordynacji większościowej pada hasło „prawdziwego prawa Duvergera” mówiącego o tym, ze przy jednomandatowych okręgach wyborczych liczba partii politycznych zawsze dąży do dwóch. Jak większość tzw. „prawdziwych praw” tak i to hasło wzbudza mój niepokój. Pomijając logiczny błąd wielkiego kwantyfikatora, to przykład Wielkiej Brytanii pokazuje że liczba partii wcale nie musi wynosić dwie oraz, co więcej, może powstać sytuacja konieczności zawarcia klasycznej koalicji między partiami. Upada jednocześnie przy okazji główny zarzut przeciwników JOW, jakim jest niebezpieczeństwo zdominowania Sejmu przez jedno ugrupowanie, które uzyska we wszystkich okręgach 51% głosów. Chciałbym się jednak przez moment zatrzymać na kwestii idei ordynacyjnej.

Potoczna opinia mówi, że w ordynacji proporcjonalnej wybieramy poglądy, zaś w ordynacji większościowej wybieramy ludzi. 

Po pierwsze, powtórzę taką małą uwagę techniczną: jednomandatowe okręgi wyborcze nie oznaczają automatycznie ordynacji większościowej. W przypadku wprowadzenia JOW zapisana w naszej konstytucji zasada proporcjonalności wyborów do Sejmu i Senatu nie byłaby naruszona, zatem nie trzeba zmieniać konstytucji aby te nieszczęsne JOW-y wprowadzić. Zostało to ładnie przedstawione m.in. w tym artykule.

Po drugie zaś przyznam, że nie bardzo rozumiem, co mają na myśli osoby wypowiadające pogląd o wybieraniu podczas wyborów poglądów. Po to przecież jest 460 posłów, aby była różnorodność tych poglądów. W jednej sprawie dany poseł ma takie zdanie, w innej inne zdanie. Może opierać się na opiniach swoich partyjnych kolegów lub innych autorytetów, ale zawsze powinna to być suwerenna decyzja posła. Jest on człowiekiem, myślącym i odpowiedzialnym, a demokracja w teorii przynajmniej powinna zapewniać warunki dla zbiorowego podejmowania decyzji, których zdroworozsądkowość jest podzielana przez największą liczbę osób. Idea dyscypliny partyjnej niszczy demokrację, zwalniając posłów z obowiązku myślenia, z odpowiedzialności za swoje decyzje, które są wynikiem nie ich wewnętrznego przekonania lecz decyzji wąskiego grona partyjnego kierownictwa. 

***

Zastanawiam się cały czas, po co obecnie jest aż tylu posłów, skoro i tak reprezentując 4 tylko partie polityczne reprezentują 4 rodzaje poglądów? Może wystarczyłoby tylko tylu posłów ile jest partii przekraczających próg wyborczy i, podobnie jak to się dzieje w spółkach akcyjnych, osoby te miały by taki procent liczby głosów do dyspozycji, jaki procent poparcia uzyskały w wyborach? Byłoby to rozsądniejsze, oszczędniejsze i racjonalniejsze. Członkowie rządu, powoływani spośród przygotowanych do tego fachowców, byliby takimi samymi urzędnikami, jak każdy inny pracownik administracji państwowej. Czy naprawdę musimy zatrudniać tak liczną rzeszę posłów, z których żaden nie mówi tego co myśli, powtarzając frazesy zgodne z linią partii? Czy naprawdę musimy utrzymywać te spersonifikowane lecz bezwolne procentowe głosy charakterystyczne dla walnego zgromadzenia akcyjnej spółki?

A może jest tak, że dokonując wyborczych decyzji oceniamy nie poglądy, lecz ludzi właśnie i ich działania? Jeśli w latach 90-tych wróciło do władzy SLD, to czy dlatego, że społeczeństwo nagle zmieniło poglądy na „lewicowe”? Czy raczej dlatego, że było zmęczone wojną na górze poszczególnych osób z tzw. środowiska postsolidarnościowego? Może wyborcy stwierdzili, że zagłosują na ludzi, którzy może i nie są uczciwi, ale przynajmniej się nie kłócą i potrafią rządzić, bo mają w tym doświadczenie. Trudno, że PRL-owskie, ale lepsze takie niż żadne. Z tych samych powodów następnie SLD straciło władzę. Nie dlatego, że nagle wszyscy stali się zatwardziałymi katolikami i/lub liberałami, ale dlatego, że zobaczyli, że członkowie SLD okazali się ludźmi bardziej niż w najgorszych przewidywaniach tą władzę wykorzystującymi.

Zmierzam do tego, że nie ma poglądów oderwanych od ludzi; że poglądy to jedno, a konsekwencja w ich realizacji to drugie. Każdy z osobna ma jakieś poglądy i są to w przypadku jednej osoby poglądy różne w różnych kwestiach. Jeśli jestem liberałem, nie oznacza to, że odmawiam sobie prawa do krytyki wulgarności w miejscu publicznym w imię źle rozumianej tolerancji. Jeśli jestem ateistą, nie oznacza to, że był muszę być antyklerykałem. Nie podzielam w najmniejszym stopniu poglądów Marka Jurka, ale jestem pełen uznania dla formy prezentowania przez niego swoich poglądów. Jeśli wybieramy człowieka jako naszego przedstawiciela, to po pierwsze dlatego, że podzielamy przynajmniej część jego poglądów i po drugie dlatego, że wierzymy, że dochowa wierności deklarowanym ideałom i po trzecie, dlatego że wierzę, że ten konkretny człowiek jest w stanie zachować się rozsądnie w danej sytuacji. Głosując na człowieka, a nie na partię nie rezygnuję z wybierania poglądów, a otrzymuję dodatkowo możliwość decyzji o formie reprezentacji tychże poglądów.

***

Jednym z potocznych zarzutów wobec JOW, to niebezpieczeństwo zapełnienia Sejmu Stokłosami. Przyznam, że nie trafia do mnie ten argument, bo obecna ordynacja umożliwiła realizację innego scenariusza: zapełnienia Sejmu Palikotami, Niesiołowskimi, Kutzami, Kurskimi, Kaliszami i innymi. To jest ta reprezentacja poglądów społeczeństwa? Wystarczy prześledzić liczby głosów na poszczególnych kandydatów w poszczególnych okręgach, by zobaczyć, że niektórzy posłowie zwycięskiej partii weszli do Sejmu po uzyskaniu kilkuset głosów, a inni nie weszli do Sejmu po uzyskaniu kilkunastu tysięcy głosów. To ma być sprawiedliwa proporcjonalna reprezentacja społeczeństwa? Wolne żarty! JOW nie musi wyeliminować z Sejmu Palikotów czy Stokłosów, ale argument, że w przypadku wprowadzenia JOW Sejm może zostać zdominowany przez takie indywidua, to jawna obraza i dosadna manifestacja pogardy dla wyborców oraz niepoważne traktowanie demokracji. 

Głosując na człowieka głosuję także na jego poglądy. Po to jest 460 posłów, aby w Sejmie były reprezentowane różne poglądy. Prawdopodobieństwo zdobycia 100% mandatów przy 51% poparcia jest takie samo jak obecnie zdominowanie Sejmu przez bezpartyjnych. Społeczeństwo dokonuje wyboru. Teraz też jest sporo ugrupowań, które nie mają parlamentarnej reprezentacji i nikt nad tym nie płacze. 47% wyborców, którzy poszli na ostatnie wybory nie będzie miało swojego reprezentanta na urzędzie prezydenta. Czy to jest powód do podnoszenia przez kogokolwiek pomysłu zdywersyfikowania urzędu prezydenta? 

Wybierając konkretnego człowieka mamy szansę rozliczyć tego konkretnego człowieka. Jeśli obecnie uznamy, że np. taki Palikot nie spełnia naszych oczekiwań jako reprezentant narodu, nie mamy żadnej możliwości wpłynięcia na jego pozycje na partyjnej liście decydującej o obecności w Sejmie. Gdyby zaś były JOW-y, odpowiednio skonstruowana kampania mogłaby przekonać mieszkańców jego okręgu, że wstyd jest mieć takiego posła. Tym bardziej, że w rodzinnym Lublinie Palikot nie ma chyba poparcia przekraczającego 50%.

***

Jednomandatowe okręgi wyborcze to mocno dyskusyjny temat i kontrowersyjne rozwiązanie. Wbrew temu, co sądzą jego krytycy, zwolennicy JOW nie traktują tego rozwiązania jako remedium na wszelkie bolączki demokracji. Wprowadzenie JOW musiałoby być poprzedzone szeroką dyskusją na temat dodatkowych warunków i szczegółowych rozwiązań. Dotychczasowa dyskusja polega na tym, ze o JOW rozmawiają albo zdeklarowani przeciwnicy JOW w studiu, albo jego zdeklarowani zwolennicy na internetowych blogach – taka sytuacja jest parodią demokracji. Dyskusja na ten temat nie może się także odbywać w warunkach jakiejkolwiek kampanii wyborczej czy doraźnych marketingowych działań jednej partii. Grozi to kolejnym legislacyjnym i ordynacyjnym bublem, który niczego nie usprawni, a zmieni tylko prawne furtki. Szanse na wprowadzenie JOW raczej oceniam jako nikłe w ciągu najbliższych kilkunastu, jak nie kilkudziesięciu lat, jednak dyskusja powinna się toczyć, abyśmy podczas ewentualnego referendum w przyszłości mogli decydować świadomie, a nie na podstawie obiegowych stereotypów i/lub uprzedzeń.

Dlatego wydaje mi się, że wysiłek zwolenników JOW, których podobno jest niemało, powinien iść przede wszystkim właśnie w kierunku jak najszerszej popularyzacji tematu DYSKUSJI o JOW. Sami woJOWnicy powinni się być może zastanowić nad rezygnacją z budzącej opór propagandowej agitacji na rzecz wprowadzenia JOW w życie. Powinniśmy natomiast nieustannie żądać od mediów organizowania rzetelnych paneli, w których brali by udział w równych siłach zwolennicy i przeciwnicy JOW.