Pokazywanie postów oznaczonych etykietą geopolityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą geopolityka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 stycznia 2011

Wiktor na portalu

Na koniec poniedziałkowego popołudnia Wiktor otworzył główna stronę informacyjnego portalu i zdębiał. Na samej górze wielka czerwona plansza o zamachu bombowym na moskiewskim lotnisku. Nieco niżej druga informacja, że prezydent Rosji grozi NATO bronią atomową. Inne informacje o publikacjach rosyjskiej prasy na temat jakiegoś narastającego skandalu związanego z przebiegiem smoleńskiego śledztwa zbladły w podobnym stopniu co sam Wiktor. Zaczęły przelatywać mu przed okrągłymi oczami wszystkie problemy jakie czekały na swoje rozwiązanie. Zaległa wizyta u lekarza, niezapłacony rachunek za telefon, kłótnia z sąsiadem czy przecierające się na kolanach spodnie – to wszystko nagle straciło znaczenie wobec apokaliptycznych wizji nuklearnych grzybów, biblijnych powodzi, czy radioaktywnego deszczu. Niewątpliwie przyszła pora rozpoczęcia rachunku sumienia.

Jednak po pierwszym szoku Wiktor zaczął sobie przypominać inne podobne przypadki za naszą wschodnią granicą. W 1999 roku w Moskwie i Wołgodońsku wybuchły bloki mieszkalne, a w Riazaniu zatrzymano na gorącym uczynku „terrorystów”, którzy okazali się być ćwiczącymi agentami FSB. Wszędzie użyto tego samego materiału wybuchowego o nazwie heksogen, wyprodukowanego w tej samej, dającej się zidentyfikować fabryce. „Zamachy” były oczywistym dowodem na zagrożenie czeczeńskim terroryzmem i dały pretekst do drugiej wojny czeczeńskiej. Teatr na Dubrowce w 2002 roku, w którym zagazowano prawie 200 osób oraz kilkanaście innych mniejszych zamachów, podtrzymywało anty-kaukaską paranoję. Akcja odbijania zakładników w biesłańskiej szkole zakończyła się w 2004 roku masakrą ponad 320 osób. Wiktor poczuł ogarniającą go od stóp do głowy niepowstrzymaną falę głębokiego współczucia do Rosjan, zdając sobie jednocześnie sprawę, że następnych 35 zabitych, to dla uzasadnienia kolejnej, odwracającej uwagę od rosyjskiego kryzysu, wojny – dla władz tego kraju nie jest zbyt wygórowaną ceną.

Gdzie jednak teraz pójdzie główna ofensywa? Podobnie jak w przypadku smoleńskiej katastrofy, gdy już w pierwszych minutach było wiadomo to, co po 9 miesiącach potwierdziła w skrupulatnym badaniu komisja MAK, tak i tutaj już parę minut po wybuchu wiadomo było, że ślady zamachowców prowadzą do Czeczenii. Wiktora zastanowiło to niesamowite przywiązanie do zdartej już przecież całkowicie kaukaskiej płyty. W Czeczenii nie został prawie kamień na kamieniu, jej resztki pilnowane są przez, współpracujący z Moskwą, totalitarny i zbrodniczy reżim Kadyrowa. I znowu mają tam zrobić poligon dla rosyjskiej armii? A może jednak znajdą się na domodiedowskim lotnisku jakieś inne ślady? Gruziński? Albo polski? Może po to były te nuklearne groźby - w razie sytuacji, gdy Rosja będzie zmuszona interweniować w obronie swoich obywateli, niech NATO nawet nie myśli o żadnej interwencji, bo nie skończy się tak łagodnie jak w 2008 roku w Gruzji.

Wiktor próbował przygładzić swoje włosy, które pomimo sporej długości w sposób nie znoszący sprzeciwu wyprostowały się w kierunku sufitu. Poczuł także gdzieś pod skórą niepokojący dreszcz oraz nie mógł pozbyć się nieznanego wcześniej dziwnego uczucia. Powoli wstał od komputera i lekko się zataczając poszedł do łazienki. Spojrzał w lustro. Tak, nie mylił się. Włosy z sekundy na sekundę stawały się coraz bardziej białe...

piątek, 14 stycznia 2011

Zidiocenie jako metoda

Kilkadziesiąt lat temu tzw. afera Watergate doprowadziła prezydenta Stanów Zjednoczonych do ustąpienia z funkcji. Zanim to nastąpiło wszyscy podejrzani w sprawie zachowywali się dokładnie tak, jak dzisiaj zachowują się wszyscy byli „tajni współpracownicy” – zaprzeczają wszystkiemu do samego końca utrzymując, że oskarżenia to jakieś chore rojenia zwolenników spiskowych teorii dziejów. W latach 70-tych w USA znalazło się dostatecznie wielu patriotycznych ludzi, którzy mieli tyle odwagi i determinacji, że wyprowadzili prawdę na światło dzienne.

Pod względem metody spaceru w zaparte nic się nie zmieniło, udoskonalono jedynie metody dezinformacji służące zasłanianiu, wyłaniających się zza mgły pozorów, strzępów prawdy o sieciach powiazań najróżniejszych interesów. Produktem ubocznym tej nadmiarowej dezinformacji jest coraz bardziej ogłupiała rzesza ludzi, nie potrafiących odróżnić opinii od faktu, pomówienia od diagnozy, prawdy od fałszu. W tej sytuacji przyjmują oni jako swój, określony komunikacyjny paradygmat, w którym pytanie np. „czy sprawdziłeś hamulce w moim samochodzie?” jest równoznaczne ze stwierdzeniem „chcesz mnie zamordować?” Intuicja podpowiadająca absurdalność takiego znaku równości działa jeszcze tylko w odniesieniu do własnej osoby. Natomiast w wypowiedziach innych osób jest ona niedostrzegalna nawet wtedy, gdy palcem wskaże się miejsce absurdu.

Skąd ten poziom logicznego ignorowania rzeczywistości? Czy jest to efekt jakiegoś powszechnego zidiocenia Polaków, co sugerują już wprost różni publicyści i komentatorzy? Czy może jest to przejaw jakiś szerszych ogólnoświatowych tendencji? Przypomnijmy kilka faktów.

W 2008 roku społeczność międzynarodowa, nie zważając na stwarzające precedens konsekwencje dla różnego rodzaju separatystycznych dążeń, uznaje Kosowo jako niepodległe państwo. W tym samym roku Rosja, pod analogicznym pretekstem ochrony, mających przecież prawo do samostanowienia, narodów abchazkiego i osetyjskiego, najeżdża Gruzję. Oprócz werbalnego sprzeciwu, ani UE ani USA nie kiwnęły nawet palcem, by cos z tym zrobić. Wychędożonemu przez Rosjan Sarkozy’emu nie pozostało nic innego poza satysfakcją poszarpania marynarki Ławrowa. Nikt jednak nie miał zamiaru nic robić, a Rosja dostała jasne potwierdzenie, że NATO jest dostatecznie zneutralizowane wojnami w Iraku i Afganistanie. W kraju serwowano nam jednak oficjalną papkę informacyjną o wymachiwaniu szabelką nawiedzonego kurdupelka, na którego warto nasłać jedynie ślepego snajpera. Dokumenty WikiLeaks pokazały jednak wyraźnie, że wycieczka Prezydentów do Tbilisi w 2008 roku, była faktycznym powodem zatrzymania rosyjskiej ofensywy i wszyscy, ze Stanami Zjednoczonymi na czele, byli zaskoczeni stanowczością i skutecznością działania wyszydzanego kurdupelka. (Oczywiście według obowiązującej narracji przypominanie tego faktu jest efektem ulegania macierewiczowej paranoi wszechświatowego spisku, ale spokojnie… oddycham głęboko… staram się nie denerwować…)

Pod koniec 2010 roku WikiLeaks wypuściło kolejną porcję tajnych dokumentów pochodzących z amerykańskiej administracji. I podobnie jak na początku afery Watergate – nie był to efekt dziurawych systemów bezpieczeństwa, albo wadliwości procedur bezpieczeństwa, czy też efekt zdrady jakiegoś urzędnika bądź grupy urzędników. Nie! To jest wina szefa WikiLeaks, który opublikował tajne dokumenty innego państwa!!! Assange'a trzeba zamknąć do więzienia, by nie szkodził światowemu ładowi. Zamknąć jednak nie za ujawnienie informacji, bo nie obowiązywała go przecież żadna tajemnica, a za to, że pękła mu guma podczas nocnych igraszek. Czyż w takim razie w aferze Rywina głównym winnym nie jest Michnik, który zgodził się (co prawda po pół roku „dziennikarskiego śledztwa”) na opublikowanie transkrypcji nagrań? Czyż nie należałoby go wsadzić do wiezienia? Za cokolwiek, co by się tam znalazło, jakby dobrze poszukać. Brak konsekwencji? Absurd? Nieważne! Ważne, że świat to kupuje.

Zastanawiam się całkiem poważnie, czy to „powszechne zidiocenie”, którego przejawem jest bezkrytyczne przyjmowanie wszelkiego rodzaju dyrdymałów, nie jest bardzo racjonalnym wyjściem z sytuacji? Trzeba nieustannego i niemałego natężenia uwagi, by nadążyć za piętrowymi konstrukcjami zorganizowanego kłamstwa. Trzeba sporo zimnej krwi, by móc funkcjonować w świecie, w którym wszystkie dotąd spajające społeczność wartości, takie jak uczciwość, prawda, honor straciły ewidentnie znaczenie. Niczym w czasach rewolucji, zostały zawieszone na kołku. Możesz przy nich trwać i zginiesz, albo będziesz mocno poturbowany, jak Cezary Baryka w Baku. Możesz natomiast spróbować się dostosować i wtopić w tłum udając, że kupujesz wszystko, co ci podają na medialnej tacy. Jak to zrobić skutecznie? Jak się nie zapomnieć i nie chlapnąć gdzieś przy kimś prawdy? Jedynym sposobem jest uwierzyć, że to jest rzeczywistość. Jak szpieg-śpioch, należy myśleć, marzyć, śnić nawet w innym języku. Tylko wtedy w miarę bezpiecznie i niewielkim psychicznym kosztem jesteśmy w stanie przetrwać w obcym środowisku.

Idąc tym tropem, być może polskie społeczeństwo nie jest takie głupie dostosowując się do tej światowej sytuacji powszechnego kłamstwa, fałszu, hipokryzji i odwracania kota ogonem. Być może zdajemy sobie zbiorowo sprawę, że porywanie się z motyką na słońce, czy też z kopią na wiatraki, jest z góry skazane na porażkę. Jeśli natomiast będziemy podskakiwać, skończymy jak nasz Prezydent. Nie zdziwię się, jeśli w sondażach w najbliższej przyszłości będzie rosło nie tylko poparcie dla partii rządzącej, ale również rosło będzie zaufanie do Rosjan. Jak nie można wroga pokonać, to trzeba go pokochać. Jak nie ma się warunków do obrony, to być może trzeba polubić to upadające na podłogę mydło…

Charakter polsko-rosyjskich relacji, które ostatnio możemy obserwować najtrafniej opisał swego czasu Andrzej Waligórski:

Raz ordynarny niedźwiedź kucnąwszy na łące
W dość niewybredny sposób podtarł się zającem.
Zając się potem żonie chwalił po obiedzie:
- Wiesz stara, nawiązałem współpracę z niedźwiedziem!


Można poddać pod dyskusje prowokacyjną hipotezę, że Tusk i jego ferajna z premedytacja zgodzili się ten charakter stosunków. Polacy dość się nacierpieli w XIX i XX wieku. Ktoś zauważył, że tuż po 10 kwietnia cała przestrzeń powietrzna nad północną i środkową Europą została wyczyszczona, pod pozorem wybuchu wulkanu. NATO być może szykowało się do ataku, albo do odparcia ataku. Działania polskiego rządu poszły jednak w innym kierunku: olewamy prestiż, olewamy honor, idziemy drogą Francji z czasów drugiej wojny światowej. Jesteśmy za słabi zarówno samodzielnie, jak i ze wsparciem związanego Irakiem i Afganistanem NATO. Nie będziemy szli drogą Gruzji, bo skończy się to utrata z takim trudem odbudowywanej infrastruktury. Tym bardziej, że dzięki ministrowi Klichowi nie mamy już praktycznie całego dowództwa armii.

Zatem z pełną świadomością wizerunkowych i prestiżowych strat zajmijmy się rozbudową własnego ogródka. Nadchodząca druga fala kryzysu jest bez znaczenia – w tym paradygmacie nie ma miejsca na niewygodne okoliczności, jest miejsce jedynie na płynną narrację bajki o teraźniejszości. Poza tym kryzys potrwa kilka lat, a my tu mówimy o co najmniej dwu pokoleniach. Wtedy być może wrócimy do międzynarodowej gry, ale najpierw musimy się nieco odkuć. Czy ktokolwiek wypomina dziś Francji, że tak szybko się poddała w 1940 roku, a duża część społeczeństwa spolegliwie współpracowała z Niemcami przy wywożeniu Żydów do Auschwitz? Dziś Paryż w dalszym ciągu zachwyca cały świat, a dawną świetność niepokonanego Paryża Wschodu z trudem można dostrzec w kamienicach na Lwowskiej czy Nowogrodzkiej.

I tylko gdzieś na dnie głębokich pokładów pradawnych fantazmatów wyssanych z mlekiem matki czai się pytanie: czy nadszarpnięta przyzwoitość może się odrodzić? Czy franca koniunkturalnej konformistycznej prostytucji jest uleczalna? Czy będziemy pamiętać jakimi jesteśmy ludźmi, gdy warunki się zmienią? Czy będziemy potrafili wychować dzieci z Wrześni? Czesi wytrzymali bez państwa prawie 800 lat. Polacy trwali 200 lat. Trzeba być dobrej myśli. Bo cóż innego nam pozostaje?

z bloga Niewolnika... ;-)

wtorek, 21 grudnia 2010

Jaka Białoruś jest potrzebna Polsce?

„To, co ostatnio Polska zrobiła dla Białorusi, warte jest każdych pieniędzy” - stwierdził Łukaszenka podczas powyborczej konferencji prasowej w Mińsku. Zdaniem Łukaszenki, "Polska zrozumiała, co to jest Białoruś i dlaczego Białoruś potrzebna jest Polsce. Jestem przekonany, że jeśli Polska będzie prowadziła taką politykę, jak przez ostatnie trzy miesiące, to czeka nas świetlana przyszłość i będą tylko pozytywne efekty tej współpracy". Taką informację podał wczoraj portal Gazeta.pl.

Ta wypowiedź Łukaszenki rzuca ciekawe światło na geopolityczną układankę, którą swego czasu opisywałem tutaj. Po ataku na Gruzję następnym idealnym kandydatem rosyjskiej agresji mogłaby być właśnie Białoruś. Dyktator zerwał się bowiem z uwięzi i wierzga. Rosja zamiast przybliżać się do Zachodu ma kolejne państwo buforowe, które musi dyscyplinować poprzez dywersyfikację kanałów dostaw surowców energetycznych. Jednak realny atak jest z różnych względów kompletnie nieopłacalny. Poza oczywistymi kosztami politycznymi dodatkowym argumentem jest białoruska armia, która nie ma wiele wspólnego z praktycznie nieistniejącą armią gruzińską.

Co można w tej sytuacji zrobić? Rosjanie od dłuższego czasu poszukują zastępstwa dla Łukaszenki i mają z tym spory problem. Dyktator okazał się być niezwykle skuteczny w anihilacji jakiejkolwiek realnej opozycji. Jak trzeba to zdelegalizuje, jak trzeba to podzieli, a jak trzeba to i przywali, jak zrobił to ostatnio tuż po wyborach. Kłopot z zaistnieniem charyzmatycznego opozycjonisty ma nie tylko Zachód. Rosja natomiast wie, że jakikolwiek białoruski kandydat, wobec gospodarczego uzależnienia, zmuszony będzie do współpracy z Rosją.

Czas gra na niekorzyść Rosji, która zdaje sobie sprawę, że Zachód zwęszył pismo nosem i będzie próbował wykorzystać ochłodzenie miedzy Mińskiem i Moskwą do stworzenia gospodarczych nitek wiążących struktury w tym kierunku. Stąd taka a nie inna polityka wobec Łukaszenki, którego wschodni konflikt stwarza szansę na przejęcie inicjatywy. Stąd ucięcie realnej pomocy finansowej dla sił opozycyjnych.

Mińskie rozruchy stawiają właśnie Zachód w niezręcznej sytuacji, w której nie może on nie zareagować. Cała polityka zbliżenia Białorusi z UE staje pod znakiem zapytania. Słowa Łukaszenki na konferencji prasowej zdają się sugerować, że za ewentualnym kolorowym miasteczkiem mogły stać siły moskiewskie, a zachodnie zbliżenie leży jak najbardziej w sferze jego zainteresowań, ambicji i możliwości.

środa, 8 grudnia 2010

Larry Flynt w wersji zaawansowanej

Czekam, czekam i doczekać się nie mogę. Kiedy wreszcie ktoś zauważy kuriozalność zarzucania Julianowi Assange łamania prawa poprzez publikowanie tajnych dokumentów? Czy tylko jeden Dan Gillmor dostrzega problem, czy też pozostali dziennikarze tak boją się zadzierać z wszechpotężnym systemem światowej władzy, że autocenzurują swoje opinie? A może po prostu totalitaryzm informacyjny przybrał na tyle skuteczną formę, że jest po prostu przezroczysty dla przedstawicieli czwartej władzy, która zrezygnowała z funkcji kontrolnych na rzecz legitymizacji wszelkiej władzy?

Kto łamie prawo? Urzędnik dostarczając dziennikarzowi tajny dokument? Czy też dziennikarz, który taki dokument podaje do publicznej wiadomości? Jeśli, jak w przypadku Assagne, przyjmiemy, że prawdziwa jest ta druga odpowiedź, to zanegujemy legalność każdego dziennikarskiego śledztwa.

W przypadku katastrofy smoleńskiej, w kontekście „ocieplenia stosunków polsko-rosyjskich”, taka interpretacja jest w pewien sposób zrozumiała. Jest skandaliczna, nie do przyjęcia, ale można rozumieć zależnościowe uwarunkowania rezygnującego z suwerenności kraju, w którym dziennikarze są funkcjonariuszami establishmentu. Natomiast przyjmowanie takiej interpretacji przez całą Zachodnią cywilizację, nie tylko przez rządy, ale również pozornie wolne gospodarcze podmioty jest przerażającym dowodem na totalitarność korporacyjnego systemu, w którym nie ma miejsca na różnice poglądów. Został ujawniony dramatyczny stan wielowątkowego uwikłania, które abstrahując od naczelnych wartości zachodniej cywilizacji de facto zamyka pewien etap rozwoju tej Kultury.

Rząd Australii stwierdza jeszcze w listopadzie, że nie tylko nie udzieli swojemu obywatelowi żadnej pomocy, ale jeszcze sprawdza, do naruszenia jakich paragrafów mogło dojść w przypadku szefa WikiLeaks oraz rozważa też prośbę władz Stanów Zjednoczonych o unieważnienie jego paszportu. Systemy rozliczeń finansowych Visa i MasterCard odmówiły obsługi Wikileaks. Wcześniej tak samo postąpił system PayPal. Wikileaks musi też cały czas zmieniać serwery i domeny. To ma zasięg globalny i obliczone jest na uniemożliwienie funkcjonowania portalu, który ujawnia niekompetencje światowych rządów m.in. w kwestii zabezpieczeń. Jeśli bowiem prywatna osoba jest w stanie dotrzeć do tak tajnych dokumentów, to czy ktoś jeszcze wierzy, że jakiekolwiek służby wywiadowcze maja z tym problem?

Ostatnie zmiany stanowisk, nieco krzepią. Australijski rząd chyba zdał sobie sprawę, jakie znaczenie mają jego wcześniejsze deklaracje i dość szybko poszedł po rozum do głowy uznając, że winę za ujawnienie amerykańskich poufnych depesz dyplomatycznych ponoszą Stany Zjednoczone, a nie założyciel portalu Wikileaks Julian Assange oraz że odpowiedzialni prawnie są za to ludzie, od których pochodził przeciek. Jednak mleko się rozlało i widać już wyraźnie, że rząd chiński nie jest jedynym, który chce kontrolować i kontroluje informację. Jakiekolwiek nawoływania do przestrzegania wartości takich jak wolność, czy prawa jednostki straciły po sprawie Assagne’a moralne umocowanie.

Milos Forman nakręcił film o historii człowieka, który wygrał batalię o wolność słowa, umożliwiającą mu drukowanie i dystrybucje pornografii. Dzisiaj mamy nowego Lary Flinta, tylko z dużo istotniejszym problemem. To nie jest walka o WikiLeaks. To jest walka o podstawy zachodniej cywilizacji.

wtorek, 19 października 2010

Pojedynek na miny

W sierpniu 2008 roku wojnę w Gruzji widziałem jako rosyjski test użycia militarnego argumentu w polityce zagranicznej. Test całkowicie oblany przez społeczność międzynarodową, którego wynik daje zielone światło do agresywnych działań także w innych regionach globu. Po dwóch latach ocena impotencji wielkich organizacji międzynarodowych się nie zmieniła, natomiast analiza interesów może dawać inny ciekawy obraz regionu euroazjatyckiego. Trudno jest zrozumieć to, co się dzieje także w Polsce bez zrozumienia jak widzą swoje interesy poszczególni aktorzy geopolitycznej sceny. Pozwólmy sobie zatem na chwilę relaksu i pofantazjujmy trochę na temat interesów dwóch naszych największych sąsiadów.

1) Rosja się rozpada.

Postępująca degeneracja rosyjskiego organizmu państwowego jest dość szeroko znanym faktem. Od lat nieremontowana infrastruktura rozpada się na naszych oczach skutkując coraz poważniejszymi awariami, z których dowiadujemy się tylko o największych w rodzaju katastrofy w Sajano-Szuszeńskiej Elektrowni Wodnej na syberyjskim Jeniseju. Brak jest jakichkolwiek większych inwestycji poza budowaniem surowcowych linii przesyłowych oraz poszukiwaniem nowych złóż. Polityka personalna sprawia, że nikt z namaszczonych przez Kreml wielkich oligarchów nie myśli o poważniejszych inwestycjach i remontach, bo przykład Chodorkowskiego jest nadto wymowny. Skorumpowane społeczeństwo jest coraz bardziej zatomizowane. Dziennikarze ujawniający niewygodne fakty są likwidowani, co nie działa korzystnie na obywatelską odwagę. Służbom bezpieczeństwa nadaje się większe uprawnienia niż miało KGB, a milicja nie jest w stanie zrobić nic innego niż brać łapówki i haracze. Zdesperowani Rosjanie biorą sprawiedliwość we własne ręce i z bronią idą do lasu. Piją także na potęgę, co odbija się zarówno w długości życia jak i w katastrofalnie ujemnym przyroście naturalnym.

Co ciekawe, obecne rosyjskie władze wydają się w dalszym ciągu stosować politykę Stalina, który nie liczył się zupełnie z materiałem ludzkim, podporządkowując wszystko realizacji imperialnych celów politycznych. W przeciwieństwie do Stalina jednak, Putin nie uruchamia żadnych nowych "sztandarowych budów socjalizmu". Zamiast tego mamy propagandowe pokazówki w rodzaju osobistego sprawdzania w batyskafie, że na dnie Bajkału nie stwierdzono żadnych zanieczyszczeń, czy ratowania dziennikarzy przed szalonym tygrysem. Troska o ekologię nie idzie jednak w parze z troską o wyjaśnianie przyczyn różnych katastrof w celu ich neutralizacji w przyszłości. Przyczyny katastrofy Kurska pozostaną nieznane, podobnie jak przyczyny zaskakująco wielu katastrof samolotowych na terenie Rosji. Wszak jednakowe we wszystkich przypadkach wytłumaczenie, że zawinił pilot, mechanik, kucharz jest wygodne dla umarzających sprawę organów ścigania, ale pozostaje mało wiarygodne nawet dla przeciętnie inteligentnego obserwatora. Przygoda dzieci z biesłańskiej szkoły także nie pomaga w budowaniu zaufania do rosyjskich służb bezpieczeństwa, a liczne akty terrorystyczne, jak atak na Dubrowce, czy wysadzenie bloków na moskiewskim osiedlu podtrzymuje atmosferę zagrożenia uzasadniając milicyjne restrykcje i włączając Rosję do grona państw „walczących z terroryzmem”.

Rosyjscy politycy najwyższego szczebla nie myślą o modernizacji kraju, powtarzając znaną także u nas mantrę, że rosyjskie społeczeństwo potrzebuje silnej władzy, zaś zachodnie demokratyczne standardy są mu po prostu obce. Różnice kulturowe mają uzasadniać obcokrajowcom unikalne zjawisko homo sovieticus. Zatomizowane, nie ufające nikomu społeczeństwo jest w stanie zintegrować jedynie wizja powszechnego zewnętrznego zagrożenia oraz odziedziczony w spadku po ZSRR i czasach carskich mit Wielkiej Rosji. Rosyjski imperializm jest ostatnim powodem do dumy dla Rosjan, których patriotyzm każe wiernie czekać na czasy, gdy odpowiedni ludzie znajdą się wreszcie na odpowiednich miejscach. Jak w czasach socjalizmu: idea jest dobra, tylko ludzie nie dorośli. Wódz nieustannie myśli o swoich dzieciach, tylko ci cholerni urzędnicy ciągle nawalają. Dlatego rezygnując z technologicznej modernizacji rosyjskie władze nie mogą pozwolić sobie na rezygnację z wojennej retoryki. Poczucie zagrożenia przez zewnętrznych i wewnętrznych wrogów oprócz integracji społecznej jest także świetnym wytłumaczeniem dla katastrofalnego stanu gospodarki. Jak można cokolwiek zrobić, jak ciągle atakują naszych? Ale my im pokażemy gdzie ich miejsce. Dlatego wybuchają moskiewskie bloki mieszkalne i dlatego trzeba było upokorzyć Gruzję.

2. Niemiecka hegemonia.

Analitycy coraz częściej zauważają niemieckie dążenie do europejskiej hegemonii. Złośliwi pozwalają sobie nawet na daleko idące żarty, że Unia Europejska to faktyczna realizacja hitlerowskiego planu Europy zjednoczonej wokół Wielkich Niemiec. Traktat lizboński otwarcie nazywany jest absolutnym majstersztykiem niemieckiej polityki – przyznaje on bowiem z mocy prawa najważniejszą rolę w Unii Niemcom. Warto z tej perspektywy spojrzeć na poczynania tego kraju w ostatnich latach.

Z bardzo wielu różnych powodów Rosja jest strategicznym partnerem Niemiec. Rosja stanowi potężny rynek zbytu dla niemieckich technologii oraz jest niewyczerpanym źródłem surowców nie tylko energetycznych. W interesie Niemiec leży jednak słaba Rosja, której rola sprowadza się do surowcowego zaplecza. Rosja zmodernizowana byłaby niebezpiecznym konkurentem, co w połączeniu z imperialnymi ambicjami tworzyłoby bardzo niebezpieczną mieszankę. Rosja natomiast potrzebuje sojusznika w Europie, zwłaszcza w sytuacji gdy na dalekim wschodzie Chiny podniosły zdecydowanie głowę, a w Azji Centralnej byłe sowieckie republiki wykorzystują wojnę w Afganistanie do żonglowania sojuszami. Ukraina pomimo olbrzymiej "mniejszości" rosyjskiej stara się prowadzić własną niezależną politykę, bowiem ukraińscy Rosjanie doskonale rozumieją, że ich interesy będą lepiej zabezpieczone w ramach państwa ukraińskiego niż w dręczonej patologiami Rosji. Natomiast Republika Federalna traktowana jest jako najważniejszy sojusznik zarówno w Waszyngtonie, Paryżu, Warszawie jak i przede wszystkim w Moskwie. Jak zauważa Rokita, Premier Putin nawet nie stara się ukryć swoich marzeń o tym, aby „dwa wielkie historyczne narody” – Rosjanie i Niemcy – stworzyły polityczne fundamenty nowego europejskiego porządku.

Niemcy są jednak mocno obciążone wizerunkowo i nie mogą sobie pozwolić na otwarte i jawne działania hegemona. Jak zatem ma wyglądać sprawowanie przez Berlin tej „subtelnej europejskiej hegemonii”? Niemcy będą po prostu umiejętnie wykorzystywali traktat lizboński, którego są głównymi inicjatorami. – Mniej więcej do roku 2020 nastąpi przekazanie spraw zagranicznych i obronności pod wspólną europejską kuratelę. Dzięki umiejętnemu wykorzystywaniu swojej pozycji największego unijnego płatnika i obsadzeniu swoimi ludźmi kluczowych unijnych stanowisk będą miały decydujący wpływ na poczynania UE – analizuje Gunther Hellmann, badacz przyszłości niemieckiej polityki zagranicznej na Uniwersytetu Goethego we Frankfurcie nad Menem. Oczywiście berliński hegemon nikomu nie będzie niczego otwarcie narzucać. – Niemcy zdają sobie sprawę, że otwarte dążenie do dominacji doprowadziło do wybuchu obu wojen światowych. Z kolei okres powojennego zaangażowania w integrację europejską i powściągliwość przyniosły krajowi dobrobyt i polityczną wiarygodność. Sprawdzonych sposobów nie zmienia się przecież bez potrzeby – uważa berliński publicysta Michael Stuermer. Powyższe fragmenty przytoczone za Dziennikiem pokazują, że mimo wszystko wypuszczane są co jakiś czas kontrolne baloniki sprawdzające poziom społecznej wrażliwości na zarysowane zjawisko. Pomimo wojennego doświadczenia pierwszej połowy XX w. mam wrażenie, że hegemoniczna rola Niemiec przyjmowana jest raczej jako pewien rodzaj naturalnej kolei rzeczy niż sytuacja zagrożenia.

Mimo wszystko Berlin musi za wszelką cenę odwracać uwagę od głównego celu i kierować ją w inną stronę. Dlatego nieustannie podtrzymywane jest poczucie rosyjskiego zagrożenia. Zarówno w celu tworzenia pretekstów do wewnątrzeuropejskich sojuszy, jak i przede wszystkim w celu odwrócenia uwagi od budowania hegemonicznej roli Niemiec w Zjednoczonej Europie. Europa przedstawiając Rosję jako nieobliczalny kraj zdolny do każdej niegodziwości, wycina konkurencyjne integracyjne narracje oraz zacieśnia więzy, budując z kolei w samej Rosji wrażenie, iż tylko Niemcy, ze swoim historycznym bagażem i racjonalnym podejściem są w stanie zrozumieć rosyjskie stanowisko. Jak relacjonuje Staniszkis, "Niemcy z fundacji Adenauera mówili mi: – Tusk, może w sposób kosztowny dla was, dla waszej godności, realizuje pewną linię Merkel, która równocześnie skonsolidowała udziały państwa w tych firmach, które współpracują z Rosją, ale nie chce, żeby coraz bardziej zatomizowane społeczeństwo rosyjskie reanimować. Każdy konflikt mógłby na nowo skonsolidować Putina z Miedwiediewem, którzy walczą na noże o przyszłą prezydenturę. A chodzi o coś odwrotnego. Usypianie i otoczenie Rosji, przyspieszanie jej rozmontowania. Rosja jest pojęciowo, technicznie, instytucjonalnie w stanie rozpadu. Oczywiście to ma poważne konsekwencje także dlatego, że np. Ukraina nie jest integrowana, bo Zachód, widząc nieuchronny konflikt z Rosją w jakiejś fazie, spodziewając się, że tam dojdzie w niedalekiej przyszłości do rządów wojskowych, żeby tę sytuację opanować, mówi: nie integrujemy Ukrainy, bo nie będziemy w stanie jej obronić. Taka jest normalna dyskusja fachowców o Rosji." Aby zapewnić skuteczność tej narracji rosyjskiego zagrożenia, musi być ona prowadzona na zewnątrz Niemiec, by ci mogli grać rolę rzeczowego rozjemcy i mediatora.

W tym ujęciu niechęć do ukraińskiej integracji z Europą ma bardzo racjonalne podstawy, ale czynnik opisywany przez Staniszkis nie jest jedyny. Ukraina w strukturach europejskich niechybnie zawiązałaby sojusz z Polską, bo mamy bardzo zbieżne cele i interesy. Samo w sobie byłoby to już dużym zagrożeniem dla planów zarówno hegemonicznych Niemiec jak i imperialnej Rosji. Przeciwdziałanie powstaniu takiego "jagiellońskiego" sojuszu jest wspólnym strategicznym celem opisywanych partnerów. Stąd doprowadzanie do kuriozalnych kryzysów gazowych z jednej i punktowanie prawnych i politycznych niedociągnięć Ukrainy z drugiej strony.

3. Otaczanie Rosji - czy konflikt jest nieunikniony?

Niemiecka frustracja po I wojnie światowej była jednym z czynników, które w wyniku skomplikowanych procesów doprowadziły do wybuchu II wojny światowej. Staniszkis zauważa, że "USA i Unia prowadzą bardzo systematyczną politykę okrążania Rosji. To, co się dzieje na centralnym Kaukazie, nowa sytuacja Gruzji, nowa sytuacja Grupy Szanghajskiej mogącej ewentualnie zastąpić NATO w Afganistanie i ostre negocjowanie z Rosją przez podmioty gospodarcze, np. o współwłasność złóż, jest tego wyrazem. Na Ukrainie głównym aktorem UE jest konsorcjum gazowe, widać więc, że UE już rezygnuje z całej dekoracji politycznej." W tym ujęciu także Turcja jawi się jako pośrednik i łącznik z tureckojęzycznymi krajami Azji Centralnej, które z kolei cały czas szukają swojej drogi i sposobu wyjścia z gospodarczego uzależnienia od rosyjskich kanałów transportowych dla surowców energetycznych. Chiny także nie zasypiają gruszek w popiele kolonizując wyludniające się syberyjskie miasta i lasy. To z kolei jest potwierdzeniem dla rosyjskich fobii i w gruncie rzeczy nie da się już rozpoznać, czy otaczanie Rosji bardziej jest efektem wrogich intencji sąsiadów, czy też jest bardziej zasłoną dymną putinowskiej propagandy mającej ukryć realne słabości tego kolosa na glinianych nogach. Ciągle żywa jest także frustracja spowodowana rozpadem ZSRR i upadkiem imperialnej roli Rosji jako opozycyjnego wobec USA bieguna podzielonego świata. Dlatego nie należy bagatelizować militarnych incydentów, które teraz i w przyszłości oprócz dyscyplinowania krnąbrnych sąsiadów będą potwierdzaniem mocarstwowych ambicji Rosjan.

Pytanie, które po Gruzji wisi ciągle w powietrzu, czyli "kto następny?", jest cały czas otwarte. Wobec całkowitej bierności Zachodu, Rosja nie ma żadnych powodów, żeby zrezygnować ze stosowania tego instrumentu w polityce zagranicznej. W zasadzie pytanie nie brzmi czy, ale kiedy i kogo zaatakuje Rosja. Polityczne, militarne i gospodarcze otaczanie Rosji jest faktem. Chiny wybudowały i cały czas budują dalsze rurociągi z Kazachstanu omijające Rosję. W ramach Szanghajskiej Organizacji Współpracy Rosja dostała przy okazji gruzińskiego konfliktu delikatny policzek, gdy żadne z państw należących do Grupy nie uznało niepodległości Osetii i Abchazji. Ujawnione podczas tego konfliktu słabości militarne rosyjskiej armii spowodowały w końcu aktywne działania modernizacyjne. Jasne jest bowiem, że Zachód nie zareaguje, ale jasne także się stało, że Rosja nie musi poradzić sobie z poważniejszym przeciwnikiem, dlatego myśląc poważnie o instrumencie siłowym, trzeba go dość pilnie unowocześnić.

Jak otwarcie przyznają cytowani przez Staniszkis niemieccy eksperci, polityka otaczania i osaczania Rosji, w oczekiwaniu na spowodowany gospodarczą degeneracją rozpad, jest nieoficjalną, ale niespecjalnie ukrywaną doktryną w podejściu do tego kraju. Nic dziwnego, że Rosja czuje się zagrożona. Wielkie państwo z wymierającym społeczeństwem i sypiącą się gospodarką leży między kowadłem mocarstwowych ambicji a młotem fatalnego międzynarodowego PR-u. Zdaje sobie sprawę, że tylko uległość jest w stanie ten wizerunek ocieplić, ale na uległość nie może i nie chce sobie pozwolić. Pozostaje jej zatem granie roli narzuconej przez historię i światową opinię publiczną.

Dla Niemców w Europie to idealna sytuacja. Rosyjskie zagrożenie barbarzyństwem oraz obrona zachodniej cywilizacji pod kulturowym przewodnictwem Niemiec jest starą śpiewką, odgrzewanym kotletem, na który "światła" Europa ciągle daje się nabierać. Niemiecki protekcjonizm naruszający idee solidarności unijnej, ujawnił się podczas kryzysu, gdy bez żenady przyznawano kolosalną pomoc niemieckim zakładom przemysłowym. Bałtycka rura podobnie narusza zasadę solidarności energetycznej, a były kanclerz również bez żenady zostaje członkiem rady nadzorczej NordStream-u. Nikomu to jednak nie przeszkadza, bo przecież zagrożeniem dla Europy jest dzika Rosja, a nie leżące w centrum kulturalne Niemcy. Dezinformacja, manipulacja, propaganda i odwracanie uwagi to kolejna płaszczyzna niemiecko-rosyjskiego sojuszu interesów. Istniejąca od czasów Zimnej Wojny siatka rosyjskich agentów wpływu, rozsiana po całej Europie nie próżnuje. Pytanie jednak czy w dalszym ciągu są to agenci rosyjscy? Mimo wszystko lekcja została odrobiona i dlatego udaje się kierować uwagę opinii publicznej na żonę Sarko, czy proszki Kaczyńskiego, zamiast na analizę interesów poszczególnych krajów.

4. Reasumując te pobieżne i powierzchowne political-fiction.

Rosja politycznie broni się przed okrążeniem, rozbijając wszelkie możliwe koalicje typu Partnerstwo Wschodnie itp. Wszelkie akcje militarne mają na celu utrzymanie armii w stanie gotowości, podtrzymanie mitu Wielkiej Rosji, integrację wewnętrzną poprzez wytwarzanie poczucia konieczności silnej władzy w warunkach politycznego kryzysu. Stan gospodarczy jest w takiej sytuacji przedstawiany własnemu społeczeństwu jako efekt zewnętrznego osaczenia, a nie wewnętrznej indolencji.

Niemcy także realizują politykę imperialną. Podtrzymując mit rosyjskiego zagrożenia odwracają uwagę od procesu realizacji idei Wielkich Niemiec. W przeciwieństwie do Rosjan jednak, strefy wpływów budowane są nie na jawnej płaszczyźnie politycznej tylko poprzez sieci biznesowe. Podobnie jak w przypadku Rosji starają się neutralizować wszelkie możliwe koalicje, w których nie mają znaczącego głosu i które mogłyby prowadzić własną, niezależną od niemieckich interesów politykę.

Sojusz niemiecko-rosyjski - Rosja stanowi gigantyczny rynek zbytu dla niemieckiej technologii oraz źródło surowców. W interesie Niemiec leży słaba Rosja. Rosja broni się przez atak, w ten sposób dodatkowo integrując się wewnętrznie. Cele Niemiec to osłabianie sąsiadów, by nie mieć przeszkód dla niemieckiego protekcjonizmu oraz zabezpieczanie rynków zbytu poprzez niszczenie konkurencji = ekspansja. Cele Rosji to walka z wewnętrznym rozkładem oraz wewnętrzna integracja poprzez imperialną politykę zagraniczną = Rosja.

Można, a nawet trzeba wziąć pod uwagę możliwość, że w tym geopolitycznym uścisku to Niemcy są faktycznym, choć cichym agresorem, podczas gdy Rosja miota się bezsilnie, jak topielec w gęstym bagnie. W tym ujęciu słowa Karaganowa nie muszą brzmieć jak próba politycznego przejęcia Europy, ale jak rozpaczliwe wołanie o pomoc.

niedziela, 10 października 2010

Chaos i destabilizacja? Taki jest plan.

"Zespół Parlamentarny Ds. Zbadania Przyczyn Katastrofy TU-154 M z 10 kwietnia 2010r. uzyskał informacje wskazujące, że w kluczowych dla wyjaśnienia tej tragedii sprawach rząd Donalda Tuska dysponuje dowodami podważającymi wersję podawaną do wiadomości opinii publicznej. Dowody te są ukrywane." - napisał Antonii Macierewicz na portalu Niezalezna.pl. Po czym ujawnia część z tych informacji. Oczekiwałbym, że taka publikacja zostanie jakoś sensownie skomentowana przez odpowiednie organa. Sensownie to znaczy albo a) osoby odpowiedzialne za ukrycie tych informacji podadzą sensowne wytłumaczenie takiej decyzji, albo b) zostaną przedstawione inne dowody dyskredytujące i/lub wyjaśniające podane informacje, albo c) zostanie podana informacja, że poseł skłamał, za czym powinno pójść uruchomienie jakiejś procedury sankcyjnej: pozew wobec portalu za oszczerstwo i kłamstwo, oddanie sprawy do Komisji Etyki Poselskiej albo coś w tym guście. Co natomiast mamy w tym przypadku?

Poseł Niesiołowski wysyła Macierewicza do psychologa w celu zbadania jego poczytalności. Zaś minister Sikorski w odpowiedzi na zaproszenie na posiedzenie komisji stwierdza, że zespół "nie może wiążąco wzywać ministrów" i dodał parę słów uzasadnienia: "Wiedząc, że moje słowa zostaną właściwie odczytane, biorąc pod uwagę kapitał sympatii, którą Pana niezmiennie darzę, dodam, że pana działalność w zespole wydaje się przybierać charakter polityczny. W rezultacie rodzi podejrzenia, że służyć będzie nakręcaniu spirali podejrzliwości i uwiarygodnieniu absurdalnych teorii spiskowych raczej, niż obiektywnemu wyjaśnieniu katastrofy. Ze smutkiem stwierdzam, że istnieje możliwość, że ustalenia zespołu nie będą powszechnie odebrane jako całkowicie wiarygodne". Tak. Właściwie odczytujemy Pana słowa, Panie Ministrze. W odpowiedzi na fakty, zamiast kontrfaktów mamy zapoznany już doskonale festiwal oskarżeń, ocen i insynuacji bez cienia uzasadnienia. Znakomicie.

Inny poseł, którego nikt dotąd na badania psychiatryczne nie wysyłał, po czterech miesiącach otrzymał odpowiedź na interpelacje poselskie na które to odpowiedzi regulamin przewiduje maksymalnie trzy tygodnie. W odpowiedzi na proste pytania o oczywiste dosyć fakty, które sprawdzić jest bardzo łatwo, poseł Polaczek dostał od szefa MSWiA Jerzego Millera następującą informację: "Wszystkie istotne kwestie mające związek z okolicznościami katastrofy samolotu Tu-154M o numerze 101 w dniu 10 kwietnia 2010 roku zostaną umieszczone w raporcie końcowym Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego, który będzie zawierał również analizy i wypracowane w toku prac badawczych zalecenia profilaktyczne". Świetnie. Mamy albo inwektywy i kpiny, albo brak odpowiedzi. "Powiedziałbym komedia, gdyby rzecz nie dotyczyła tragedii" – skomentował sprawę Polaczek, dodając, że możliwości prawne w zmuszeniu resortu do odpowiedzi "są niewielkie, bo regulamin Sejmu nie przewiduje konsekwencji za brak odpowiedzi, a tak traktuję stanowisko szefa MSWiA".

Zaś w weekendowej Rzepie wywiad z Władimirem Kirijanowem, który nie jest niczym innym jak kolejną prowokacją. Obserwując sytuację międzynarodową można bowiem dostrzec między wierszami, że polsko-rosyjskie pojednanie nie leży w rosyjskim interesie. Nie ma bardziej niebezpiecznej sytuacji niż silna Polska czy inicjatywa Partnerstwa Wschodniego. Sojusz między Polską i Ukrainą, wzmocniony o kraje nadbałtyckie, Słowację i Węgry, a w przyszłości być może i Białoruś, jest ostatnią rzeczą potrzebną coraz bardziej okrążonej i słabej Rosji. Co więcej, inicjatywa ta jest także niebezpieczna dla Niemiec, których pozycja znacznie by spadła. W interesie obu naszych wielkich sąsiadów jest Polska skłócona i podzielona bieżącymi wewnętrznymi sporami, zajęta sobą, nie wychylająca głowy poza własną miedzę. Ukraina, która realizuje mimo wszystko w miarę autonomiczną politykę nie może mieć takiego sprzymierzeńca jak Polska.

Chaotyczna i niestabilna Polska jest potrzebna Rosji z kilku powodów. W relacjach z Niemcami jest uzasadnieniem dla realizacji polityki ponad głową tego chorego narodu. W relacjach z Ukrainą jest uzasadnieniem dla silnego sojuszu z Rosją: Ukraina nie ma czego szukać na Zachodzie, bo tam są ci polscy nieprzewidywalni pieniacze i wariaci. To Rosja jest ostoją stabilności. Dlatego to Polska musi zerwać stosunki z Rosją. Rosja jest otwarta i gotowa na współpracę, a Polska jest głupia i niewdzięczna. Widać to wyraźnie w wywiadzie Kirijanowa i wcale się nie zdziwię, jak do polskich mediów przedostanie się więcej "dowodów" stanowiących poszlaki dla hipotezy zamachu. Spowodowana nimi awantura będzie pretekstem dla marginalizacji Polski jako kraju, który albo nie umie zadbać o swoje, albo po prostu niepotrzebnie się piekli o głupoty. Najlepiej jedno i drugie.

Chaotyczna i niestabilna Polska będzie na rękę również Niemcom, którzy nie będą już mieli żadnych powodów, aby powstrzymywać się przed otwartą współpracą, także polityczną, zarówno z Rosją na wschodzie, jak i z Francją na zachodzie. Katastrofa smoleńska jest wielką tragedią Polski, ale też wielką szansą dla sąsiadów o mocarstwowych ambicjach na wieloletnią neutralizację krnąbrnego, choć równinnego kraju w sercu Europy.

czwartek, 10 czerwca 2010

Czy Szmajdziński jest w Brazylii?

Tuż po smoleńskiej katastrofie, jeden ze znajomych przekonywał mnie, że skoro nie wolno odrzucać żadnej teorii, w tym także teorii o zamachu, to nie można też odrzucić teorii, że to Jarosław to wszystko zorganizował, bo on teraz poprzez wzbudzenie litości najwięcej zyskuje i odbudowuje szanse na elekcję, których to szans nie miał bez katastrofy. Absurdalność tej wersji, godnej jedynie Palikota, traktowana jest jako argument dyskredytujący wszystkie tezy inne niż oficjalna wersja śledczych. Jak widać doszliśmy z jakichś powodów powtórnie do momentu, gdy trzeba te najcięższe działa wytoczyć, co pokazuje tekst blogera t-rex. A skoro pływamy sobie w oparach absurdu, to w ramach uprawiania fikcji chciałbym wpleść jeszcze kilka wątków.

***

Trafił do mnie w komentarzu blogera Carcajou link do artykułu, który ukazał sie podobno w Najwyższym Czasie!, nr. 50 (1021). 12 XII.2009. Otóż informuje nas on o kolejnym tajnym niemiecko-rosyjskim pakcie o nieagresji i podziale terytorium Polski. "Z meldunku Agencji Wywiadu wynika, że pod koniec lata 2009 roku w' Moskwie podpisany zo stał tajny pakt wojskowy. Rząd rosyjski zagwarantował w nim rządowi niemieckiemu, że jeśli istotnie podejmie decyzję o interwencji zbrojnej w Polsce, zatrzyma wojska na linii Wisły i Sanu. Miało to stanowić gwarancję, że wojska rosyjskie nie zbliżą się do dzisiejszej gra nicy polsko-niemieckiej na Odrze i Ny sie Łużyckiej i nie zagrożą oddalonemu o 80 kilometrów Berlinowi."  Niemożliwe? Dlaczego?! Bo nic dwa razy się nie zdarza??? A może jednak historia kołem się toczy? Nieważne, warto jednak zastanowić się nad znaczeniem tej informacji. Rosja przecież wrzucając naszym służbom i/lub dziennikarzom taką fałszywkę lub kontrolowany przeciek sprawdza kilka rzeczy:

  1. reakcja służb Polski oraz sojuszniczego NATO. Reakcja żadna, zatem reperkusje ew. powtórki wojny w Gruzji, o której także słychać od dłuższego czasu, są już znane. Pokrzyczą ale nic nie zrobią, albo w ogóle udadzą, że nic się nie stało.
  2. reakcja polskich mediów - żadna, poruszenia w necie też nie ma, zatem otwarte jest pole dla wzmożenia działalności rosyjskich agentów wpływu - społeczeństwo kupuje bajkę o pojednaniu.
  3. do Polskiego rządu wysyłany jest jasny sygnał, z czym może się liczyć w razie niesubordynacji. Smoleńska katastrofa jest twardym dowodem, że to nie przelewki, stąd takie osobiste przerażenie w oczach Tuska i stąd taki spokój w oczach Komorowskiego.

W tym świetle zupełnie inaczej można spojrzeć na działania Donalda, który chroni już nie tylko swoja skórę, ale także wbrew pozorom staje w obronie Polskiej racji stanu, uległością nie dopuszczając do piątego rozbioru Polski. Bo to, że NATO nie kiwnęło by palcem w razie jakby co, pokazuje zarówno reakcja na gruzińską wojnę, jak i na manewry "Zapad 2009" oraz absencja na krakowskim pogrzebie. Premier polskiego rządu, wobec kompletnego rozkładu polskiej armii, wobec opuszczenia przez sojuszników, nie ma innego wyjścia niż grać na razie uległością, by zyskać na czasie, który potrzebny jest do odzyskania sił, albo przemeblowania sojuszy. Porażka Komorowskiego, do której zmierza wielkimi krokami, jest w tym ujęciu także na rękę patriocie Tuskowi, który przecież "zrobił co mógł, ale Białorusi wprowadzić się w Polsce nie da". Prezydencka porażka pozwoli na wymówkę zarówno wobec rosyjskiego suwerena jak i wobec własnego narodu, z braku realizacji oczekiwań jednego i drugiego.

Na co czeka Tusk? Niestety eliminowane są kolejne osoby, które mogłyby reformować armię i inne dziedziny. Najpierw CASA, teraz Smoleńsk. W najbliszym otoczeniu nie mozna nikomu ufac, bo część to agenci suwerena, a pozostali to w większości sprzedajni skorumpowani karierowicze. Tusk może czekać jedynie na zmianę sytuacji geopolitycznej. Może czekać długo. Na razie mamy stan cichej wojny, bynajmniej nie domowej.

***

Inny wątek poruszył jakiś czas temu Ludwik Dorn. Wtedy nie przywiązał do tego nikt uwagi, ale dzisiaj? Dzisiaj okazuje się że to o co walczyło długi czas pewne lobby, w końcu odnioslo skutek. Polski rząd w koncu jednak będzie latał brazylijskimi Embraerami. Jak pisze Dorn, "od kliku lat obserwujemy niepokojące zabiegi: ustawianie przetargu, leasingu, dzierżawy wreszcie czarteru. Wspólnym mianownikiem tych niejasnych działań jest marka faworyzowanych samolotów – Embraer."  W tym miejscu warto przypomnieć słynną trzydniową żałobe narodowa wprowadzoną przez Brazylię z powodu śmierci naszego Prezydenta. Pojawiły się co prawda plotki, że to z powodu powodzi w Brazylii, ale powodziowa żałoba była wprowadzona 8 kwietnia i była niezalezna od drugiej. Serwis brazylijski potwierdza odrębność i powód żałoby polskiej.

Warto także przypomnieć że (przytaczam za stroną: redblog.wspolczesna.pl) "po śmierci Józefa Piłsudskiego pierwsze telegramy z kondolencjami wpłynęły od papieża Piusa XI, kanclerza Rzeszy Niemieckiej Adolfa Hitlera oraz premiera Włoch Benito Mussoliniego.

- “Głęboko poruszony wiadomością o zgonie Marszałka Piłsudskiego wyrażam Waszej Ekscelencji i rządowi polskiemu najszczersze wyrazy współczucia moje i rządu Rzeszy. Polska traci w powołanym do wieczności Marszałku twórcę swego nowego państwa i swego najwierniejszego Syna. Wraz z narodem polskim również naród niemiecki obchodzi żałobę z powodu śmierci tego wielkiego Patrioty, który przez swą pełną zrozumienia współpracę z Niemcami oddał nie tylko wielką usługę naszym krajom, ale przyczynił się ponadto w sposób jak najbardziej wartościowy do uspokojenia Europy.” – treść telegramu wystosowanego przez Hitlera do prezydenta RP.

Reakcja Rzeszy Niemieckiej na śmierć marszałka dalece wybiegała od panującego wtedy protokołu dyplomatycznego. Zarówno 13 maja jak i w dzień pogrzebu zostały opuszczone flagi państwowe do połowy. W uroczystościach żałobnych wzięli udział: Hitler, Goebbels, Neurath i inni wysocy rangą przedstawiciele partii i Wehrmachtu. Obecny był również nuncjusz papieski w Niemczech Cesare Orsenigo. Po nabożeństwie dwie kompanie Wehrmachtu oddały honory wojskowe."

Czy Brazylia także miała swój udział w tym globalnym już spisku? Czy oprócz samolotów są jakieś jeszcze powiązania i interesy jakie może realizować Brazylia w naszej części Europy? Jakie są powiązania interesów Brazylijskich i Rosyjskich? Czy Jerzy Szmajdziński, który tuż przed wylotem sprawiał wrażenie, że wie o tym co się stanie, rozpoczął nowe życie w brazylijskiej dżungli? Ile jeszcze spraw zostało załatwionych za pomocą tego cięcia przez gordyjski węzeł polskiego patriotyzmu?

***

To oczywiście wszystko tylko fikcja i szkic scenariusza szpiegowskiego thrillera. Puszczanie wodzy fantazji przynosi sporo rozrywki i pozwala odreagować lub wyczyścić przestrzeń z niewygodnych wątków poprzez sprowadzenie ich do absurdu. Pamiętać jednak warto, że rzeczywistość z reguły jest zupełnie inna niż to co nam się wydaje...

czwartek, 22 kwietnia 2010

Granice prawdziwych sojuszy

Zasłona dymna związana ze smoleńska katastrofą rośnie coraz bardziej, podsuwane są i dementowane coraz to nowe hipotezy. Nie zauważyłem jeszcze jednego wątku związanego z krakowskim pogrzebem. A pokazał on przecież wyraźnie, układ sił i interesów w naszej solidarnej Europie oraz pozostałych państwach naszej jakże wspaniałej planety.

Nie chcę się rozpisywać i udowadniać stawianych tez, tylko zwrócić uwagę na pewną możliwość interpretacji:

Jak pokazał premier Maroka i prezydent Gruzji, można było dolecieć zarówno z Rzymu, jak i z USA. To są fakty już szeroko przedyskutowane.

Delegacja niemiecka z prezydentem Niemiec doleciała śmigłowcem, co było niewykonalne dla tkwiącej na południu Europy Kanclerz Merkel. Premier Maroka doleciał. Kanclerz Merkel nie. To nie jest kwestia obiektywnych czynników, tylko brak chęci.

Jednak co z Saakashvilim, który (nie tylko zawstydził prezydenta USA, nie tylko skompromitował Berlusconiego i Sodano, ale) utknął na lotnisku w Rzymie, skąd nie chcieli go wypuścić? Jak powszechnie wiadomo Putin z Berlusconim mają wille ściana w ścianę bodajże na Sardynii, gdzie robią wspólne imprezki. W Rzymie przetrzymali Gruzina i tak za krótko, bo otarł sie jednak o rękaw Miedwiediewa na krakowskim lotnisku. Wyobrażacie sobie przekazanie znaku pokoju miedzy tymi dwoma? Gruzin nie miał prawa zdążyć.

Obecność Miedwiediewa można potraktować jako wyraz solidarności i zmiany politycznego wektora. Ale w połączeniu z faktem, że praktycznie nikt z ważnych przywódców zachodniej Europy nie dotarł (chociaż mógł), natomiast obecne były praktycznie wszystkie byłe demoludy - robi się interesująco ;-)

Warto zrobić sobie mapę realnych i prawdziwych sojuszy, jakie można było zobaczyć podczas krakowskich uroczystości. Nie łudźmy się, że było to wydarzenie jedynie kondolencyjnie kurtuazyjne. Naiwnością jest przekonanie, że to jedynie odruch serca. To jest twarda polityka, przewidująca różne scenariusze: gdyby jednak się okazało (co jest politycznie nierealne), że są poszlaki wskazujące na terrorystyczną ingerencję - nie ma co liczyć na jakiekolwiek wsparcie Zachodu. Ale przecież wspierać oczywiście chcemy, a nieobecność to przez wulkan. Brak reakcji wobec agresji na Gruzję nie był grzechem zaniechania, nie był wypadkiem przy pracy. Świat jest kolonialnie podzielony jak niegdyś Ameryka między Portugalię i Hiszpanię. Tylko dzisiaj mapy już nie są jawne...

Warto nie ukrywać faktu, że my, maluczcy, mamy tego świadomość...