Pokazywanie postów oznaczonych etykietą POLECAM. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą POLECAM. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 stycznia 2011

Zidiocenie jako metoda

Kilkadziesiąt lat temu tzw. afera Watergate doprowadziła prezydenta Stanów Zjednoczonych do ustąpienia z funkcji. Zanim to nastąpiło wszyscy podejrzani w sprawie zachowywali się dokładnie tak, jak dzisiaj zachowują się wszyscy byli „tajni współpracownicy” – zaprzeczają wszystkiemu do samego końca utrzymując, że oskarżenia to jakieś chore rojenia zwolenników spiskowych teorii dziejów. W latach 70-tych w USA znalazło się dostatecznie wielu patriotycznych ludzi, którzy mieli tyle odwagi i determinacji, że wyprowadzili prawdę na światło dzienne.

Pod względem metody spaceru w zaparte nic się nie zmieniło, udoskonalono jedynie metody dezinformacji służące zasłanianiu, wyłaniających się zza mgły pozorów, strzępów prawdy o sieciach powiazań najróżniejszych interesów. Produktem ubocznym tej nadmiarowej dezinformacji jest coraz bardziej ogłupiała rzesza ludzi, nie potrafiących odróżnić opinii od faktu, pomówienia od diagnozy, prawdy od fałszu. W tej sytuacji przyjmują oni jako swój, określony komunikacyjny paradygmat, w którym pytanie np. „czy sprawdziłeś hamulce w moim samochodzie?” jest równoznaczne ze stwierdzeniem „chcesz mnie zamordować?” Intuicja podpowiadająca absurdalność takiego znaku równości działa jeszcze tylko w odniesieniu do własnej osoby. Natomiast w wypowiedziach innych osób jest ona niedostrzegalna nawet wtedy, gdy palcem wskaże się miejsce absurdu.

Skąd ten poziom logicznego ignorowania rzeczywistości? Czy jest to efekt jakiegoś powszechnego zidiocenia Polaków, co sugerują już wprost różni publicyści i komentatorzy? Czy może jest to przejaw jakiś szerszych ogólnoświatowych tendencji? Przypomnijmy kilka faktów.

W 2008 roku społeczność międzynarodowa, nie zważając na stwarzające precedens konsekwencje dla różnego rodzaju separatystycznych dążeń, uznaje Kosowo jako niepodległe państwo. W tym samym roku Rosja, pod analogicznym pretekstem ochrony, mających przecież prawo do samostanowienia, narodów abchazkiego i osetyjskiego, najeżdża Gruzję. Oprócz werbalnego sprzeciwu, ani UE ani USA nie kiwnęły nawet palcem, by cos z tym zrobić. Wychędożonemu przez Rosjan Sarkozy’emu nie pozostało nic innego poza satysfakcją poszarpania marynarki Ławrowa. Nikt jednak nie miał zamiaru nic robić, a Rosja dostała jasne potwierdzenie, że NATO jest dostatecznie zneutralizowane wojnami w Iraku i Afganistanie. W kraju serwowano nam jednak oficjalną papkę informacyjną o wymachiwaniu szabelką nawiedzonego kurdupelka, na którego warto nasłać jedynie ślepego snajpera. Dokumenty WikiLeaks pokazały jednak wyraźnie, że wycieczka Prezydentów do Tbilisi w 2008 roku, była faktycznym powodem zatrzymania rosyjskiej ofensywy i wszyscy, ze Stanami Zjednoczonymi na czele, byli zaskoczeni stanowczością i skutecznością działania wyszydzanego kurdupelka. (Oczywiście według obowiązującej narracji przypominanie tego faktu jest efektem ulegania macierewiczowej paranoi wszechświatowego spisku, ale spokojnie… oddycham głęboko… staram się nie denerwować…)

Pod koniec 2010 roku WikiLeaks wypuściło kolejną porcję tajnych dokumentów pochodzących z amerykańskiej administracji. I podobnie jak na początku afery Watergate – nie był to efekt dziurawych systemów bezpieczeństwa, albo wadliwości procedur bezpieczeństwa, czy też efekt zdrady jakiegoś urzędnika bądź grupy urzędników. Nie! To jest wina szefa WikiLeaks, który opublikował tajne dokumenty innego państwa!!! Assange'a trzeba zamknąć do więzienia, by nie szkodził światowemu ładowi. Zamknąć jednak nie za ujawnienie informacji, bo nie obowiązywała go przecież żadna tajemnica, a za to, że pękła mu guma podczas nocnych igraszek. Czyż w takim razie w aferze Rywina głównym winnym nie jest Michnik, który zgodził się (co prawda po pół roku „dziennikarskiego śledztwa”) na opublikowanie transkrypcji nagrań? Czyż nie należałoby go wsadzić do wiezienia? Za cokolwiek, co by się tam znalazło, jakby dobrze poszukać. Brak konsekwencji? Absurd? Nieważne! Ważne, że świat to kupuje.

Zastanawiam się całkiem poważnie, czy to „powszechne zidiocenie”, którego przejawem jest bezkrytyczne przyjmowanie wszelkiego rodzaju dyrdymałów, nie jest bardzo racjonalnym wyjściem z sytuacji? Trzeba nieustannego i niemałego natężenia uwagi, by nadążyć za piętrowymi konstrukcjami zorganizowanego kłamstwa. Trzeba sporo zimnej krwi, by móc funkcjonować w świecie, w którym wszystkie dotąd spajające społeczność wartości, takie jak uczciwość, prawda, honor straciły ewidentnie znaczenie. Niczym w czasach rewolucji, zostały zawieszone na kołku. Możesz przy nich trwać i zginiesz, albo będziesz mocno poturbowany, jak Cezary Baryka w Baku. Możesz natomiast spróbować się dostosować i wtopić w tłum udając, że kupujesz wszystko, co ci podają na medialnej tacy. Jak to zrobić skutecznie? Jak się nie zapomnieć i nie chlapnąć gdzieś przy kimś prawdy? Jedynym sposobem jest uwierzyć, że to jest rzeczywistość. Jak szpieg-śpioch, należy myśleć, marzyć, śnić nawet w innym języku. Tylko wtedy w miarę bezpiecznie i niewielkim psychicznym kosztem jesteśmy w stanie przetrwać w obcym środowisku.

Idąc tym tropem, być może polskie społeczeństwo nie jest takie głupie dostosowując się do tej światowej sytuacji powszechnego kłamstwa, fałszu, hipokryzji i odwracania kota ogonem. Być może zdajemy sobie zbiorowo sprawę, że porywanie się z motyką na słońce, czy też z kopią na wiatraki, jest z góry skazane na porażkę. Jeśli natomiast będziemy podskakiwać, skończymy jak nasz Prezydent. Nie zdziwię się, jeśli w sondażach w najbliższej przyszłości będzie rosło nie tylko poparcie dla partii rządzącej, ale również rosło będzie zaufanie do Rosjan. Jak nie można wroga pokonać, to trzeba go pokochać. Jak nie ma się warunków do obrony, to być może trzeba polubić to upadające na podłogę mydło…

Charakter polsko-rosyjskich relacji, które ostatnio możemy obserwować najtrafniej opisał swego czasu Andrzej Waligórski:

Raz ordynarny niedźwiedź kucnąwszy na łące
W dość niewybredny sposób podtarł się zającem.
Zając się potem żonie chwalił po obiedzie:
- Wiesz stara, nawiązałem współpracę z niedźwiedziem!


Można poddać pod dyskusje prowokacyjną hipotezę, że Tusk i jego ferajna z premedytacja zgodzili się ten charakter stosunków. Polacy dość się nacierpieli w XIX i XX wieku. Ktoś zauważył, że tuż po 10 kwietnia cała przestrzeń powietrzna nad północną i środkową Europą została wyczyszczona, pod pozorem wybuchu wulkanu. NATO być może szykowało się do ataku, albo do odparcia ataku. Działania polskiego rządu poszły jednak w innym kierunku: olewamy prestiż, olewamy honor, idziemy drogą Francji z czasów drugiej wojny światowej. Jesteśmy za słabi zarówno samodzielnie, jak i ze wsparciem związanego Irakiem i Afganistanem NATO. Nie będziemy szli drogą Gruzji, bo skończy się to utrata z takim trudem odbudowywanej infrastruktury. Tym bardziej, że dzięki ministrowi Klichowi nie mamy już praktycznie całego dowództwa armii.

Zatem z pełną świadomością wizerunkowych i prestiżowych strat zajmijmy się rozbudową własnego ogródka. Nadchodząca druga fala kryzysu jest bez znaczenia – w tym paradygmacie nie ma miejsca na niewygodne okoliczności, jest miejsce jedynie na płynną narrację bajki o teraźniejszości. Poza tym kryzys potrwa kilka lat, a my tu mówimy o co najmniej dwu pokoleniach. Wtedy być może wrócimy do międzynarodowej gry, ale najpierw musimy się nieco odkuć. Czy ktokolwiek wypomina dziś Francji, że tak szybko się poddała w 1940 roku, a duża część społeczeństwa spolegliwie współpracowała z Niemcami przy wywożeniu Żydów do Auschwitz? Dziś Paryż w dalszym ciągu zachwyca cały świat, a dawną świetność niepokonanego Paryża Wschodu z trudem można dostrzec w kamienicach na Lwowskiej czy Nowogrodzkiej.

I tylko gdzieś na dnie głębokich pokładów pradawnych fantazmatów wyssanych z mlekiem matki czai się pytanie: czy nadszarpnięta przyzwoitość może się odrodzić? Czy franca koniunkturalnej konformistycznej prostytucji jest uleczalna? Czy będziemy pamiętać jakimi jesteśmy ludźmi, gdy warunki się zmienią? Czy będziemy potrafili wychować dzieci z Wrześni? Czesi wytrzymali bez państwa prawie 800 lat. Polacy trwali 200 lat. Trzeba być dobrej myśli. Bo cóż innego nam pozostaje?

z bloga Niewolnika... ;-)

środa, 8 grudnia 2010

Larry Flynt w wersji zaawansowanej

Czekam, czekam i doczekać się nie mogę. Kiedy wreszcie ktoś zauważy kuriozalność zarzucania Julianowi Assange łamania prawa poprzez publikowanie tajnych dokumentów? Czy tylko jeden Dan Gillmor dostrzega problem, czy też pozostali dziennikarze tak boją się zadzierać z wszechpotężnym systemem światowej władzy, że autocenzurują swoje opinie? A może po prostu totalitaryzm informacyjny przybrał na tyle skuteczną formę, że jest po prostu przezroczysty dla przedstawicieli czwartej władzy, która zrezygnowała z funkcji kontrolnych na rzecz legitymizacji wszelkiej władzy?

Kto łamie prawo? Urzędnik dostarczając dziennikarzowi tajny dokument? Czy też dziennikarz, który taki dokument podaje do publicznej wiadomości? Jeśli, jak w przypadku Assagne, przyjmiemy, że prawdziwa jest ta druga odpowiedź, to zanegujemy legalność każdego dziennikarskiego śledztwa.

W przypadku katastrofy smoleńskiej, w kontekście „ocieplenia stosunków polsko-rosyjskich”, taka interpretacja jest w pewien sposób zrozumiała. Jest skandaliczna, nie do przyjęcia, ale można rozumieć zależnościowe uwarunkowania rezygnującego z suwerenności kraju, w którym dziennikarze są funkcjonariuszami establishmentu. Natomiast przyjmowanie takiej interpretacji przez całą Zachodnią cywilizację, nie tylko przez rządy, ale również pozornie wolne gospodarcze podmioty jest przerażającym dowodem na totalitarność korporacyjnego systemu, w którym nie ma miejsca na różnice poglądów. Został ujawniony dramatyczny stan wielowątkowego uwikłania, które abstrahując od naczelnych wartości zachodniej cywilizacji de facto zamyka pewien etap rozwoju tej Kultury.

Rząd Australii stwierdza jeszcze w listopadzie, że nie tylko nie udzieli swojemu obywatelowi żadnej pomocy, ale jeszcze sprawdza, do naruszenia jakich paragrafów mogło dojść w przypadku szefa WikiLeaks oraz rozważa też prośbę władz Stanów Zjednoczonych o unieważnienie jego paszportu. Systemy rozliczeń finansowych Visa i MasterCard odmówiły obsługi Wikileaks. Wcześniej tak samo postąpił system PayPal. Wikileaks musi też cały czas zmieniać serwery i domeny. To ma zasięg globalny i obliczone jest na uniemożliwienie funkcjonowania portalu, który ujawnia niekompetencje światowych rządów m.in. w kwestii zabezpieczeń. Jeśli bowiem prywatna osoba jest w stanie dotrzeć do tak tajnych dokumentów, to czy ktoś jeszcze wierzy, że jakiekolwiek służby wywiadowcze maja z tym problem?

Ostatnie zmiany stanowisk, nieco krzepią. Australijski rząd chyba zdał sobie sprawę, jakie znaczenie mają jego wcześniejsze deklaracje i dość szybko poszedł po rozum do głowy uznając, że winę za ujawnienie amerykańskich poufnych depesz dyplomatycznych ponoszą Stany Zjednoczone, a nie założyciel portalu Wikileaks Julian Assange oraz że odpowiedzialni prawnie są za to ludzie, od których pochodził przeciek. Jednak mleko się rozlało i widać już wyraźnie, że rząd chiński nie jest jedynym, który chce kontrolować i kontroluje informację. Jakiekolwiek nawoływania do przestrzegania wartości takich jak wolność, czy prawa jednostki straciły po sprawie Assagne’a moralne umocowanie.

Milos Forman nakręcił film o historii człowieka, który wygrał batalię o wolność słowa, umożliwiającą mu drukowanie i dystrybucje pornografii. Dzisiaj mamy nowego Lary Flinta, tylko z dużo istotniejszym problemem. To nie jest walka o WikiLeaks. To jest walka o podstawy zachodniej cywilizacji.

piątek, 5 listopada 2010

Akcja: Twój głos ma znaczenie!

Kolejna afera w partii opozycyjnej, żadnego zainteresowania działaniami partii rządzącej, to mamy w mediach. A z boku, po cichu, życie się toczy normalne i ludzie zastanawiają się, co by tu zrobić, aby tych polityków i dziennikarzy doprowadzić do porządku. Wymienić ich trudno, bo za bardzo nie ma na kogo, a do rozsądku przemówić im jest niemożliwością. W efekcie większość zdecydowana pozostaje w domach, gdy czas decyzji nadchodzi i szansa na wyrażenie sprzeciwu się pojawia. No bo zresztą jak ten sprzeciw wyrazić? Głosowanie przeciwko jednym jest interpretowane jako poparcie dla drugich, więc wybór mniejszego zła tylko podtrzymuje ten chory układ. Lepiej zatem zostać w domu, gdy czas wyborów nadejdzie i wypiąć się na ludzi, którzy nikogo sensownego nie dopuszczają do głosu. Jednak to z kolei daje komentatorom pretekst do oskarżeń, że ponad połowa obywateli ma sprawy publiczne gdzieś, nic ich nie obchodzi i dlatego mamy taką a nie inną jakość życia politycznego w naszym pięknym kraju. Tak jakby udział w wyborach miał jakikolwiek wpływ na polityków. "Przecież mówię, że nie ma kogo wybrać".

Koło skutków i przyczyn się zamyka i tkwimy w tej patowej sytuacji, która nie pozwala się cieszyć uprawianiem własnego ogródka. Czy naprawdę nie ma wyjścia z tych dusznych okoliczności przyrody? I niepowtarzalnych? A może jednak jest sposób, aby przynajmniej nie obrażano tych, którzy na wybory iść nie chcą z własnej nieprzymuszonej woli? Tych, którzy nie chcą swoją kartką wyborczą legitymizować tych politycznych patałachów i kłamców? Czy jest taki sposób? Czemu mało kto zwraca uwagę na wartość informacyjną pewnego narzędzia, które jest do dyspozycji każdego wyborcy?

Tym narzędziem jest głos nieważny!

O czym mówi głos nieważny? Skreślona w kilku miejscach kartka, albo oddana pusta kartka jest niechybnie znakiem, że wyborca się pomylił. Nie wiadomo jednoznacznie na kogo chciał oddać swój głos, więc uznaje się taki głos jako nieważny. Nie bierze on udziału w tworzeniu wyborczego wyniku, ale trzeba go ująć w statystykach. Takich pomyłek w każdych wyborach jest w granicach 1-2%. A co by się stało gdyby takich skreślonych kartek w urnach pojawiło się 30%? Czy wtedy też można by mówić o pomyłkach? Czy wtedy też dałoby się zbagatelizować ten fakt do ciapowatości pojedynczego wyborcy? Gdyby frekwencja w wyborach wynosiła nie 40% ale np. 70%, a wśród wszystkich oddanych głosów byłoby 30% głosów nieważnych? Co nam to mówi?

Tak! Te kilka milionów ludzi dałoby jasny sygnał, że nie jest im obojętne, co się dzieje w kraju, ale nie ma na kogo głosować! Trzeba by wtedy głośno powiedzieć, że taki efekt to wynik świadomego działania sfrustrowanego wyborcy. Politycy muszą się bardziej postarać, bo 30% wyborców zdaje sobie sprawę z ich krętactw i daje im żółtą kartkę: bojkotuję klasę polityczną! Nie bojkotują wyborów, nie bojkotują Polski! Bojkotują polityków! Jest różnica?

W tym pomyśle nie chodzi o to, aby odbierać komukolwiek wyborców! Nie chodzi o to, aby namawiać kogokolwiek do głosowania, bądź niegłosowania na jakąkolwiek partię. Jeśli chcesz głosować na partię X - to głosuj na partię X. Jeśli chcesz głosować na partię Y - głosuj na partię Y. Ale jeśli nie chcesz na nikogo głosować, bo nikt Ci się nie podoba - nie zostawaj w domu, tylko pójdź na wybory i oddaj nieważny głos!

Na koniec dwa pytania:
a) Czy uważasz pomysł za sensowny?
b) Co zrobić, by go rozpropagować? Wśród wszystkich, choć jest on dla tych, którzy nie chcą iść na wybory.

Więcej informacji na temat pomysłu można przeczytać tutaj: http://brakwyboru.blogspot.com

poniedziałek, 25 października 2010

Co robić? Co robić?

To zadziwiające, jak skuteczna okazuje się dzisiejsza propaganda. Marginalizująca propaganda zniechęcenia. Dzisiaj nie stosuje się już bowiem propagandy aktywizującej do jakiejkolwiek idei. Dzisiaj robi się wszystko by zniechęcić obywatela do jakiejkolwiek aktywności. Aktywny obywatel jest niebezpieczny, w przeciwieństwie do obywatela biernego, sprowadzonego do roli wyrobnika, producenta i konsumenta. W tym żmudnym procesie niezauważalnie rezygnujemy z europejskiej idei indywidualizmu, przeskakujemy dalekowschodnią ideę kolektywizmu i forsujemy leibniz'owską ideę monad, które zamknięte we własnych ogródkach symulują komunikację, za pomocą jednostronnych kanałów konsumpcji pozorów informacji. Zatomizowane jednostki odmawiają przy tym jakiejkolwiek refleksji nad przeżywaną rzeczywistością.

Ludzie w zasadzie zawsze zamykali się w swoich plemiennych światach wyobrażeń, bardzo uważnie pilnując przestrzegania plemiennych reguł. Dzisiaj wobec utraty przez idee baumanowskiej strzałki, wskazującej kierunek rozwoju, wobec mnogości równorzędnych pomysłów i wspólnot, jakakolwiek refleksja stała się czynnikiem bardzo niebezpiecznym dla wewnętrznego poczucia spójności konstrukcji własnej osobowości. Jeśli czasem powiemy nawet coś niemądrego, to mamy tendencję upierania się przy tym stwierdzeniu, żeby we własnych oczach nie stracić narracyjnej ciągłości naszego życia. Jeśli chcemy zachować to poczucie konsekwencji naszych działań, nie możemy dopuszczać jakiejkolwiek analizy, która mogłaby często w dwu zdaniach wykazać brak jakiegokolwiek związku między poszczególnymi elementami światopoglądu. W efekcie nikt już nie przestrzega reguł porządkujących funkcjonowanie plemiennej grupy, bo wszystkie reguły jako równoważne zostały de facto unieważnione. Zaś sprzeczności między zasadami są nonszalancko pomijane. Dawniej nazywano to po prostu głupotą. Dzisiaj w celu zamaskowania głupoty używa się różnych dość oczywistych formuł, które są kupowane jako najwyższe mądrości legitymizujące nawet największe bzdury. "To zależy, jak na to spojrzeć", "świat nie jest czarno-biały", "należy dostrzegać także drugą stronę medalu" itd. itp.

Odczułem też na własnej skórze siłę, z jaką pewne sfery rzeczywistości wtłaczane są w nowe przestrzenie tabu. Jedną z takich przestrzeni niewątpliwie stała się sfera wartości. Ludzie chronią się przed atakiem alogicznego nonsensu poprzez ucieczkę od tematu. Jeśli ktoś zaczyna mówić o wartościach - nie jest przy tym istotne jakich - to momentalnie jest nokautowany zamykającymi wszelką dyskusję konstatacjami w stylu: "nie, znowu o krzyżu?" albo "nie mam ochoty rozmawiać o polityce", czy też "jasne, Kaczyński jest bogiem i na tym skończmy". Nie jest przy tym istotne, czy zaczyna się rozmowę od jakiegoś polityka, czy od wydarzeń historycznych, czy też od jakiegokolwiek innego tematu, dotykającego nawet w subtelny sposób sfery wartości. Ostatnio przydarzyło mi się to, gdy chciałem, nawiązując do Kołakowskiego, pogadać o poważnym traktowaniu zasad demokracji.

W konsekwencji zniszczenia tej pierwotnej potrzeby zachowania światopoglądowej spójności, czy też raczej wobec zniszczenia narzędzi umożliwiających rozpoznanie braku tejże spójności, przestają dziwić głosy sytuujące np. sprawstwo zbrodni w jej ofierze. Nikogo nie obchodzi, kto zaczął, bo trzeba przecież myśleć o przyszłości. Poza tym, teraz już przecież i tak nie dojdziemy do tego, kto zaczął, więc nie ma sensu się kłócić, bo to zgoda buduje. Z tego właśnie powodu nie ma sensu nauczanie historii w szkołach, nie ma sensu dochodzenie przyczyn katastrofy smoleńskiej, nie ma sensu dopatrywanie się związków między słowami polityków, a czynami szaleńców. Związki bowiem nie istnieją! Istnieją tylko producenci i konsumenci. Drogi, pozwalające dojechać do pracy. Zdrowa żywność pozwalająca dłużej pracować i/lub dłużej cieszyć się życiem. To jest przecież istotne, a nie jakieś pseudofilozoficzne dyrdymały.

Pisałem już o kulturowych tendencjach do zamykania (się) w gettach. To są procesy, nad którymi już nikt zdaje się nie panować. Brak świadomości czy celowe działanie - nie ma to już znaczenia wobec rozpędzonego pociągu ideologicznych walców. Niestety nie zmienimy rzeczywistości deklaracjami łódzkimi. Nie zmienimy rzeczywistości składaniem kwiatów przez prezydenta, premiera, marszałka. Jedyną szansą zmiany, czy też raczej ocalenia resztek rozumu, jest wewnętrzna walka o zachowanie samodzielności myślenia każdego z nas z osobna. Przetrwanie umiejętności stosowania zasad logiki w myśleniu i umiejętności rozpoznawania absurdów. Brak zaufania do plotek i poleganie na własnych ocenach. Czy ufamy pani spod magla? Media trzeba traktować z jeszcze mniejszym zaufaniem. Przekupka na bazarze rozprzestrzenia plotki z reguły w dobrej wierze: po prostu przekazuje to co usłyszała. Media realizują niestety określoną spójną strategię. Warto przy tym także pamiętać, że media to jednak coś więcej niż zbieranina dziennikarzy. Dziennikarze są ludźmi, media są instytucją. Dlatego należy sprawdzać sprawozdania i nie ufać tym ludziom, którzy choć raz skłamali, a będąc nakrytym na kłamstwie nie chcieli się z niego wycofać. To są żołnierze. Wśród dziennikarzy należy jednak dostrzegać także osoby. Tworzyć sieci osób godnych zaufania. Starać się przetrwać ten czas światopoglądowego zamętu, w którym całe ubranie wywinięte jest na lewą stronę.

Trzeba być gotowym. Przyjdzie pora, to osoby z działającym kompasem wskażą drogę...

wtorek, 19 października 2010

Pojedynek na miny

W sierpniu 2008 roku wojnę w Gruzji widziałem jako rosyjski test użycia militarnego argumentu w polityce zagranicznej. Test całkowicie oblany przez społeczność międzynarodową, którego wynik daje zielone światło do agresywnych działań także w innych regionach globu. Po dwóch latach ocena impotencji wielkich organizacji międzynarodowych się nie zmieniła, natomiast analiza interesów może dawać inny ciekawy obraz regionu euroazjatyckiego. Trudno jest zrozumieć to, co się dzieje także w Polsce bez zrozumienia jak widzą swoje interesy poszczególni aktorzy geopolitycznej sceny. Pozwólmy sobie zatem na chwilę relaksu i pofantazjujmy trochę na temat interesów dwóch naszych największych sąsiadów.

1) Rosja się rozpada.

Postępująca degeneracja rosyjskiego organizmu państwowego jest dość szeroko znanym faktem. Od lat nieremontowana infrastruktura rozpada się na naszych oczach skutkując coraz poważniejszymi awariami, z których dowiadujemy się tylko o największych w rodzaju katastrofy w Sajano-Szuszeńskiej Elektrowni Wodnej na syberyjskim Jeniseju. Brak jest jakichkolwiek większych inwestycji poza budowaniem surowcowych linii przesyłowych oraz poszukiwaniem nowych złóż. Polityka personalna sprawia, że nikt z namaszczonych przez Kreml wielkich oligarchów nie myśli o poważniejszych inwestycjach i remontach, bo przykład Chodorkowskiego jest nadto wymowny. Skorumpowane społeczeństwo jest coraz bardziej zatomizowane. Dziennikarze ujawniający niewygodne fakty są likwidowani, co nie działa korzystnie na obywatelską odwagę. Służbom bezpieczeństwa nadaje się większe uprawnienia niż miało KGB, a milicja nie jest w stanie zrobić nic innego niż brać łapówki i haracze. Zdesperowani Rosjanie biorą sprawiedliwość we własne ręce i z bronią idą do lasu. Piją także na potęgę, co odbija się zarówno w długości życia jak i w katastrofalnie ujemnym przyroście naturalnym.

Co ciekawe, obecne rosyjskie władze wydają się w dalszym ciągu stosować politykę Stalina, który nie liczył się zupełnie z materiałem ludzkim, podporządkowując wszystko realizacji imperialnych celów politycznych. W przeciwieństwie do Stalina jednak, Putin nie uruchamia żadnych nowych "sztandarowych budów socjalizmu". Zamiast tego mamy propagandowe pokazówki w rodzaju osobistego sprawdzania w batyskafie, że na dnie Bajkału nie stwierdzono żadnych zanieczyszczeń, czy ratowania dziennikarzy przed szalonym tygrysem. Troska o ekologię nie idzie jednak w parze z troską o wyjaśnianie przyczyn różnych katastrof w celu ich neutralizacji w przyszłości. Przyczyny katastrofy Kurska pozostaną nieznane, podobnie jak przyczyny zaskakująco wielu katastrof samolotowych na terenie Rosji. Wszak jednakowe we wszystkich przypadkach wytłumaczenie, że zawinił pilot, mechanik, kucharz jest wygodne dla umarzających sprawę organów ścigania, ale pozostaje mało wiarygodne nawet dla przeciętnie inteligentnego obserwatora. Przygoda dzieci z biesłańskiej szkoły także nie pomaga w budowaniu zaufania do rosyjskich służb bezpieczeństwa, a liczne akty terrorystyczne, jak atak na Dubrowce, czy wysadzenie bloków na moskiewskim osiedlu podtrzymuje atmosferę zagrożenia uzasadniając milicyjne restrykcje i włączając Rosję do grona państw „walczących z terroryzmem”.

Rosyjscy politycy najwyższego szczebla nie myślą o modernizacji kraju, powtarzając znaną także u nas mantrę, że rosyjskie społeczeństwo potrzebuje silnej władzy, zaś zachodnie demokratyczne standardy są mu po prostu obce. Różnice kulturowe mają uzasadniać obcokrajowcom unikalne zjawisko homo sovieticus. Zatomizowane, nie ufające nikomu społeczeństwo jest w stanie zintegrować jedynie wizja powszechnego zewnętrznego zagrożenia oraz odziedziczony w spadku po ZSRR i czasach carskich mit Wielkiej Rosji. Rosyjski imperializm jest ostatnim powodem do dumy dla Rosjan, których patriotyzm każe wiernie czekać na czasy, gdy odpowiedni ludzie znajdą się wreszcie na odpowiednich miejscach. Jak w czasach socjalizmu: idea jest dobra, tylko ludzie nie dorośli. Wódz nieustannie myśli o swoich dzieciach, tylko ci cholerni urzędnicy ciągle nawalają. Dlatego rezygnując z technologicznej modernizacji rosyjskie władze nie mogą pozwolić sobie na rezygnację z wojennej retoryki. Poczucie zagrożenia przez zewnętrznych i wewnętrznych wrogów oprócz integracji społecznej jest także świetnym wytłumaczeniem dla katastrofalnego stanu gospodarki. Jak można cokolwiek zrobić, jak ciągle atakują naszych? Ale my im pokażemy gdzie ich miejsce. Dlatego wybuchają moskiewskie bloki mieszkalne i dlatego trzeba było upokorzyć Gruzję.

2. Niemiecka hegemonia.

Analitycy coraz częściej zauważają niemieckie dążenie do europejskiej hegemonii. Złośliwi pozwalają sobie nawet na daleko idące żarty, że Unia Europejska to faktyczna realizacja hitlerowskiego planu Europy zjednoczonej wokół Wielkich Niemiec. Traktat lizboński otwarcie nazywany jest absolutnym majstersztykiem niemieckiej polityki – przyznaje on bowiem z mocy prawa najważniejszą rolę w Unii Niemcom. Warto z tej perspektywy spojrzeć na poczynania tego kraju w ostatnich latach.

Z bardzo wielu różnych powodów Rosja jest strategicznym partnerem Niemiec. Rosja stanowi potężny rynek zbytu dla niemieckich technologii oraz jest niewyczerpanym źródłem surowców nie tylko energetycznych. W interesie Niemiec leży jednak słaba Rosja, której rola sprowadza się do surowcowego zaplecza. Rosja zmodernizowana byłaby niebezpiecznym konkurentem, co w połączeniu z imperialnymi ambicjami tworzyłoby bardzo niebezpieczną mieszankę. Rosja natomiast potrzebuje sojusznika w Europie, zwłaszcza w sytuacji gdy na dalekim wschodzie Chiny podniosły zdecydowanie głowę, a w Azji Centralnej byłe sowieckie republiki wykorzystują wojnę w Afganistanie do żonglowania sojuszami. Ukraina pomimo olbrzymiej "mniejszości" rosyjskiej stara się prowadzić własną niezależną politykę, bowiem ukraińscy Rosjanie doskonale rozumieją, że ich interesy będą lepiej zabezpieczone w ramach państwa ukraińskiego niż w dręczonej patologiami Rosji. Natomiast Republika Federalna traktowana jest jako najważniejszy sojusznik zarówno w Waszyngtonie, Paryżu, Warszawie jak i przede wszystkim w Moskwie. Jak zauważa Rokita, Premier Putin nawet nie stara się ukryć swoich marzeń o tym, aby „dwa wielkie historyczne narody” – Rosjanie i Niemcy – stworzyły polityczne fundamenty nowego europejskiego porządku.

Niemcy są jednak mocno obciążone wizerunkowo i nie mogą sobie pozwolić na otwarte i jawne działania hegemona. Jak zatem ma wyglądać sprawowanie przez Berlin tej „subtelnej europejskiej hegemonii”? Niemcy będą po prostu umiejętnie wykorzystywali traktat lizboński, którego są głównymi inicjatorami. – Mniej więcej do roku 2020 nastąpi przekazanie spraw zagranicznych i obronności pod wspólną europejską kuratelę. Dzięki umiejętnemu wykorzystywaniu swojej pozycji największego unijnego płatnika i obsadzeniu swoimi ludźmi kluczowych unijnych stanowisk będą miały decydujący wpływ na poczynania UE – analizuje Gunther Hellmann, badacz przyszłości niemieckiej polityki zagranicznej na Uniwersytetu Goethego we Frankfurcie nad Menem. Oczywiście berliński hegemon nikomu nie będzie niczego otwarcie narzucać. – Niemcy zdają sobie sprawę, że otwarte dążenie do dominacji doprowadziło do wybuchu obu wojen światowych. Z kolei okres powojennego zaangażowania w integrację europejską i powściągliwość przyniosły krajowi dobrobyt i polityczną wiarygodność. Sprawdzonych sposobów nie zmienia się przecież bez potrzeby – uważa berliński publicysta Michael Stuermer. Powyższe fragmenty przytoczone za Dziennikiem pokazują, że mimo wszystko wypuszczane są co jakiś czas kontrolne baloniki sprawdzające poziom społecznej wrażliwości na zarysowane zjawisko. Pomimo wojennego doświadczenia pierwszej połowy XX w. mam wrażenie, że hegemoniczna rola Niemiec przyjmowana jest raczej jako pewien rodzaj naturalnej kolei rzeczy niż sytuacja zagrożenia.

Mimo wszystko Berlin musi za wszelką cenę odwracać uwagę od głównego celu i kierować ją w inną stronę. Dlatego nieustannie podtrzymywane jest poczucie rosyjskiego zagrożenia. Zarówno w celu tworzenia pretekstów do wewnątrzeuropejskich sojuszy, jak i przede wszystkim w celu odwrócenia uwagi od budowania hegemonicznej roli Niemiec w Zjednoczonej Europie. Europa przedstawiając Rosję jako nieobliczalny kraj zdolny do każdej niegodziwości, wycina konkurencyjne integracyjne narracje oraz zacieśnia więzy, budując z kolei w samej Rosji wrażenie, iż tylko Niemcy, ze swoim historycznym bagażem i racjonalnym podejściem są w stanie zrozumieć rosyjskie stanowisko. Jak relacjonuje Staniszkis, "Niemcy z fundacji Adenauera mówili mi: – Tusk, może w sposób kosztowny dla was, dla waszej godności, realizuje pewną linię Merkel, która równocześnie skonsolidowała udziały państwa w tych firmach, które współpracują z Rosją, ale nie chce, żeby coraz bardziej zatomizowane społeczeństwo rosyjskie reanimować. Każdy konflikt mógłby na nowo skonsolidować Putina z Miedwiediewem, którzy walczą na noże o przyszłą prezydenturę. A chodzi o coś odwrotnego. Usypianie i otoczenie Rosji, przyspieszanie jej rozmontowania. Rosja jest pojęciowo, technicznie, instytucjonalnie w stanie rozpadu. Oczywiście to ma poważne konsekwencje także dlatego, że np. Ukraina nie jest integrowana, bo Zachód, widząc nieuchronny konflikt z Rosją w jakiejś fazie, spodziewając się, że tam dojdzie w niedalekiej przyszłości do rządów wojskowych, żeby tę sytuację opanować, mówi: nie integrujemy Ukrainy, bo nie będziemy w stanie jej obronić. Taka jest normalna dyskusja fachowców o Rosji." Aby zapewnić skuteczność tej narracji rosyjskiego zagrożenia, musi być ona prowadzona na zewnątrz Niemiec, by ci mogli grać rolę rzeczowego rozjemcy i mediatora.

W tym ujęciu niechęć do ukraińskiej integracji z Europą ma bardzo racjonalne podstawy, ale czynnik opisywany przez Staniszkis nie jest jedyny. Ukraina w strukturach europejskich niechybnie zawiązałaby sojusz z Polską, bo mamy bardzo zbieżne cele i interesy. Samo w sobie byłoby to już dużym zagrożeniem dla planów zarówno hegemonicznych Niemiec jak i imperialnej Rosji. Przeciwdziałanie powstaniu takiego "jagiellońskiego" sojuszu jest wspólnym strategicznym celem opisywanych partnerów. Stąd doprowadzanie do kuriozalnych kryzysów gazowych z jednej i punktowanie prawnych i politycznych niedociągnięć Ukrainy z drugiej strony.

3. Otaczanie Rosji - czy konflikt jest nieunikniony?

Niemiecka frustracja po I wojnie światowej była jednym z czynników, które w wyniku skomplikowanych procesów doprowadziły do wybuchu II wojny światowej. Staniszkis zauważa, że "USA i Unia prowadzą bardzo systematyczną politykę okrążania Rosji. To, co się dzieje na centralnym Kaukazie, nowa sytuacja Gruzji, nowa sytuacja Grupy Szanghajskiej mogącej ewentualnie zastąpić NATO w Afganistanie i ostre negocjowanie z Rosją przez podmioty gospodarcze, np. o współwłasność złóż, jest tego wyrazem. Na Ukrainie głównym aktorem UE jest konsorcjum gazowe, widać więc, że UE już rezygnuje z całej dekoracji politycznej." W tym ujęciu także Turcja jawi się jako pośrednik i łącznik z tureckojęzycznymi krajami Azji Centralnej, które z kolei cały czas szukają swojej drogi i sposobu wyjścia z gospodarczego uzależnienia od rosyjskich kanałów transportowych dla surowców energetycznych. Chiny także nie zasypiają gruszek w popiele kolonizując wyludniające się syberyjskie miasta i lasy. To z kolei jest potwierdzeniem dla rosyjskich fobii i w gruncie rzeczy nie da się już rozpoznać, czy otaczanie Rosji bardziej jest efektem wrogich intencji sąsiadów, czy też jest bardziej zasłoną dymną putinowskiej propagandy mającej ukryć realne słabości tego kolosa na glinianych nogach. Ciągle żywa jest także frustracja spowodowana rozpadem ZSRR i upadkiem imperialnej roli Rosji jako opozycyjnego wobec USA bieguna podzielonego świata. Dlatego nie należy bagatelizować militarnych incydentów, które teraz i w przyszłości oprócz dyscyplinowania krnąbrnych sąsiadów będą potwierdzaniem mocarstwowych ambicji Rosjan.

Pytanie, które po Gruzji wisi ciągle w powietrzu, czyli "kto następny?", jest cały czas otwarte. Wobec całkowitej bierności Zachodu, Rosja nie ma żadnych powodów, żeby zrezygnować ze stosowania tego instrumentu w polityce zagranicznej. W zasadzie pytanie nie brzmi czy, ale kiedy i kogo zaatakuje Rosja. Polityczne, militarne i gospodarcze otaczanie Rosji jest faktem. Chiny wybudowały i cały czas budują dalsze rurociągi z Kazachstanu omijające Rosję. W ramach Szanghajskiej Organizacji Współpracy Rosja dostała przy okazji gruzińskiego konfliktu delikatny policzek, gdy żadne z państw należących do Grupy nie uznało niepodległości Osetii i Abchazji. Ujawnione podczas tego konfliktu słabości militarne rosyjskiej armii spowodowały w końcu aktywne działania modernizacyjne. Jasne jest bowiem, że Zachód nie zareaguje, ale jasne także się stało, że Rosja nie musi poradzić sobie z poważniejszym przeciwnikiem, dlatego myśląc poważnie o instrumencie siłowym, trzeba go dość pilnie unowocześnić.

Jak otwarcie przyznają cytowani przez Staniszkis niemieccy eksperci, polityka otaczania i osaczania Rosji, w oczekiwaniu na spowodowany gospodarczą degeneracją rozpad, jest nieoficjalną, ale niespecjalnie ukrywaną doktryną w podejściu do tego kraju. Nic dziwnego, że Rosja czuje się zagrożona. Wielkie państwo z wymierającym społeczeństwem i sypiącą się gospodarką leży między kowadłem mocarstwowych ambicji a młotem fatalnego międzynarodowego PR-u. Zdaje sobie sprawę, że tylko uległość jest w stanie ten wizerunek ocieplić, ale na uległość nie może i nie chce sobie pozwolić. Pozostaje jej zatem granie roli narzuconej przez historię i światową opinię publiczną.

Dla Niemców w Europie to idealna sytuacja. Rosyjskie zagrożenie barbarzyństwem oraz obrona zachodniej cywilizacji pod kulturowym przewodnictwem Niemiec jest starą śpiewką, odgrzewanym kotletem, na który "światła" Europa ciągle daje się nabierać. Niemiecki protekcjonizm naruszający idee solidarności unijnej, ujawnił się podczas kryzysu, gdy bez żenady przyznawano kolosalną pomoc niemieckim zakładom przemysłowym. Bałtycka rura podobnie narusza zasadę solidarności energetycznej, a były kanclerz również bez żenady zostaje członkiem rady nadzorczej NordStream-u. Nikomu to jednak nie przeszkadza, bo przecież zagrożeniem dla Europy jest dzika Rosja, a nie leżące w centrum kulturalne Niemcy. Dezinformacja, manipulacja, propaganda i odwracanie uwagi to kolejna płaszczyzna niemiecko-rosyjskiego sojuszu interesów. Istniejąca od czasów Zimnej Wojny siatka rosyjskich agentów wpływu, rozsiana po całej Europie nie próżnuje. Pytanie jednak czy w dalszym ciągu są to agenci rosyjscy? Mimo wszystko lekcja została odrobiona i dlatego udaje się kierować uwagę opinii publicznej na żonę Sarko, czy proszki Kaczyńskiego, zamiast na analizę interesów poszczególnych krajów.

4. Reasumując te pobieżne i powierzchowne political-fiction.

Rosja politycznie broni się przed okrążeniem, rozbijając wszelkie możliwe koalicje typu Partnerstwo Wschodnie itp. Wszelkie akcje militarne mają na celu utrzymanie armii w stanie gotowości, podtrzymanie mitu Wielkiej Rosji, integrację wewnętrzną poprzez wytwarzanie poczucia konieczności silnej władzy w warunkach politycznego kryzysu. Stan gospodarczy jest w takiej sytuacji przedstawiany własnemu społeczeństwu jako efekt zewnętrznego osaczenia, a nie wewnętrznej indolencji.

Niemcy także realizują politykę imperialną. Podtrzymując mit rosyjskiego zagrożenia odwracają uwagę od procesu realizacji idei Wielkich Niemiec. W przeciwieństwie do Rosjan jednak, strefy wpływów budowane są nie na jawnej płaszczyźnie politycznej tylko poprzez sieci biznesowe. Podobnie jak w przypadku Rosji starają się neutralizować wszelkie możliwe koalicje, w których nie mają znaczącego głosu i które mogłyby prowadzić własną, niezależną od niemieckich interesów politykę.

Sojusz niemiecko-rosyjski - Rosja stanowi gigantyczny rynek zbytu dla niemieckiej technologii oraz źródło surowców. W interesie Niemiec leży słaba Rosja. Rosja broni się przez atak, w ten sposób dodatkowo integrując się wewnętrznie. Cele Niemiec to osłabianie sąsiadów, by nie mieć przeszkód dla niemieckiego protekcjonizmu oraz zabezpieczanie rynków zbytu poprzez niszczenie konkurencji = ekspansja. Cele Rosji to walka z wewnętrznym rozkładem oraz wewnętrzna integracja poprzez imperialną politykę zagraniczną = Rosja.

Można, a nawet trzeba wziąć pod uwagę możliwość, że w tym geopolitycznym uścisku to Niemcy są faktycznym, choć cichym agresorem, podczas gdy Rosja miota się bezsilnie, jak topielec w gęstym bagnie. W tym ujęciu słowa Karaganowa nie muszą brzmieć jak próba politycznego przejęcia Europy, ale jak rozpaczliwe wołanie o pomoc.

piątek, 27 sierpnia 2010

JOW i bzdura bezosobowych poglądów

Wielokrotnie przy opisach ordynacji większościowej pada hasło „prawdziwego prawa Duvergera” mówiącego o tym, ze przy jednomandatowych okręgach wyborczych liczba partii politycznych zawsze dąży do dwóch. Jak większość tzw. „prawdziwych praw” tak i to hasło wzbudza mój niepokój. Pomijając logiczny błąd wielkiego kwantyfikatora, to przykład Wielkiej Brytanii pokazuje że liczba partii wcale nie musi wynosić dwie oraz, co więcej, może powstać sytuacja konieczności zawarcia klasycznej koalicji między partiami. Upada jednocześnie przy okazji główny zarzut przeciwników JOW, jakim jest niebezpieczeństwo zdominowania Sejmu przez jedno ugrupowanie, które uzyska we wszystkich okręgach 51% głosów. Chciałbym się jednak przez moment zatrzymać na kwestii idei ordynacyjnej.

Potoczna opinia mówi, że w ordynacji proporcjonalnej wybieramy poglądy, zaś w ordynacji większościowej wybieramy ludzi. 

Po pierwsze, powtórzę taką małą uwagę techniczną: jednomandatowe okręgi wyborcze nie oznaczają automatycznie ordynacji większościowej. W przypadku wprowadzenia JOW zapisana w naszej konstytucji zasada proporcjonalności wyborów do Sejmu i Senatu nie byłaby naruszona, zatem nie trzeba zmieniać konstytucji aby te nieszczęsne JOW-y wprowadzić. Zostało to ładnie przedstawione m.in. w tym artykule.

Po drugie zaś przyznam, że nie bardzo rozumiem, co mają na myśli osoby wypowiadające pogląd o wybieraniu podczas wyborów poglądów. Po to przecież jest 460 posłów, aby była różnorodność tych poglądów. W jednej sprawie dany poseł ma takie zdanie, w innej inne zdanie. Może opierać się na opiniach swoich partyjnych kolegów lub innych autorytetów, ale zawsze powinna to być suwerenna decyzja posła. Jest on człowiekiem, myślącym i odpowiedzialnym, a demokracja w teorii przynajmniej powinna zapewniać warunki dla zbiorowego podejmowania decyzji, których zdroworozsądkowość jest podzielana przez największą liczbę osób. Idea dyscypliny partyjnej niszczy demokrację, zwalniając posłów z obowiązku myślenia, z odpowiedzialności za swoje decyzje, które są wynikiem nie ich wewnętrznego przekonania lecz decyzji wąskiego grona partyjnego kierownictwa. 

***

Zastanawiam się cały czas, po co obecnie jest aż tylu posłów, skoro i tak reprezentując 4 tylko partie polityczne reprezentują 4 rodzaje poglądów? Może wystarczyłoby tylko tylu posłów ile jest partii przekraczających próg wyborczy i, podobnie jak to się dzieje w spółkach akcyjnych, osoby te miały by taki procent liczby głosów do dyspozycji, jaki procent poparcia uzyskały w wyborach? Byłoby to rozsądniejsze, oszczędniejsze i racjonalniejsze. Członkowie rządu, powoływani spośród przygotowanych do tego fachowców, byliby takimi samymi urzędnikami, jak każdy inny pracownik administracji państwowej. Czy naprawdę musimy zatrudniać tak liczną rzeszę posłów, z których żaden nie mówi tego co myśli, powtarzając frazesy zgodne z linią partii? Czy naprawdę musimy utrzymywać te spersonifikowane lecz bezwolne procentowe głosy charakterystyczne dla walnego zgromadzenia akcyjnej spółki?

A może jest tak, że dokonując wyborczych decyzji oceniamy nie poglądy, lecz ludzi właśnie i ich działania? Jeśli w latach 90-tych wróciło do władzy SLD, to czy dlatego, że społeczeństwo nagle zmieniło poglądy na „lewicowe”? Czy raczej dlatego, że było zmęczone wojną na górze poszczególnych osób z tzw. środowiska postsolidarnościowego? Może wyborcy stwierdzili, że zagłosują na ludzi, którzy może i nie są uczciwi, ale przynajmniej się nie kłócą i potrafią rządzić, bo mają w tym doświadczenie. Trudno, że PRL-owskie, ale lepsze takie niż żadne. Z tych samych powodów następnie SLD straciło władzę. Nie dlatego, że nagle wszyscy stali się zatwardziałymi katolikami i/lub liberałami, ale dlatego, że zobaczyli, że członkowie SLD okazali się ludźmi bardziej niż w najgorszych przewidywaniach tą władzę wykorzystującymi.

Zmierzam do tego, że nie ma poglądów oderwanych od ludzi; że poglądy to jedno, a konsekwencja w ich realizacji to drugie. Każdy z osobna ma jakieś poglądy i są to w przypadku jednej osoby poglądy różne w różnych kwestiach. Jeśli jestem liberałem, nie oznacza to, że odmawiam sobie prawa do krytyki wulgarności w miejscu publicznym w imię źle rozumianej tolerancji. Jeśli jestem ateistą, nie oznacza to, że był muszę być antyklerykałem. Nie podzielam w najmniejszym stopniu poglądów Marka Jurka, ale jestem pełen uznania dla formy prezentowania przez niego swoich poglądów. Jeśli wybieramy człowieka jako naszego przedstawiciela, to po pierwsze dlatego, że podzielamy przynajmniej część jego poglądów i po drugie dlatego, że wierzymy, że dochowa wierności deklarowanym ideałom i po trzecie, dlatego że wierzę, że ten konkretny człowiek jest w stanie zachować się rozsądnie w danej sytuacji. Głosując na człowieka, a nie na partię nie rezygnuję z wybierania poglądów, a otrzymuję dodatkowo możliwość decyzji o formie reprezentacji tychże poglądów.

***

Jednym z potocznych zarzutów wobec JOW, to niebezpieczeństwo zapełnienia Sejmu Stokłosami. Przyznam, że nie trafia do mnie ten argument, bo obecna ordynacja umożliwiła realizację innego scenariusza: zapełnienia Sejmu Palikotami, Niesiołowskimi, Kutzami, Kurskimi, Kaliszami i innymi. To jest ta reprezentacja poglądów społeczeństwa? Wystarczy prześledzić liczby głosów na poszczególnych kandydatów w poszczególnych okręgach, by zobaczyć, że niektórzy posłowie zwycięskiej partii weszli do Sejmu po uzyskaniu kilkuset głosów, a inni nie weszli do Sejmu po uzyskaniu kilkunastu tysięcy głosów. To ma być sprawiedliwa proporcjonalna reprezentacja społeczeństwa? Wolne żarty! JOW nie musi wyeliminować z Sejmu Palikotów czy Stokłosów, ale argument, że w przypadku wprowadzenia JOW Sejm może zostać zdominowany przez takie indywidua, to jawna obraza i dosadna manifestacja pogardy dla wyborców oraz niepoważne traktowanie demokracji. 

Głosując na człowieka głosuję także na jego poglądy. Po to jest 460 posłów, aby w Sejmie były reprezentowane różne poglądy. Prawdopodobieństwo zdobycia 100% mandatów przy 51% poparcia jest takie samo jak obecnie zdominowanie Sejmu przez bezpartyjnych. Społeczeństwo dokonuje wyboru. Teraz też jest sporo ugrupowań, które nie mają parlamentarnej reprezentacji i nikt nad tym nie płacze. 47% wyborców, którzy poszli na ostatnie wybory nie będzie miało swojego reprezentanta na urzędzie prezydenta. Czy to jest powód do podnoszenia przez kogokolwiek pomysłu zdywersyfikowania urzędu prezydenta? 

Wybierając konkretnego człowieka mamy szansę rozliczyć tego konkretnego człowieka. Jeśli obecnie uznamy, że np. taki Palikot nie spełnia naszych oczekiwań jako reprezentant narodu, nie mamy żadnej możliwości wpłynięcia na jego pozycje na partyjnej liście decydującej o obecności w Sejmie. Gdyby zaś były JOW-y, odpowiednio skonstruowana kampania mogłaby przekonać mieszkańców jego okręgu, że wstyd jest mieć takiego posła. Tym bardziej, że w rodzinnym Lublinie Palikot nie ma chyba poparcia przekraczającego 50%.

***

Jednomandatowe okręgi wyborcze to mocno dyskusyjny temat i kontrowersyjne rozwiązanie. Wbrew temu, co sądzą jego krytycy, zwolennicy JOW nie traktują tego rozwiązania jako remedium na wszelkie bolączki demokracji. Wprowadzenie JOW musiałoby być poprzedzone szeroką dyskusją na temat dodatkowych warunków i szczegółowych rozwiązań. Dotychczasowa dyskusja polega na tym, ze o JOW rozmawiają albo zdeklarowani przeciwnicy JOW w studiu, albo jego zdeklarowani zwolennicy na internetowych blogach – taka sytuacja jest parodią demokracji. Dyskusja na ten temat nie może się także odbywać w warunkach jakiejkolwiek kampanii wyborczej czy doraźnych marketingowych działań jednej partii. Grozi to kolejnym legislacyjnym i ordynacyjnym bublem, który niczego nie usprawni, a zmieni tylko prawne furtki. Szanse na wprowadzenie JOW raczej oceniam jako nikłe w ciągu najbliższych kilkunastu, jak nie kilkudziesięciu lat, jednak dyskusja powinna się toczyć, abyśmy podczas ewentualnego referendum w przyszłości mogli decydować świadomie, a nie na podstawie obiegowych stereotypów i/lub uprzedzeń.

Dlatego wydaje mi się, że wysiłek zwolenników JOW, których podobno jest niemało, powinien iść przede wszystkim właśnie w kierunku jak najszerszej popularyzacji tematu DYSKUSJI o JOW. Sami woJOWnicy powinni się być może zastanowić nad rezygnacją z budzącej opór propagandowej agitacji na rzecz wprowadzenia JOW w życie. Powinniśmy natomiast nieustannie żądać od mediów organizowania rzetelnych paneli, w których brali by udział w równych siłach zwolennicy i przeciwnicy JOW. 

niedziela, 15 sierpnia 2010

Trzy wieki tuskomatołków?

Przeczytałem w Rzepie recenzję prozy Tadeusza Korzeniewskiego, w efekcie czy może w afekcie, pobiegłem natychmiast do internetowej księgarni, by w paru kliknięciach złożyć zamówienie i po jakimś czasie delektowałem się kilkoma kartkami oprawionymi dla kurażu w twarde oprawki. Połknąłem Korzeniewskiego w kilka godzin, rzuciłem się więc z rozpędu na weekendowy Plus-Minus, gdzie znalazłem kolejne teksty dotykające do żywego osobiste sfery moich chorych zainteresowań.

Na początek Ziemkiewicz, który cytując całkiem ciekawie śpiewającą Marię Peszek, być może wbrew własnym intencjom udowadnia, że Polska jako osobne państwo, czy nawet osobny naród, w zasadzie nie ma racji bytu. W połączeniu bowiem z opisem traktatu ryskiego dokonanym przez Piotra Zychowicza, daje ten cytat spójny obraz nie do końca świadomej, ale jednak rezygnacji Polaków z własnej podmiotowości na międzynarodowej scenie. Przedstawianie, w prywatnych rozmowach między Polakami, mentalności i funkcjonowania takich krajów jak Czechy, jako wzoru zachowania Polski i Polaków, także nie jest niczym innym jak poniżającym redukowaniem własnej podmiotowości. Poniżającym i negującym wysiłek, ambicje i dokonania przeszłych pokoleń, uwłaczającym naszej 1000-letniej historii, redukującym ofiarę przegranych i wygranych narodowych powstań do lokalnych awantur rozwydrzonych terrorystów podjudzonych awanturniczą lekturą Sienkiewicza.

W tym kontekście tekst Krasnodębskiego o tym, że świadectwem braku funkcjonowania państwa jest „niewyjaśniona tragiczna śmierć lżonego za życia prezydenta” a nie tkwiący jak zadra na sumieniu „drewniany krzyż pod Pałacem” - jest rzeczywiście jakąś nadętą, egzaltowaną i archaiczną diagnozą, przejawem anachronicznej walki z wiatrakami w epoce jutrzenki nowego ładu, gdzie nikomu na niczym innym nie powinno zależeć, prócz pielęgnacji własnego ogródka. Ważne jest „tu i teraz” – żeby zacytować naszego Premiera.

„Chcesz pokoju – szykuj się do wojny”. Młodzi, inteligentni, wykształceni nie tylko nie znają często tej maksymy, nie tylko nie starają się zrozumieć, co jej autor miał na myśli, ale nie rozumiejąc o czym mowa odrzucają ją a priori, bo przecież pacyfizm i pokój, a tu jakaś wojna. A przecież do zrozumienia jej pacyfistycznego właśnie wydźwięku nie potrzeba dużo bystrości, inteligencji i dobrej woli. Okazuje się jednak, że to minimum mimo wszystko pozostaje poza zasięgiem całkiem sporej grupy osób.

W tym kontekście nie dziwi, że diagnozy Krasnodębskiego, czy opisy Ziemkiewicza budzą taki opór, taką niechęć, nawet jeśli nie do osoby autora, to do samego zapoznania się z tymi tekstami. Nie tylko intelektualny spokój mógłby zostać zakłócony, ale i samozadowolenie oraz poczucie własnej intelektualnej wartości mogłyby zostać narażone na szwank w sytuacji, gdy tezy nie dość, że sprzeczne z poukładanym światopoglądem, to jeszcze nie do końca zrozumiałe.

Z tej bezmyślności wyedukowanych w systemie 3 razy Z (Zakuć, Zaliczyć, Zapomnieć) korzystają liczne Dyzmy będące marionetkami sił dziwnych i urojonych, którym to siłom fikcyjność własnego istnienia w niczym nie przeszkadza realnie oddziaływać na polityczną rzeczywistość. Świat idzie do przodu pomimo licznych analogii i zapożyczeń, cały czas działają wciąż te same jednakowe mechanizmy. Opisy powstające nie raz i w różnych czasach, nie tracą na aktualności, lecz mało komu otwierają oczy. Wyspiański, Witkacy, Gombrowicz, Korzeniewski… Oddajmy na moment głos temu ostatniemu, który w 1976 roku opisywał spotkanie Imka z trzema duchami. Po rozprawieniu się z duchem Konstrukcji i duchem Karola przyszła pora na ducha Kraju:

„Duch Kraju siedział lękliwie i czekał na pierwsze pytanie.
 - A ty co tak się marszczysz. Oczy rozbolą – Imek.
 Ale duch Kraju nie ustaje w obywatelskim marszczeniu twarzy, jakby już tam na niego cała telewizja patrzała.
 - Nie, nie – mówi – ale kraj potrzebuje, serc, umysłów do pracy, dużo już zrobiliśmy, ale i dużo jest do zrobienia, musimy się troszczyć, musimy się jednoczyć, musimy się wszyscy zjednoczyć we wspólnej trosce o dobro naszego kraju, naszej ojczyzny, wiecie, idzie o to…
 - Przestań ty najpierw tyłek temu swojemu Saszy lizać, wtedy porozmawiamy o kraju.
 W samą dychę. Duch z mety wyparował.”



Świat idzie do przodu. Różnica między powyższym opisem a sytuacją dzisiejszą polega na tym, że dzisiaj Premier i Ministrowie nie mają nawet cienia tego poczucia przyzwoitości, która w 1976 roku wobec zauważenia prostego oczywistego faktu kazała duchowi zniknąć, uznać porażkę własnej postawy. Po 35 latach takie pojęcia jak honor, przyzwoitość, prawda dalej nie istnieją, zatem bez cienia żenady można wpychać się ze swoim „musimy się wszyscy zjednoczyć we wspólnej trosce o dobro naszego kraju” i trwać, TRWAĆ, TRWAMAĆ na zdobytych pozycjach, nikomu nie potrzeba już nawet nic tłumaczyć ani uzasadniać, bo wszyscy już kupili ten prosty fakt, że dbając o własny ogródek dbamy o dobrość kraju. Nieważne którego, bo życie przecież mamy jedno.

Przykład traktatu ryskiego pokazuje, że być może pękło coś w Polakach bezpowrotnie znacznie wcześniej i znacznie bardziej niż jesteśmy sobie to w stanie wyobrazić. Być może rzeczywiście jedyną możliwością przetrwania jest zredukowanie Polski do roli czeskiego kraju balansującego pośród potężnych obcych sił, na które nie ma się najmniejszego wpływu. Widać wyraźnie, że frakcja tuskomatołków bezkrytycznie i afirmatywnie akceptująca taki stan rzeczy jest niezwykle silna i liczna. Widać również, że zrozpaczona i bezsilna frakcja niepodległościowców miota się nieporadnie jak spanikowana tonąca w gęstym bagnie ofiara losu.

Pytanie pozostaje otwarte, czy i co zrobi schowana zrezygnowana i niema dotychczas grupa Polaków faktycznie zajmująca się swoimi ogródkami, trzymająca się z dala od pseudosporów polskiego piekiełka. Jest ona przecież liczniejsza niż obie zwalczające się w swojej fikcyjnej wojnie frakcje razem wzięte. Czy będzie miała ochotę i predyspozycje, by przejąć zarządzający i organizacyjny nadzór nad ogółem ogródków? Czy też uzna, że właściwy geopolitycznie moment jest na tyle odległy, że trzeba zapewnić przetrwanie temu co ważne, w myśl starej rosyjskiej zasady „tisze jediesz, dalsze budiesz”? Pytanie…

Chciałbym podzielać wiarę Ziemkiewicza, że tak jak na początku XIX wieku tak i teraz „Nasz naród jak lawa / Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa / Lecz wewnętrznego ognia i sto lat nie wyziębi / Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi”. Chciałbym wierzyć, że będziemy w stanie odrzucić tą nieprzydatną skorupę plugastwa i wydobyć z głębi nową Elitę, Elitę prawdziwą, która będzie nie tylko rozumieć sens wartości, która będzie nie tylko używać do opisu tych wartości adekwatnych pojęć, ale będzie także umiała swoje idee skutecznie wdrożyć w życie.

poniedziałek, 19 lipca 2010

Rewolucyjna prowokacja władzy

W poprzedniej notce zwróciłem uwagę na zniechęcającą do aktywności funkcję formy naszego politycznego dyskursu. Zniechęcenie, będące efektem intelektualnej, formalnej i aksjologicznej degrengolady języka współczesnej polityki, jawi się nie tyle jako efekt uboczny postpolityki, ile staje się jej celem głównym. To oczywiście tylko poznawcza hipoteza, dzisiaj chciałbym zająć się inną równie (nie)prawdopodobną hipotezą. Podobnie jak poprzednia, nie ma ona charakteru lokalnego, a związana jest z sytuacją w całym euroamerykańskim kręgu kulturowym. Żeby jednak ją właściwie zrozumieć, należy zasygnalizować kilka kontekstów.

Istnieją różne teorie spiskowe na temat zamachów na WTC. Funkcjonują w obiegu nawet takie, które nawet jeśli o organizację tego wielce doniosłego symbolicznie wydarzenia nie oskarżają amerykańskich służb specjalnych, to głoszą, że stało się to za cichym przyzwoleniem CIA oraz FBI, które nie interweniowały pomimo pozwalającej na interwencję wiedzy. Jaka jest prawda – może dowiedzą się nasze wnuki, jedno jest pewne. Ten zamach niewątpliwie zapoczątkował pewne zmiany w funkcjonowaniu społeczeństw, które wyglądają na nieodwracalne.

Wiadomo, że w sytuacji gospodarczego krachu, aby nakłonić społeczeństwo do zgody na niezbędne, ale drakońskie reformy i posunięcia, doprowadza się m.in. do hiperinflacji. Ludzie są w stanie zgodzić się na każde cięcia, gdy dzisiejsza pensja jutro zamienia się w wartość pudełka zapałek. Katastrofa gospodarcza Polski pod koniec lat 80-tych nie uzasadniała aż takiego poziomu hiperinflacji. Nie chcę jednak analizować ekonomii PRL-u, tylko zwrócić uwagę na fakt, że pewne wydarzenia, pewne kluczowe czy drastyczne zmiany są możliwe tylko w określonych społecznych warunkach. 

Jeszcze jedno zastrzeżenie. Obserwując i zastanawiając się nad genezą i celem takich a nie innych zachowań poszczególnych polityków, daleki jestem od dwu rzeczy: po pierwsze nie wierzę, że zachowania poszczególnych polityków są przejawem jedynie osobistych frustracji, urazów, fobii, uprzedzeń, przekonań, wiary czy wielu innych indywidualnych rzeczy. Polityk mówi to, co ma mówić. Będzie się starał powiedzieć to własnymi słowami, by zachować przed samym sobą pozory autonomiczności i podmiotowości, ale treść zawsze będzie zgodna z tym, co zostało ustalone z własnym zapleczem. Palikot czy Kurski to przykłady oczywiste. Natomiast zdziwienie Tuska różnymi ruchami Komorowskiego pokazuje tylko, że środowisko decyzyjne Komorowskiego niekoniecznie jest tożsame ze środowiskiem decyzyjnym Tuska. Pytania, które należy zadać to: jakie to środowiska, które jest silniejsze i w jakim zakresie.

Po drugie, nie wierzę jednocześnie, że polityk musi znać wszystkie uwarunkowania przyczynowe oraz realne konsekwencje podejmowanych kolektywnie decyzji. Jak pokazuje przypadek Zatoki Świń, grupa ludzi z bardzo dobrymi intencjami podjęła jedną z najbardziej niebezpiecznych, złych i nieprzemyślanych decyzji, która na skutek daleko idących reperkusji doprowadziła świat na skraj nuklearnej katastrofy. Jednak fakt trwania polityka w nieświadomości możliwych konsekwencji nie zmienia innego faktu, że wewnętrzna logika takich zbiorowych działań daje się opisać i zdefiniować. Niestety jest to możliwe z reguły raczej po fakcie, dlatego każda próba analizy na bieżąco jest obarczona sporym ryzykiem machnięcia na nią ręką i włożeniem jej do szufladki spiskowej teorii dziejów. Korzystając jednak z okazji, że (jeszcze) nie mieszkamy w Chinach, pomimo inwigilacji Internetu przez agendy rządowe, pomimo zastraszających kampanii informacyjnych o tym, że „każdy ruch w sieci zostawia ślad”, pozwolę sobie na tę chwilę zabawy, która może pomóc pozbierać myśli.

Ok., wiem, że na razie nie wychodzę poza banały. Co to ma wszystko wspólnego z obecną sytuacją w Polsce? Wracając zatem do naszego szambiarskiego podwórka, nie mogę uwolnić się od wrażenia, że od jakiegoś czasu przygotowywany jest grunt pod rewolucję. I nie będzie to oddolna rewolucja poprowadzona przez jakiegoś nowego Leppera czy sprawniejszego Rydzyka. Będzie to sterowana rewolucja, podobna do tego co się dzieje niedostrzegalnie, ale bardzo konsekwentnie w USA i stamtąd rozlewa się na resztę świata.

Po zamachach na WTC ludzie zaczęli zgadzać się na rzeczy, przeciwko którym wcześniej protestowaliby na każdym rogu. Inwigilacja poczty, odciski palców na lotniskach, paszporty biometryczne, bazy DNA, skanery twarzy na dworcach… Google idzie na wojnę z Chinami o wolność Internetu, ale mam wrażenie, że to tylko zasłona dymna wobec własnego społeczeństwa, które zaczyna mieć wątpliwości, czy USA nie dryfują nieco za bardzo w kierunku chińskiego modelu kontroli. Dlatego w ostatnim czasie mogliśmy zaobserwować szereg pozorowanych działań w obronie wolności przepływu informacji i poszanowania dla praw człowieka w Chinach i gdzie indziej, ze strony różnych międzynarodowych koncernów. Idzie to w parze z poklepywaniem się chińskich przywódców z euroamerykańskimi prezydentami, co jest jasnym sygnałem: wiesz jak jest – każdy musi zachowywać swoje pozory.

Światowy kryzys bankowy jasno uwidocznił różnicę podejścia do problemów i słabości poszczególnych gospodarek. O ile Amerykanie i Europejczycy skupili się na ratowaniu gigantów, którzy często stanowili przyczynę kryzysu, o tyle np. Chiny wpompowały olbrzymią kasę w rozpoczęcie tworzenia nieistniejącego dotychczas systemów ubezpieczeń społecznych. Kasa ta i tak wróci na rynek, ale struktura gospodarczo-społeczna rozpocznie niezbędne reformy. O ile Ameryka skupiła się na ratowaniu sprawcy, o tyle Chiny wykonały klasyczną ucieczkę do przodu.

Przypadek Grecji pokazał w jak katastrofalnym stanie jest gospodarka strefy euro. Tuż za Grecją czai się Portugalia, Hiszpania, Belgia, Włochy i cała reszta. Z drugiej strony Rosja sypie się od jakiegoś czasu, choć podobnie jak w Eurolandzie, stara się przekonać Rosjan, że wsio w pariadkie. Zaś stara zasada mówi, że w sytuacji kryzysu najskuteczniejszym działaniem jest ucieczka w konflikt. Gruzja w 2008 roku uświadomiła wszystkim, że wymachiwanie szabelką na obcym terytorium w przypadku Eurolandu nie wchodzi w grę. Choćby tylko werbalnie. Gdyby politycy rzeczywiście podejmowali decyzje, nie dopuściliby do tak jawnego okazania słabości i pełnej kapitulacji, nawet bez słabego tupnięcia nogą. To co się stało w Gruzji stanowi bardzo jasny sygnał dla całego świata. Pisałem o tym już w 2008 roku. Nie można bowiem nazywać jakimkolwiek działaniem żałosnego marszczenia czoła przez Sarkozego, czy bezradnych eskapad środkowoeuropejskich prezydentów. Osłabionej Ameryce wystarczą na razie Irak i Afganistan, co zapewnia świetny rynek zbytu dla przemysłu zbrojeniowego. Z tego powodu wojna w Afganistanie nie skończy się jeszcze długo. Afgańskie złoża uranu, o których nie mówi się prawie wcale i trudno znaleźć na ten temat jakiekolwiek informacje, sprawiają, że nadzieja na szybkie uwolnienie amerykańskiego wojska dla działań w innym regionie jest raczej płonna.

Sytuacja gospodarcza socjalnego Erolandu, w połączeniu problemami imigracyjnymi (w Niemczech jest już podobno 18 mln Turków), możliwość zawirowań w słabszej części Europy wschodniej, która w na razie niezauważalny sposób oddawana jest wpływom rosyjskim oraz ewolucyjna zmiana stosunków sił geopolitycznych na świecie - wszystko to razem sprawia, że Unia Europejska przypomina mi sytuację dziecka w domu zalewanym przez powódź, które weszło na szafę i bezradnie przygląda się wdzierającej się do środka wodzie.

Nie inaczej jest u nas. Mit zielonej wyspy na czerwonym oceanie Europy jest niebezpieczny niezależnie od tego czy jest prawdziwy czy fałszywy. Jeśli jest prawdziwy, staje się niebezpieczny dla Eurolandu, bo pokazuje, że względnie duże zamknięcie rynku i własna waluta może być remedium na globalistyczne zawirowania. Jest to potencjalnie świetną pożywką dla wszelkiej maści ruchów separatystycznych, negujących wartość integracji, która jak w przypadku Słowacji czy krajów nadbałtyckich po pierwszej euforii przyniosła spore straty. Jeśli natomiast jest fałszywa, stawia to w bardzo trudnym położeniu nie tylko polski rząd, nie tylko całą polską gospodarkę, która być może dzięki temu przetrwała niewzruszona, że Polacy nie uwierzyli w żaden kryzys. Gdy świadomość ta w końcu do Polaków dotrze, załamie się kolejny duży wbrew pozorom europejski rynek i ostatnia wizerunkowa szalupa ratunkowa podtrzymująca nadzieję, ze obecny kryzys nie oznacza krachu. Wobec zaś znanej polskiej krewkości, wobec tego podskórnego wrzenia, które wibruje, na razie skutecznie tłumione paradoksalnie pokładami wysokim poziomem pospolitego zdrowego rozsądku – może dojść do znacznie poważniejszego wybuchu niż w Grecji, gdzie nerwy spowodowane są ekonomią. U nas natomiast oprócz znacznie gorszych warunków socjalnych, nagromadzone są olbrzymie pokłady społecznej frustracji związanej z ciągnącym się od PRL-u i nieprzerwanym wcale w 89 roku poczuciem silnej konfliktowej opozycji między władzą a obywatelem.

W takich okolicznościach polityka miłości, którą Donald Tusk podbił i trzyma do dziś za serca szerokie rzesze polskiego społeczeństwa, skuteczna do pewnego momentu zmieniła swój wektor o 180 stopni po katastrofie smoleńskiej. Do tego momentu było to drobne kopanie politycznego przeciwnika po kostkach pod stołem i bogobojne wznoszenie oczu do nieba na widoku. Kochajmy się, bo zgoda buduje. Po względnym spokoju żałoby po katastrofie smoleńskiej, politycy Platformy zarzucili maskę miłości i ubrali nową maskę świętego oburzenia na agresję PiS. Z kolei pisowska maska męczeńskiego pokoju nieco popsuła Platformie szyki, ale nie sprawiła, że główny nurt uległ jakiejkolwiek zmianie. Działania nakierowane na sprowokowanie przeciwnika wreszcie odniosły skutek i teraz można już z pełnym uzasadnieniem nie tylko kopać się po kostkach, ale również okładać pięściami po głowie.

Nie jest moim celem ocenianie czy obrona kogokolwiek. Widać gołym okiem, że PiS nie pozostaje dłużny i swoimi różnymi nieprzemyślanymi i niedyplomatycznymi wypowiedziami dostarcza amunicji do tej zastępczej wojny mającej zamaskować realne problemy. Krótki okres trzymania języka za zębami minął i teraz obie strony zgodnie rozwijają skrzydła. Dopiero w tym momencie niestety mogę dojść do sedna tego co chciałbym przekazać.

Nie wiadomo o co tak naprawdę toczy się gra. Pisałem już, że poziomy: oderwania od faktów, pomieszania pojęć i dekonstrukcji zasad - posunęły się tak daleko, że sytuacja straciła jakąkolwiek możliwość racjonalnego wytłumaczenia. Wszystkie obecne partie polityczne w podobnym stopniu uczestniczą w tej dekonstrukcji pojęć i promowaniu absurdu. Jedna wersja mówi o procesie zniechęcania społeczeństwa do polityki, w celu korporacyjnego zamknięcia środowiska władzy. Jednak równie prawdopodobna wydaje się być wizja przygotowywania gruntu pod rewolucję. Poziom agresji, frustracji i wspomnianego absurdu jest taki, że nie tylko bliscy znajomi, ale nawet bliscy krewni skaczą sobie do gardeł. Dyskusja przestaje być możliwa i niebezpiecznie zbliża się do momentu, gdy nie pozostaje nic innego jak cios między oczy. Zaczynam odnosić nieodparte wrażenie, że w końcu jakiś niezrównoważony psychicznie chory człowiek zrobi realną krzywdę osobie publicznej i będzie to ten oczekiwany pretekst: Patrzcie z kim mamy do czynienia! Zagrożenie terroryzmem jest nie tylko ze strony Talibów, ale także ze strony polskich oszołomów! Należy wprowadzić stan wyjątkowy, wyłapać agresywne jednostki, by normalne społeczeństwo mogło normalnie funkcjonować. Itd. Itp.

Obawiam się, że na tym się nie skończy i albo frustracja w końcu wybuchnie i naprawdę poleje się krew, albo Polacy po raz pierwszy zachowają się jak bracia Czesi i pukając się w głowę, zamkną się w swoich ogródkach, pokornie godząc się na ograniczenie wolności w zamian za bezpieczeństwo. Zupełnie inną kwestią jest to, czy ta rewolucja zostanie sprowokowana u nas, czy zacznie się w zupełnie innej części Europy lub świata.

Chcę wierzyć, że teoria o procesie zamykania społeczeństwa w gettach jest bliższa rzeczywistości, niż teoria rewolucyjna. Niestety jedno nie musi się kłócić z drugim, te hipotezy nie wykluczają się, a mogą  uzupełniać. Chciałbym się mylić i spokojnie pracować na swoją emeryturę. Ale też staram się nie przywiązywać zanadto do rzeczy, bo historia uczy nas, że okres pokoju jest raczej wyjątkiem niż regułą. Zaś okres pokoju przez kilka pokoleń pod rząd zaczyna się kłócić z rachunkiem prawdopodobieństwa.

czwartek, 15 lipca 2010

Monopol władzy jest OK

Naprawdę serdecznie i szczerze mam dość oglądania, czytania i słuchania wszelkich przejawów toczącej się wojny polsko-polskiej. Jak widz horrorów zerkam jednak nieustannie przez szpary między palcami, powodowany ciekawością biorącą górę nad obrzydzeniem. Gdy jednak przychodzi przerwa na reklamy i zamiast w telewizor zerkam na drzewa, chwilowe wyciszenie produkuje nieco refleksji.Bo przecież nie o wojnę żadną tu chodzi. Nie o zdobycie elektoratu. Nie o polityczne wpływy. Gra toczy się o coś znacznie poważniejszego. Można by zwalać wszystko na kwestię osobistych ułomności poszczególnych polityków czy dziennikarzy, na brak ich wyczucia, nieporadność czy złą wolę. Jednak problem nie dotyczy tylko polityków i ich niewłaściwych odzywek. Cel jaki jawi się na horyzoncie tych pozornie chaotycznych działań, cel, który nie jest przez większość aktorów publicznej sceny rozpoznany i zdefiniowany, tym celem jest zamknięcie jak największej liczby ludzi w gettach.

Dawno temu zastanawiałem się po co program pierwszy polskiego radia nadaje co godzinę komunikaty o liczbie wypadków drogowych, rabunków i innych nieszczęść. Zrozumiałem, gdy dotarło do mnie jak często moja Babcia przestrzega mnie przed nocnymi spacerami, jazdą samochodem i innymi nieodpowiedzialnymi zachowaniami. Otóż komunikaty programu pierwszego były i są częścią zakrojonej na dużo szerszą skalę akcji zatrzymywania emerytów w domu. Wiadomo wszakże, że gdy problemu nie widać to go nie ma, a skoro na ulicach pogłowie staruszek jest niskie, to pozwala trwać młodzieży rozpędzonej w produkcyjnym wieku, w fałszywym przekonaniu, że społeczeństwo wcale się nie starzeje, a bycie emerytem zdarza się mało komu. „Żyj szybko, kochaj mocno, umieraj młodo”.

Cała ta tak zwana palikotyzacja polityki ma podobne i pokrewne cele. Po pierwsze im więcej osób przecież zniechęcimy nie tylko do polityki jako takiej, ale do jakiejkolwiek aktywności społecznej, im więcej osób będzie przekonanych, że polityka to szambo i nic poza tym, tym łatwiej będzie korporacyjnie zamknąć środowiska władzy dla określonych synekur.

Po drugie, budując atmosferę absurdu, niszcząc jakiekolwiek resztki płaszczyzn dialogu, rozmontowując wspólnoty pojęć budowane latami pracowicie przez filozofów, pozbawiamy sensu dialog i dyskusję jako taką. Jeśli bowiem zwykłe ordynarne pospolite chamstwo nazywamy odwagą mówienia niewygodnej prawdy, jeśli jawne kłamstwo i manipulację nazywamy dziennikarską rzetelnością i poszukiwaniem obiektywnej prawdy, zaś w drugą stronę jeśli zwracanie uwagi na logiczne sprzeczności w jakiejś wypowiedzi nazywamy ksenofobicznym przegięciem i paranoją spiskową – to przecież jasne jest że dyskutować się w takich warunkach nie da.

Dawniej oszczercę, kłamcę albo pomawiacza wyzwałoby się na ubitą ziemię i albo go skarciło, albo zastrzeliło, jeśliby okazywał się niereformowalny. Dzisiaj jest to zabronione i dlatego można każdego zmieszać z błotem. Okazuje się że nawet milczeć można agresywnie. Jak na taką sytuację reagują rozsądni ludzie? „Nie będę przecież się zniżał do jego poziomu, macham ręka i zajmuję się swoimi sprawami. Nie ma sensu zmieniać świata, bo to porywanie się z motyką na słońce”. I o to właśnie chodzi w tym doprowadzaniu spraw do absurdu.

Obedrzeć każdy rodzaj publicznej aktywności z godności, szacunku i intelektualnej uczciwości. W tym kierunku działała michnikowszczyzna, ale w te cele wpisują się również wszelkie tańce z gwiazdami, big brothery i wizyty u Wojewódzkiego, w których nie ma żadnej treści, bo treść jest przecież niepożądana. Doprowadzić do sytuacji, gdy na samą myśl, że można by coś zrobić dla innych, co nie daj Boże dojdzie do prasy – w rozsądnych ludziach wywoła taką gęsią skórkę, że wrócą szybciutko do swoich czterech ścian lub czterech rogów warzywnego ogródka. W te cele wpisują się gadające głowy powielające w nieskończoność dyrdymały, by przekonać nas, że jesteśmy mądrzejsi od pana profesora z telewizji, a widocznie nawet profesor, gdy wchodzi do studia zamienia się w kretyna, więc od telewizji należy trzymać się z daleka.

Z prezydentem Kwaśniewskim rzadko się zgadzam, ale ostatnio ostudził zapędy jakiegoś krewkiego dziennikarza słowami, które od dłuższego czasu kołaczą mi się po głowie: to nie monopolizacja władzy przez Platformę Obywatelską jest zagrożeniem. Monopol władzy jest narzędziem, które pozwala skutecznie rządzić. Rząd jednopartyjny uniemożliwia zwalanie winy na koalicjanta. Prezydent z tej samej formacji w naturalny sposób lepiej z rządem współpracuje. To jest dobra dla demokracji sytuacja i wcale nie niebezpieczna.

Problem naszej demokracji i naszego niemałego wcale kraju polega na zupełnie czymś innym. Oprócz opisywanej już długo i równie jałowo fasadowości podstawowych instytucji trójpodziału władzy, oprócz fikcji funkcjonowania systemu społecznej kontroli, czyli tzw. czwartej władzy, jest jeszcze problem najbardziej podstawowy. A ponieważ jest to problem najtrudniejszy do rozwiazania, ludzie starają się nauczyć z nim jakoś żyć i funkcjonować w tych warunkach braku podstawowych zasad, zaczynając traktować ten stan jako naturalny.

Problemem tym jest wspomniana dekonstrukcja podstawowych pojęć porządkujących sferę publicznego dyskursu. Absolutnie wszyscy zaczynają się łapać w te sidła twierdząc np. że Kaczyński naraża się na ataki, bo coś niewłaściwie powiedział, albo inteligentni ludzie przekonują mnie, że Palikot jest potrzebny bo mówi rzeczy, których inni boją się powiedzieć. Dużo można zarzucić zarówno PiS-owi jak i PO, każdy czasem chlapnie coś głupiego. Jednak żeby dyskusja była konstruktywna i skuteczna, musi mieć choć luźny związek z faktami, z rzeczywistością. Proporcje muszą być zachowane. Przecież wystarczy z uwagą wczytać się w napisane słowa, przeczytać prosty tekst ze zrozumieniem, by zauważyć, jaka jest prawda. Ja coraz częściej mam ochotę odpowiadać, że Kopernik była kobietą!!! Bo jeśli Kaczyński w swoich wypowiedziach jest agresywny, a Palikot tylko głośno mówi to, co myślą prości ludzie - to żyjemy w bunkrach z Seksmisji. Ja wychodzę. (I o to właśnie IM chodzi) ;-)

Dalszy ciąg tekstu w notce: Rewolucyjna prowokacja władzy.

piątek, 9 lipca 2010

Po co było się bić z Hitlerem?

Byłem ostatnio w Paryżu. Piękny i monumentalny, historyczny, stary ale i nowoczesny, miejscami kameralny i jednocześnie niezwykle rozległy. W swojej masie stawał się jednak coraz bardziej nudny: można jechać długo metrem z jednego końca miasta na drugi, wysiadasz i znowu te same monumentalne XIX-wieczne kamienice. Obojętnie, czy powstały 100, 200 czy 300 lat temu - ich stylistyka jest bardzo podobna. Monumentalna monotonia. Takie pierwsze wrażenie zblazowanego turysty.

Następnie przyszła druga refleksja, która towarzyszyła mi również w czeskiej Pradze. Patrząc na te wszystkie kilkusetletnie pałace, rzędy kamienic, zadbane historyczne fasady przychodziła mi do głowy jedna myśl: a może to jednak był błąd że nie poddaliśmy się Hitlerowi w ciągu tygodnia, jak Francuzi?

Czytając tekst Piotra Lisiewicza z Gazety Polskiej przyznaję, że dziele jego pasje i frustracje. Poziom oderwania od podstawowych zasad spajających ludzką wspólnotę sprawia, że ta wspólnota balansuje na krawędzi anomii. Wystarczy już bardzo niewiele, aby zerwać ostatnie nici, które powstrzymują ludzi przed agresją, gwałtem, kradzieżą, przed wszystkim co w normalnych warunkach nazywamy przestępstwem. Jeśli można kłamać w żywe oczy, jeśli można jawnie łamać prawo, jeśli można to robić bezkarnie pod warunkiem poparcia dla ideologii relatywizującej wszystko michnikowszczyzny – to jaki ja mam interes domagać się prawdy, sprawiedliwości i szacunku tak po prostu?

Czytając tekst Lisiewicza, nie sposób nie zauważyć, że poziom frustracji przekroczył poziom umożliwiający merytoryczną dyskusję. Tekst jest erupcja tej frustracji i przerażenia, i jeśli można w nim się dopatrzeć jakichś faktów czy diagnoz, to zdecydowanie giną za kurtyną emocjonalnego jazgotu. To nie jest tekst dziennikarza. To jest tekst dla Leppera, do wygłaszania na wiecu.

Otwarcie Polski na świat sprawiło, że młodzi ludzie zaczęli masowo jeździć po świecie. Ponoć jesteśmy najbardziej turystycznym narodem w Europie. Patrząc na nienaruszone mury francuskiej stolicy można dojść do wniosku, że honorowa postawa naszych przodków nie przyniosła nam wiele dobrego. Cały kraj trzeba było budować niemalże od nowa, a wszyscy najlepsi synowie narodu wyginęli jak dinozaury. Zaś pozostałe przy życiu dzieci, nie mają wcale ochoty przyznawać się do tego dziedzictwa, a wręcz mszczą się na naiwnych i butnych przodkach, kastrując pamięć o nich, jak curunia głównego bohatera Seksmisji.

Ja rozumiem to podejście zagubionych ludzi, którzy przekonują mnie, że najważniejszy jest przecież własny dobrobyt, że tym własnym dobrobytem budujemy nasz kraj, który jest sumą wszystkich dobrobytów. Natomiast wszystkie głosy przypominające o wartościach, o zasadach, są przejawem anachronizmu, katolickiego wstecznictwa i nie powinny wychodzić poza akademickie bądź klasztorne dysputy. Co więcej przypominanie o wartościach jest bezpośrednią ingerencją państwa w sumienia obywateli, co jest z gruntu naganne i trzeba to tępić. Przyznaję, że jako nieochrzczony agnostyk, pozostający poza katolicką wspólnotą jestem za każdym razem tak samo poruszony dehumanizacją podobnych sądów.

Witkacy opisywał w Nienasyceniu pigułki Murti-Binga. Pigułki mongolskiego filozofa, które przenoszą światopogląd - wystarczy je połknąć i naraz świat staje się taki jak trzeba. Pigułki te były narzędziem opanowania umysłów przez chińskich najeźdźców. Współczesnej wersji tych tabletek nie trzeba sobie aplikować i zatruwać żołądka. Nie trzeba nawet o nich pamiętać. Dzisiaj światopogląd Murti-Binga bez naszej wiedzy i woli wsącza się w nasze umysły.  „Wszędzie gdzie się nie spojrzę - chcę sobie zrobić dobrze”. To jedyna rzecz jaka jest godna naszych wysiłków: codzienny onanizm wzmacnia organizm.

Ja rozumiem to podejście i patrząc na nienaruszone fasady Paryża również się zastanawiam: o co mi właściwie chodzi? I po chwili zastanowienia dochodzę do wniosku, że najwyższa pora, by zacząć głośno mówić o gruntownej reorganizacji systemu nauczania. Historię, religię, etykę, polonistykę itp. bezużyteczne przedmioty powinno się, jeśli nie zlikwidować, to zdecydowanie zredukować. Położyć trzeba natomiast większy nacisk na matematykę oraz języki obce, ze szczególnym uwzględnieniem rosyjskiego i niemieckiego.

***

Myślałem też o tym, by napisać dwa słowa o konsekwencjach opisywanej wyżej konformistycznej metodologii rozwoju, ale doszedłem do wniosku, że dla myślących te konsekwencje są oczywiste, a użytkownicy Murti-Binga na te konsekwencje najnormalniej w świecie się godzą.

Nie dziwi już także, że zwrócenie uwagi na pewne oczywiste dla naukowca mechanizmy reprodukowania stereotypów, zmusza do podania z pozoru obiektywnej informacji, która zawiera całkiem czytelną ocenę redaktora, przy jednoczesnym zdezawuowaniu autora analizy poprzez przywołanie odpowiedniego stereotypu nawiedzonej katechetki. Komentarz nie jest zbyteczny. To sprawa dla Rady Etyki Mediów, ale ona jak wiele innych instytucji w naszym fikcyjnym polskim państwie, nie tylko nie ma skutecznych narzędzi, ale nawet nie ma zamiaru zajmować się tym, do czego została powołana.

http://autorzygazetypolskiej.salon24.pl/205902,pozegnanie-z-honorem
http://www.ipsir.uw.edu.pl/.../artykulowypowiedziachPalikota.doc
http://wiadomosci.gazeta.pl/...Palikota_tekst_profesor_UW_na_stronie.html

poniedziałek, 5 lipca 2010

Przemieszczony rasizm

W trakcie kampanii wyborczej wszedłem w pewien spór z osobą, której argumenty były, jak to często się zdarza przy pseudopolitycznych sporach, nieracjonalne, nieadekwatne i ubliżające. Próbowałem najpierw wskazać ich wewnętrzną niekonsekwencję i niespójność, ale podobnie jak w przypadku Niesiołowskiego, nie zrażało to w najmniejszy sposób tejże osoby. Próbowałem w różny sposób powstrzymać nieprzyjemne dla mnie, napastliwe kolejne rewelacje, przesyłane mi mailem, sms-em i innymi kanałami. Najpierw prosiłem o zachowanie minimum logiki i odnoszenie się do wypowiedzianych przeze mnie argumentów, zamiast zużytych klisz i schematów funkcjonujących w prasowym obiegu. Następnie zacząłem stosować równie absurdalne argumenty odwrócone w druga stronę, żeby pokazać, że taka droga do niczego sensownego nie doprowadzi. W końcu, zrezygnowany i zdesperowany wszedłem w role osoby, którą rozmówca chciał we mnie widzieć i zaserwowałem serię ironicznych żartów, przekraczających w równym stopniu co dyskutant, wszelkie granice dobrego smaku i wyczucia. Nie mam nic przeciwko ostrej wymianie zdań, nie mam problemu z dostosowaniem poziomu języka i argumentacji do rozmówcy, z reguły okazuje się jednak, że ostrość sądów jest do zaakceptowania tylko w jedną stronę. Osoba ta zerwała w końcu ze mną kontakt, co pozwoliło mi na nabranie oddechu i zastanowienie się nad całą sytuacją.

Powyższy opis nie jest spowodowany chęcią odreagowania frustracji, będącej wynikiem porażki komunikacyjnej z jedna konkretna osobą. Powyższy opis jest przykładem dość typowej sytuacji niemerytorycznego, plemiennego sporu, który toczy się niemal na każdym rogu. Jest to spór w którym argumenty odnoszące się do pochodzenia, wykształcenia, wysokości pensji są do przyjęcia gdy chcemy zdyskredytować jedną stronę, ale potępiamy i wyśmiewamy te same argumenty jeśli padają one w drugą stronę. Bardzo wygodnym w ostrzejszej dyskusji zarzutem jest m.in. stosowanie argumentu ad personam. Jeśli używa się formy "wyborcy danej opcji to niewykształceni, słabo zarabiający głupole", to stwierdza się demograficzny fakt. Gdy natomiast użyć formy "głosujesz na tą opcję bo jesteś niewykształconym słabo zarabiającym głupolem" - to już jest nie do przyjęcia, bo to jest argument ad personam. Przyznaję natomiast, że nie widzę wielkiej różnicy w poniżającym charakterze jednego i drugiego określenia.

Wpadła mi ostatnio w rękę książeczka Slavoja Żiżka pt. "Kruchy absolut". Książka traktuje o relacjach marksizmu z chrześcijaństwem, co juz samo w sobie jest tematem ciekawym. Jednak jak to u Żiżka, możemy co i rusz natknąć się na fragmenty, które doskonale pasują do różnych innych, nie związanych z głównym tematem aspektów rzeczywistości. Już na stronie 15 znalazłem interesujący fragment który pozwolił mi zrozumieć strukturę opisywanego wyżej zjawiska:

"Przykład Kusturicy pozwala nam rozpoznać logikę przemieszczonego rasizmu. Ponieważ Bałkany sa w sensie geograficznym częścia Europy, zamieszkiwana przez białą ludność, to rasistowskie klisze - których nikt dzisiaj, w tych naszych politycznie poprawnych czasach, nie śmiałby stosować do ludnosci afrykańskiej bądź azjatyckiej - mogą być do woli przypisywane właśnie ludziom z Bałkanów. Walki polityczne na Bałkanach porównuje sie do śmiesznych operowych intryg; Ceausescu przedstawiano jako współczesną reinkarnacje hrabiego Drakuli... Co więcej, jest tak, jakby w obrębie samego rejonu bałkańskiego Słowenia była najsilniej wystawiona na ten przemieszczony rasizm, ponieważ jest najbliżej Zachodniej Europy. Gdy w wywiadzie na temat swojego filmu Underground Kusturica potępił Słoweńców jako naród austriackich parobków, nikt nawet nie zareagował na jawny rasizm tego stwierdzenia, był on do przyjęcia, ponieważ "autentycznie" egzotyczny artysta ze słabiej rozwiniętej części byłej Jugosławii atakował jej najbardziej rozwinięta część..."

Wracając na nasze polskie podwórko, tacy politycy, jak Palikot, Niesiołowski i jeszcze paru innych, demolują polski dyskurs publiczny nie tylko swoim chamstwem i grubiaństwem. Demolują przede wszystkim głowy telewidzów epatując ich na co dzień przemieszczoną na politycznego przeciwnika niezwykle agresywna formą RASIZMU. Rasizmu, który usprawiedliwia i pozwala na żarty w stylu "powinniśmy pozwolić wyjechać wszystkim pisiorom do Chicago, a następnie zabrać im pozwolenia na powrót". Już widzę, co by się działo (i popierałbym to oburzenie), gdyby zamiast pisiorów, ktoś użył określeń "Żydzi" albo "geje"? Ten przemieszczony rasizm jest przezroczysty do tego stopnia, że nawet jeśli jakoś podskórnie wyczuwam niestosowność pewnych "argumentów" i "diagnoz", to nie jestem w stanie odpowiednio zareagować nazywając rzecz po imieniu. A przecież bez przywrócenia wartości zasadom europejskiego dziedzictwa kulturowego - dialogu, tolerancji, walki z wykluczeniem - nie będzie żadnej modernizacji naszego kraju w każdym możliwym aspekcie.

p.s. Pytanie do prawników: można wytoczyć proces za szerzenie treści faszystowskich lub antysemickich. Czy nie można z tych samych powodów wytoczyć procesu osobie publicznej za szerzenie treści anty-wiejskich, anty-warszawskich, czy anty-polskich? Dlaczego bałkanizujemy nasz kraj, wyłączając Polaków z zasad europejskiej kultury dyskursu? Jak pokazuje doświadczenie, samo nawoływanie o przywrócenie kultury dyskursu nie odnosi najmniejszych rezultatów.

czwartek, 29 kwietnia 2010

Przekroczone granice wojewódzkich figur

Nigdy nie dyskutuj z debilem, bo sprowadzi Cię do swojego poziomu i pokona doświadczeniem. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że jedyna właściwa reakcja na wyczyny chamskich bezczelnych prostaków, czyli pełne współczucia wzruszenie ramion - nic nie da. Ale próby intelektualnego sparringu na argumenty także nie przyniosą żadnych rezultatów poza ekwilibrystycznymi popisami erystyki. Już dawno bowiem w dyskusji nie chodzi o to, by zrozumieć otaczający nas świat, ale o to by potwierdzić przynależność do określonego plemienia. Klasyczne greckie dialogi zastąpione zostały tokowaniem nastroszonych głuszców.

Żyjemy w świecie gdy kolejne awangardy artystyczno-społeczne przekroczyły już wszystkie granice. Dokonało się kilka rewolucji kulturalnych, które pokazały człowiekowi po raz kolejny, że przesada w każdym temacie jest po prostu groźna. Wspomniane awangardy przetarły następnym pokoleniom ścieżki, które dziś są kilkupasmowymi autostradami. Rewolucje wyzwoliły nas spod władzy licznych stereotypów, przesądów i symbolicznej przemocy. Kobiety mają takie same prawa jak mężczyźni, nikt poważny w Europie nie myśli o zabijaniu w imię boże, nikt nikogo nie skazuje na więzienie za "sodomię". Ograniczenia naszych przodków - nas już nie dotyczą.

W XX wieku mieliśmy dwa rzuty artystycznej awangardy. W okresie międzywojennym oraz na przełomie lat 50 i 60. Z obu awangard artyści wyszli z poczuciem dotarcia do granic. Granic których już nie tyle nie wolno przekraczać, ile nie ma sensu przekraczać. To dlatego nasi naczelni muzyczni awangardziści, z Pendereckim i Kilarem na czele, zwrócili się w stronę tradycji, by tą tradycję przetwarzać, wykorzystując zdobycze nowatorów. Ale przecież nie o muzyce chcę pisać!

Żyjemy w czasach, gdy granice wolności dotarły na krańce świata i spotkały się ze swoim przeciwieństwem. Frommowska "wolność od" zaczęła niczym mityczny starożytny smok zjadać własny ogon. Jesteśmy wolni od wszelkich ograniczeń. Wolni od hamulców. Wolni od politycznej poprawności. Możemy mieszać z błotem kogo chcemy. To główny korpus. Istnieją też ogony. Ogony, które trzeba chronić. Trzeba chronić od zakusów tych sił, które chcą utrzymać ogony na przeznaczonym dla nich miejscu: krańce korpusu. Zwinięty w kłębek smok już dawno przestał rozróżniać, gdzie jest początek, gdzie koniec. Czy chronimy gejów przed potępieniem kościoła? Czy chronimy kościół przed atakami gejów? Stracone azymuty doprowadzają nas do absurdów, które całkiem poważnie są analizowane przez różnego rodzaju Kaliszów, Nałęczów, Wajdów i Wałęsów.

Ten bełkot związany z pomieszaniem wartości ma nas przekonać, że nie ma sensu mieszać się w sprawy wspólne, w sprawy publiczne. Jesteśmy za ciency w uszach by zrozumieć zawiłe mechanizmy polityki, funkcjonalnych mechanizmów instytucji i skomplikowanych procesów społecznych. Wobec równoprawnie funkcjonujących schematów, definiujących otaczającą rzeczywistość, wybieramy sobie jakiś i sprowadzamy swoje społeczne istnienie do przybrania określonych partyjnych barw na wzór piłkarskich klubów. Bez refleksji. Bez namysłu. Czysto emocjonalnie. Bo przecież polityka to gnój. Bo wszyscy politycy są i tak tacy sami. Bo wszystkim chodzi tylko o jedno.

Awangardowi kompozytorzy w pewnym momencie zrozumieli, że dalsze komplikowanie lub upraszczanie struktur prowadzi w zasadzie do tego samego efektu: do białego szumu. Gęstwina dźwięków przy odpowiednim stopniu kondensacji staje się jednolitą masą jak białe światło. Gdy ten szum ściszymy otrzymamy np. Johna Cage'a 4:33 na milczący fortepian i publiczność. Awangardowi kompozytorzy zrozumieli, że samoograniczenie nie musi oznaczać niewoli, że samoograniczenie może przynieść wyzwolenie.

Przyszedł już czas, abyśmy zaczęli poszukiwać sposobów na powrót do prostych wartości. Wyzwalać się już nie mamy od czego. Wyzwolenia trzeba szukać w samoograniczeniu.
[...]

 moja wyobraźnia
 to kawałek deski
 a za cały instrument
 mam drewniany patyk

[...]

uderzam w deskę
 a ona podpowiada
 suchy poemat moralisty
 tak - tak
 nie - nie

Z.H.

poniedziałek, 27 lipca 2009

Cejrowski jako papierek lakmusowy

Kilka dni temu spotkałem się z grupą znajomych w celu posłuchania opowieści o ostatnio przeczytanych książkach. Ktoś najpierw o książce opowiada, czyta kilka fragmentów, a następnie wybucha dyskusja niekoniecznie na temat tej książki. Na ostatnim takim spotkaniu poruszyła mnie „dyskusja” o książkach Cejrowskiego. Uznałem, że warto zebrać kilka rzeczy natury ogólnej, którymi chciałbym się tu podzielić.

Dyskusja.

To ciekawe, że niemal po każdym zdaniu prelegenta podnosiła się wrzawa głosów skandujących w wiecowym stylu hasła w rodzaju „to faszysta!”, „to oszołom!” itp. Nie jestem pewien, w jaki sposób wyrażanie swojego oburzenia co do osoby autora, może nam pomóc w zrozumieniu zarówno jego książek, jak i kontrowersyjnych poglądów. Rozumiem, że promowany przez wszystkie media pewien rodzaj postawy wobec dyskutanta, który to rodzaj nazywany jest krzywdząco „polską skłonnością do swarliwości i zadymy”, wrósł nam w skórę do tego stopnia, że nie potrafimy się opanować, gdy ktoś chce nam opowiedzieć o, co może być zaskakujące, innej stronie medalu, człowieka, zjawiska.

Uważam, że aby krytykować jakieś zjawisko, trzeba je najpierw poznać, a przynajmniej z uwagą wysłuchać osobę, z którą ma sie zamiar polemizować.Owszem, nie wszystko można poznać. Czarnych dziur nikt nigdy nie widział, a zdecydowana większość z nas wierzy w ich istnienie. Jednak opieranie się na jednostronnych opiniach nie uprawnia, w moim odczuciu, do formułowania kategorycznych sądów. Jeślibyśmy zaczęli krytykować czarne dziury, byłoby to zabawną dyskusją jakich wiele jest „u cioci na imieninach”, ale czy można by to nazwać dyskusją poszerzającą horyzonty?

Można się z kimś nie zgadzać, można nie przyjmować czyichś argumentów, ale to prawo jest uzależnione od wysłuchania tychże argumentów. Cortez nie dał szansy ani Indianom, ani swoim żołnierzom na wymianę poglądów. On WIEDZIAŁ.

Cejrowski jako szołmen.

Książki Cejrowskiego nie aspirują do książek naukowych. Nie aspirują także do reportażowej prawdy, która ściśle trzyma się faktów. (Swoją drogą żaden reportaż nie trzyma się faktów, bo często dla dobra opisywanych postaci, zmienia się im nazwiska, czasem nieco szczegóły okoliczności. Czy reportaż przestaje przez to być prawdziwy?) Książki Cejrowskiego, jak jasno pisze sam autor, mają być przede wszystkim ciekawą, lekką, zabawną i wciągającą opowieścią. W indiańskich opowieściach, w relacjach z myśliwskiej wyprawy, nie ma znaczenia czy opowiadane zdarzenia wyglądały rzeczywiście tak, jak opisuje to myśliwy. Ważne jest, by było to ciekawe i wciągające. Indianie w dżungli nie mają telewizora i snucie opowieści jest ich jedyna rozrywką. Czy idąc do kina na Gwiezdne Wojny oczekujemy filozoficznej rozprawy? Czy raczej dobrych efektów specjalnych? Indiański opowiadacz, który w trzech słowach opisze „poszedłem, upolowałem, przyniosłem” nie zdobędzie sławy Cezara. Wręcz przeciwnie. Książki Cejrowskiego to przede wszystkim taka właśnie indiańska w wyżej zarysowanym sensie relacja z wycieczki. „Ale było fajnie”. Koniec.

Czy Cejrowski osiągnął swój cel? Czy lektura jest wciągająca i zabawna? Moim zdaniem tak. Czyta się to jednym tchem, śmieje do rozpuku, często nie można się doczekać następnej strony. Czy mogą te teksty być źródłem do pracy magisterskiej? Absolutnie nie! Czy jest to dzieło literackie, które wnosi jakiekolwiek artystyczne wartości? Także nie! To jest „literatura” rozrywkowa. I jako taka odnosi pełny sukces. To oczywiście jest temat do dyskusji, do rozmowy, o ile jednak ta ma szansę się w ogóle odbyć. Często niestety zamiast rozmowy mamy festiwal sztandarowych medialnych haseł, jakimi obrzuca się każdego, kto wymienia magiczne zaklęcie: Cejrowski.

Jeszcze jedno, tak na marginesie: Cejrowski jako szołmen. Czy działalność Jurka Owsiaka jest dyskredytowana jego szołmeństwem? Czy ktoś przejmuje się homoseksualizmem i narkomanią Freddiego Mercurego wobec jego genialnego szołmeństwa? Czy ktokolwiek podnosił ten zarzut wobec JPII i czy miałby on jakiekolwiek znaczenie? Nie rozumiem dlaczego głównym zrzutem wobec Cejrowskiego jest jego szołmeństwo.

Poglądy polityczne i wolność słowa.

Wydaje mi się że Polacy przez ponad 40 lat walczyli z komuną o wolność po to, by móc swobodnie głosić wszelkie poglądy. (Muszę znowu tutaj zrobić oczywiste zastrzeżenie, że wolność jednostki ograniczona jest wolnością innej jednostki. Z tego wynika, że zabronione jest głoszenie poglądów nawołujących do nienawiści, przemocy itd. itp.) Okazuje się jednak, że w naszej wolnej Polsce szanujemy tą wolność bardzo i dlatego Michnik może całować się z Kiszczakiem obwołując go człowiekiem honoru, Jaruzelskiemu powinniśmy wybaczyć zamach stanu, natomiast dla takich zbrodniarzy jak Cejrowski nie ma tutaj miejsca! Ten ultrakatol, domagający się prawa do wyrażania oburzenia na zachowania, które mu się nie podobają, jest zagrożeniem dla polskiej demokracji. Nie wydał on co prawda nigdy żadnego rozkazu do zabijania. Nigdy nie słyszałem, aby nawoływał do gazowania pedałów, czy sterylizacji zboczeńców. Nie przypominam sobie, aby ktoś go sfotografował z gestem rzymskiego pozdrowienia (proszę o sprostowanie, jeśli moja wiedza jest niepełna). Jednak Farfał może być p.o. Prezesa telewizji, a Cejrowski jest faszystą.

Nie rozumiem takiego podejścia do rzeczywistości. Nie zgadzam się na takie wybiórcze traktowanie argumentów. Nie przekonują mnie opinie i oceny bazujące na fałszywych przesłankach.

Cejrowski nie jest zagrożeniem dla demokracji. Cejrowski jest papierkiem lakmusowym tej demokracji. Bardzo bym nie chciał, żeby popierany przez Cejrowskiego Marek Jurek miał jakikolwiek wpływ na polskie prawo i kształt Polski jako kraju. Nie zgadzam się z jego konkluzjami i jego poglądami. Być może miałbym nawet wrażenie ogromnego ograniczenia wolności, gdyby ludzie o poglądach Marka Jurka i Cejrowskiego mogli decydować o kształcie tego kraju. Z drugiej strony jednak marzy mi się , aby polscy liberałowie mieli w sobie tyle wierności swoim przekonaniom co Marek Jurek. Marzy mi się także, bym mógł swobodnie przeczytać w prasie polemikę Marka Jurka z Adamem Michnikiem i aby ta polemika była merytoryczna. Poglądy obu tych osób są mi dalekie jak najdalsza gwiazda, ale uważam, że wysłuchanie rzeczowej i spokojnej dyskusji między przeciwnikami może wzbogacić i uzupełnić mój ogląd świata. Sytuacja, w której samo wymienienie nazwiska Cejrowskiego wywołuje rwetest obelg i świętego oburzenia zadaje mojej liberalnej i demokratycznej duszy prawdziwą katorgę i cierpienie. Demokracja nie polega bowiem na chóralnym powtarzaniu obowiązujących opinii. Demokracja polega na konsensusie, będącym efektem dyskusji między najróżniejszymi poglądami.

Na zakończenie podaję linki do spotów reklamowych Cejrowskiego popierającego Marka Jurka w ostatnich wyborach. Jeszcze raz zaznaczę, że nie podzielam poglądów tego pana, niemniej nie podzielam także świętego oburzenia, jakie wywołuje samo pojawienie się jego nazwiska. Także dla osób, które są w stanie pokonać właściwy fanatykom odruch wymiotny na sam widok adwersarza i chcą poznać poglądy Cejrowskiego z ust samego Cejrowskiego, a nie przetworzone przez uprzedzenia dziennikarzy, załączam:

01 - pomagam Markowi Jurkowi
02 - moim Rysiem byłby Marek Jurek
03 - jedyny gość warty poparcia to MJ
04 - "wolna" telewizja
05 - ul. JP 2
06 - jest Polakiem
07 - koszulka
08 - honoraria