Porządkowanie kuchni po śniadaniu w sobotni poranek przerwał dzwonek telefonu. Nie lubię telefonów, bo zawsze dzwonią w niewłaściwym momencie. Wbijający się w ucho dzwonek niemal zawsze wchodzi między wódkę a zakąskę, przerywa myśl, wytrąca talerz z ręki, zatrzymuje kęs jedzenia w gardle. Odstawiłem płukane naczynia, wytarłem ręce i podniosłem słuchawkę. Usłyszałem przejęty głos teściowej:
- Włącz szybko telewizor! Prezydent się rozbił!
- Co się stało? – nie do końca zrozumiałem, myślałem że to jakiś skrót myślowy, jakaś kolejna drobna gafa Lecha Kaczyńskiego, którą teraz znowu mam przyjmować jako największy skandal w kosmosie. – Jak to się rozbił?
- No rozbił się! Samolot którym leciał do Katynia spadł i wszyscy zginęli! Włącz telewizor! Szybko!
Nie, to nie może być prawda – pomyślałem – prezydenckie samoloty nie spadają, jak to się rozbił? Jak to wszyscy zginęli? Nic nie rozumiem. Rozłączyłem się i pobiegłem do pokoju. W telewizorze potwierdzenie informacji jak z koszmarnego snu. Słuchałem i zastanawiałem, kiedy się obudzę. Próbowałem analizować, co to oznacza, jakie będą konsekwencje, kraj pozbawiony głowy, co w ogóle w tej sytuacji można zrobić? Czy to jest kraj afrykański? Czy my należymy do Unii Europejskiej? Samolot spadł w Rosji? Komu mogło zależeć na tym i dlaczego? Tysiące myśli, a jednocześnie jakaś pustka w głowie. Nieodparte poczucie, że sytuacja przerasta mnie, malutkiego, najzwyklejszego szarego obywatela, że teraz mogę jedynie biernie się przyglądać, jak fala apokalipsy pochłania kolejne obszary naszego świata. To dojmujące uczucie pustki w głowie, jakieś totalne obezwładniające otępienie towarzyszyło mi przez ponad tydzień.
Kilka pierwszych dni, niektóre nazwiska na liście pasażerów pozostawały niepotwierdzone. Może nie było ich w samolocie? Może w ostatniej chwili zrezygnowali? Może nie zdążyli? Później jednak oficjalne informacje były bezlitosne. Grażyna Gęsicka, z która miałem przyjemność przez jakiś czas pracować, także wsiadła do tego tragicznego samolotu… W miarę napływu informacji włosy stawały mi na głowie coraz bardziej dęba. Nie znam równie tragicznego wypadku w historii Polski. Ginęli królowie na wojnie. Zabili Narutowicza. Zginął Sikorski. Ale żeby za jednym zamachem zginęła połowa zarządu Polski - w takiej sytuacji nasz kraj nie był nigdy. Kolejne nazwiska, cała niemal generalicja, szefowie większości instytucji – wymarzona sytuacja jako preludium do militarnego ataku. Kraj pozbawiony zarówno wojskowego jak i cywilnego przywództwa.
Po pierwszym szoku stało się jasne, że żaden atak nie nadejdzie. Dzisiaj wojny toczy się w inny sposób. Po pierwszym szoku Polacy odzyskali na chwilę nadzieję na przywrócenie zasadom należnego im miejsca. Odzyskali na chwilę wiarę w kreatywną moc wspólnoty narodowej. Kraj przecież działa, państwo funkcjonuje, nie ma żadnych niepokojów, uroczystości zorganizowane są bardzo dobrze, instytucje Państwa robią co do nich należy, ludzie z godnością skupiają się na przeżywaniu żałoby. Wtedy nie było widać, że była to spontaniczna reakcja odpowiedzialnych szarych ludzi, patriotycznych urzędników, z których każdy z osobna stawał na głowie, żeby wszystko odbywało się godnie, spokojnie, tak jak trzeba. Setki funkcjonariuszy i setki wolontariuszy. Pomimo realnego strukturalnego chaosu polskie zdolności do samoorganizacji w chwili kryzysu znowu pokazały swoją moc. Po zakończeniu żałoby, pomimo ujawniania coraz szerszego zasięgu strukturalnej niewydolności, cały czas starają się nas przekonać, że to zasługa sprawnych struktur, a nie oddanych ludzi.
Te kilka tygodni pokazało jasno i wyraźnie, że wobec kataklizmów w dalszym ciągu jesteśmy zdolni do zjednoczenia. Uświadomiliśmy sobie i całemu światu, że Polska podzielona to fikcja. W tym kontekście powrót ze zdwojoną siłą do, zadeklarowanej później przez Wajdę, wojny polsko-polskiej można interpretować jako przejaw realnego braku zewnętrznego zagrożenia, powrót Polaków do poczucia normalności, w której kłócić się i drzeć koty można ile dusza zapragnie. Pawlak z Kargulem raczej nie spiskowaliby z okupantem przeciwko sobie.
Zanim jednak nastąpiło to ponowne pęknięcie, można było, na zamkniętym dla ruchu Krakowskim Przedmieściu, poczuć prawdziwego ducha narodowej solidarności. Cierpliwie przestępujący z nogi na nogę tłum ludzi, bez najmniejszych przepychanek czy wyzwisk, spokojnie i z godnością oczekujących na możliwość dostawienia swojego światła pamięci pod miejscem, gdzie mieszkał i pracował wybrany przez Naród Prezydent ich Kraju. Wszędzie czuwali kręcący się w tłumie harcerze, wypatrujący osób gorzej znoszących takie zbiorowisko, gotowi nieść pomoc butelką wody. W tym pełnym godności ścisku wszyscy dbali o siebie nawzajem pilnując, by starsze panie albo dzieci nie zostały przez przypadek zgniecione przez masywniejszych osobników. Wszyscy patrzyli sobie nawzajem w oczy, pełne skupienia i niepokoju, z rozpaczliwym pytaniem – Co teraz? Co dalej?
Wychodziłem spod Prezydenckiego Pałacu ze łzami wzruszenia na twarzy, wzmocniony głębokim przekonaniem, że zbyt wielu ludziom zależy na tym kraju, aby mógł on znowu przestać istnieć. Wtedy jeszcze nikt nie dziwił się ani nie oburzał na modlitwy, różańce, czy nawet pojedyncze krzyki i nawoływania o skradzionych w Smoleńsku laptopach. Wiadome i zrozumiałe było, że każdy przeżywa żałobę na swój sposób. Każdy ma swoje metody radzenia sobie z pełną niepewności rozpaczą. Wszak jak tu mieć zaufanie do Państwa, które nie jest w stanie ochronić swojego Prezydenta? Tylko rozpoznanie i wyjaśnienie przyczyn pozwoli to zaufanie przywrócić. Tymczasem jednak, dopóki to nie nastąpi, ludzie szukają wsparcia w sobie nawzajem. Pod Pałacem Prezydenckim i w każdym innym miejscu, gdzie paliły się znicze, to wsparcie dawało wiele siły.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacje. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 10 kwietnia 2011
piątek, 11 marca 2011
Płomienne wygaszanie prawdy
Jak co miesiąc, 10 marca już po raz szósty, dość pokaźna grupa blogerów i ich internetowych komentatorów skrzyknęła się na akcję Las Smoleński. Las, który podchodzi pod mury Pałacu, niczym szekspirowski Las Birnam wołając prawdę, by wyszła zza mgły kłamstw i krętactw, by wróciła na właściwe miejsce. Jak opisał to bloger Yuhma w swoim wierszu, początkowo nieśmiały las nabiera krzepy:
Jeszcze nieśmiało pierwsze pędy wschodzą,
własną odwagą jakby zalęknione,
i pierwsze pąki dopiero się rodzą...
I nagle!... nie wiesz, skąd drzewa zielone.
Choć nigdy raczej nie będzie miał siły bezczelności bohaterów mediów tzw. głównego nurtu. Głównego nurtu szamba, które wylewa się z zepsutej oczyszczalni ścieków. Jak inaczej bowiem można określić sytuację, gdy GW, TVN i inne tuby propagandzistów podchwytują każdą najgłupszą inicjatywę, reklamując ostatnio idiotyczną akcję Ady, Piotrka i Dominika organizujących w Przekąskach-Zakąskach urodziny Chucka Norrisa. Chuck Norris nie byłby pewnie zachwycony wiedząc o tym, że jego nazwisko jest wykorzystywane do szydzenia z ofiar Smoleńskiej Katastrofy. Podejrzewam, że gdyby mieszkał w Polsce, jego zaangażowanie w działalność Kościoła Chrześcijan Baptystów zmusiłoby go do zabrania głosu i nie byłby to głos zgodny ze światopoglądem Ady, Piotrka i Dominika. Jednak ta drobna niekonsekwencja nie przeszkodziła wszystkim fabrykom wody z mózgu trąbić o dowcipnej kontrdemonstracji zaplanowanej na wieczór.
Wieczór nadszedł i korowód białych i czerwonych świecących balonów przeszedł spod pomnika Kopernika pod Pałac Namiestnikowski. Ludzie zebrani na miejscu już nie pytali jak przy poprzednich edycjach, co to za balony. Już wiedzieli. Prosili i cierpliwie czekali, aż z zasupłanego pęku uda się wydostać balonik biały – proszę – i czerwony – proszę – dziękuję.
Po krótkim przedstawieniu celu spotkania został wyrecytowany wiersz Aleksandra Rybczyńskiego. Cisza i skupienie opanowały niemal całą grupę słuchających ludzi. Po odczytaniu w apelu nazwisk wszystkich ofiar katastrofy, przy przejmującym dźwięku syreny smoleńskiej nastąpiło wypuszczenie świateł pamięci. Balony, z przyczepionymi do nich karteczkami z nazwiskami, poszybowały w górę zaświadczając o hołdzie tych, którzy zostali na dole.
Pomimo tego, że ta naprawdę niezależna i naprawdę oddolna inicjatywa, w której udział w czynny i bierny sposób bierze za każdym razem od 200 do 400 osób, zrealizowała się już po raz szósty - czy wzbudziła jakieś zainteresowanie mediów? W telewizji można było usłyszeć o urodzinach Chucka, w których realnie wzięło udział ze 30 osób, a w wizualnym tle telewizyjnej relacji pokazywano ludzi z balonikami. Innym przykładem dziennikarskiej rzetelności jest przypadek opisany przez Krzysztofa Skalskiego:
„Pierwszą ciekawą rozmowę odbyłem z reporterką telewizji ufundowanej ze środków zgromadzonych w trakcie aferyżelazo, czyli TVN tow. Waltera. Reporterka ta widząc mój kapelusz podbiegła do mnie i z porozumiewawczym uśmieszkiem (w stylu „my biedni inteligenci musimy się męczyć w jednym kraju z tymi obciachowymi religiantami”) zaczęła rozmowę:
- co pana łączy z Chuckiem Norrisem, którego urodziny dzisiaj obchodzą tu młodzi ludzie?
- Poza kapeluszem? Może to, że obaj jesteśmy chrześcijanami.
Reporterka nieco skonsternowana pyta dalej:
- Ale przyszedł tu pan na urodziny Chucka Norrisa?
- Nie, przyszedłem uczcić pamięć Prezydenta Polski i pozostałych 95 ofiar Smoleńska.
Reporterka daje szybki znak swoim kolegom od sprzętu, lampa gaśnie, kamera się wyłącza. Wywiad skończony.”
Czy można mieć jakieś jeszcze wątpliwości co do rzetelności dziennikarzy?
Na koniec bardzo smutna scena z nocnego sprzątania zostawionych pod Pałacem zniczy. Na nagranym filmie można obejrzeć pracowników służb oczyszczania miasta, którzy w asyście policji i straży miejskiej dokonują czynności należących do kultury Wielkiego Stepu bardziej niż cywilizowanego europejskiego kraju o rycerskich tradycjach. Mianowicie pomimo protestów przechodniów sprzątane są palące się znicze i leżące pod pomnikiem wieńce. Znicze nie są w stanie końcowego dopalania. Część z nich nie jest wypalona nawet do połowy, a stearyna w środku nie jest jeszcze roztopiona. Strażnicy zachowują się zatem jak złodzieje i cmentarne hieny, które okradają groby z kwiatów, by sprzedać je następnego dnia kolejnym klientom. Czy te znicze też będą wykorzystane ponownie? Dlaczego nie mogły się spokojnie dopalić do końca?
Podczas stanu wojennego taki film nie mógłby powstać, ale w metodach usuwania śladów i gaszenia pamięci wyraźnie widać rękę nieformalnego doradcy arcyboleśnie prostego (p)rezydenta, który to doradca jeszcze niedawno wybierał się w podróż do Rzymu, choć miał zaświadczenia lekarskie, że podróż do sądu w tym samym mieście byłaby dla niego zbyt męcząca.
Na szczęście prowokacje różnych Dominików nie znajdują już takiego odzewu, jak dawniej. Ludzie zaczynają widzieć, kto z kogo robi idiotę. Ludzie zaczynają rozumieć, że jeśli sami nie upomną się o swoje prawa, to prawa te będą im systematycznie odbierane. Solidarność organizowana wokół spraw naprawdę ważnych, wokół obrony prawdy i narodowej tożsamości, odżywa po haniebnych ciosach zadanych Jej podczas obchodów kolejnych rocznic. Solidarność nie jako organizacja, ale jako idea. Przykładem jest kolejna oddolna inicjatywa: Akcja Nocleg. Jeśli jesteś gotowy 10 kwietnia przenocować kogoś spoza Warszawy, zgłoś tą gotowość na adres mailowy joanna.koz@gmail.com – zostanie z Tobą skontaktowana osoba szukająca noclegu. Szczegóły akcji podane są tutaj.
Na rocznicę, 10 kwietnia przyjedzie do Warszawy sporo ludzi, którym Polska nie jest obojętna. Ty również nie bądź obojętny. Kłamstwa i brak szacunku osiągnęły zbyt duże rozmiary aby można je było dalej tolerować.
Relacja filmowa Carcinki, dodana 13 marca:
Jeszcze nieśmiało pierwsze pędy wschodzą,
własną odwagą jakby zalęknione,
i pierwsze pąki dopiero się rodzą...
I nagle!... nie wiesz, skąd drzewa zielone.
Choć nigdy raczej nie będzie miał siły bezczelności bohaterów mediów tzw. głównego nurtu. Głównego nurtu szamba, które wylewa się z zepsutej oczyszczalni ścieków. Jak inaczej bowiem można określić sytuację, gdy GW, TVN i inne tuby propagandzistów podchwytują każdą najgłupszą inicjatywę, reklamując ostatnio idiotyczną akcję Ady, Piotrka i Dominika organizujących w Przekąskach-Zakąskach urodziny Chucka Norrisa. Chuck Norris nie byłby pewnie zachwycony wiedząc o tym, że jego nazwisko jest wykorzystywane do szydzenia z ofiar Smoleńskiej Katastrofy. Podejrzewam, że gdyby mieszkał w Polsce, jego zaangażowanie w działalność Kościoła Chrześcijan Baptystów zmusiłoby go do zabrania głosu i nie byłby to głos zgodny ze światopoglądem Ady, Piotrka i Dominika. Jednak ta drobna niekonsekwencja nie przeszkodziła wszystkim fabrykom wody z mózgu trąbić o dowcipnej kontrdemonstracji zaplanowanej na wieczór.
Wieczór nadszedł i korowód białych i czerwonych świecących balonów przeszedł spod pomnika Kopernika pod Pałac Namiestnikowski. Ludzie zebrani na miejscu już nie pytali jak przy poprzednich edycjach, co to za balony. Już wiedzieli. Prosili i cierpliwie czekali, aż z zasupłanego pęku uda się wydostać balonik biały – proszę – i czerwony – proszę – dziękuję.
Po krótkim przedstawieniu celu spotkania został wyrecytowany wiersz Aleksandra Rybczyńskiego. Cisza i skupienie opanowały niemal całą grupę słuchających ludzi. Po odczytaniu w apelu nazwisk wszystkich ofiar katastrofy, przy przejmującym dźwięku syreny smoleńskiej nastąpiło wypuszczenie świateł pamięci. Balony, z przyczepionymi do nich karteczkami z nazwiskami, poszybowały w górę zaświadczając o hołdzie tych, którzy zostali na dole.
Pomimo tego, że ta naprawdę niezależna i naprawdę oddolna inicjatywa, w której udział w czynny i bierny sposób bierze za każdym razem od 200 do 400 osób, zrealizowała się już po raz szósty - czy wzbudziła jakieś zainteresowanie mediów? W telewizji można było usłyszeć o urodzinach Chucka, w których realnie wzięło udział ze 30 osób, a w wizualnym tle telewizyjnej relacji pokazywano ludzi z balonikami. Innym przykładem dziennikarskiej rzetelności jest przypadek opisany przez Krzysztofa Skalskiego:
„Pierwszą ciekawą rozmowę odbyłem z reporterką telewizji ufundowanej ze środków zgromadzonych w trakcie aferyżelazo, czyli TVN tow. Waltera. Reporterka ta widząc mój kapelusz podbiegła do mnie i z porozumiewawczym uśmieszkiem (w stylu „my biedni inteligenci musimy się męczyć w jednym kraju z tymi obciachowymi religiantami”) zaczęła rozmowę:
- co pana łączy z Chuckiem Norrisem, którego urodziny dzisiaj obchodzą tu młodzi ludzie?
- Poza kapeluszem? Może to, że obaj jesteśmy chrześcijanami.
Reporterka nieco skonsternowana pyta dalej:
- Ale przyszedł tu pan na urodziny Chucka Norrisa?
- Nie, przyszedłem uczcić pamięć Prezydenta Polski i pozostałych 95 ofiar Smoleńska.
Reporterka daje szybki znak swoim kolegom od sprzętu, lampa gaśnie, kamera się wyłącza. Wywiad skończony.”
Czy można mieć jakieś jeszcze wątpliwości co do rzetelności dziennikarzy?
Na koniec bardzo smutna scena z nocnego sprzątania zostawionych pod Pałacem zniczy. Na nagranym filmie można obejrzeć pracowników służb oczyszczania miasta, którzy w asyście policji i straży miejskiej dokonują czynności należących do kultury Wielkiego Stepu bardziej niż cywilizowanego europejskiego kraju o rycerskich tradycjach. Mianowicie pomimo protestów przechodniów sprzątane są palące się znicze i leżące pod pomnikiem wieńce. Znicze nie są w stanie końcowego dopalania. Część z nich nie jest wypalona nawet do połowy, a stearyna w środku nie jest jeszcze roztopiona. Strażnicy zachowują się zatem jak złodzieje i cmentarne hieny, które okradają groby z kwiatów, by sprzedać je następnego dnia kolejnym klientom. Czy te znicze też będą wykorzystane ponownie? Dlaczego nie mogły się spokojnie dopalić do końca?
Podczas stanu wojennego taki film nie mógłby powstać, ale w metodach usuwania śladów i gaszenia pamięci wyraźnie widać rękę nieformalnego doradcy arcyboleśnie prostego (p)rezydenta, który to doradca jeszcze niedawno wybierał się w podróż do Rzymu, choć miał zaświadczenia lekarskie, że podróż do sądu w tym samym mieście byłaby dla niego zbyt męcząca.
Na szczęście prowokacje różnych Dominików nie znajdują już takiego odzewu, jak dawniej. Ludzie zaczynają widzieć, kto z kogo robi idiotę. Ludzie zaczynają rozumieć, że jeśli sami nie upomną się o swoje prawa, to prawa te będą im systematycznie odbierane. Solidarność organizowana wokół spraw naprawdę ważnych, wokół obrony prawdy i narodowej tożsamości, odżywa po haniebnych ciosach zadanych Jej podczas obchodów kolejnych rocznic. Solidarność nie jako organizacja, ale jako idea. Przykładem jest kolejna oddolna inicjatywa: Akcja Nocleg. Jeśli jesteś gotowy 10 kwietnia przenocować kogoś spoza Warszawy, zgłoś tą gotowość na adres mailowy joanna.koz@gmail.com – zostanie z Tobą skontaktowana osoba szukająca noclegu. Szczegóły akcji podane są tutaj.
Na rocznicę, 10 kwietnia przyjedzie do Warszawy sporo ludzi, którym Polska nie jest obojętna. Ty również nie bądź obojętny. Kłamstwa i brak szacunku osiągnęły zbyt duże rozmiary aby można je było dalej tolerować.
Relacja filmowa Carcinki, dodana 13 marca:
piątek, 25 lutego 2011
O Poncyljuszu w UPR i co tego wynika
„Przyzwoitość w życiu codziennym definiujemy intuicyjnie” - pisze we wczorajszym tekście Witold Gadowski dodając, że „Mam głębokie przekonanie, że przyzwoitość w życiu publicznym opłaca się! Nie w perspektywie miesięcy czy nawet jednej kadencji, opłaca się w perspektywie celu ku któremu zmierzamy.”
Trudno się z nim nie zgodzić i każdy z nas w swoim poczuciu niewątpliwie stara się działać przyzwoicie. Kwestia definiowania granic tej przyzwoitości to zupełnie inny temat i nie ulega wątpliwości, że nawet Jaruzelski przekonany jest o swojej przyzwoitości. Ale nie o tym.
Nie miałem ochoty opisywać sytuacji, której byłem świadkiem, a która została dość szczegółowo przedstawiona w notce Łażącego Łazarza. Powody mojej niechęci były dwa. Pierwszym powodem była wyraźna prośba gospodarza wydarzenia, aby nie ujawniać w przestrzeni publicznej treści tego spotkania. UPR wykazała się uprzejmością i obywatelską wrażliwością udostępniając swój lokal jako zaplecze do przeprowadzenia zainicjowanej przez blogerów i blogerskich komentatorów akcji pod nazwą „Las Smoleński”. Ponadpartyjna i realnie apolityczna akcja mająca na celu manifestację pamięci o wszystkich ofiarach smoleńskiej katastrofy, w której zginęli ludzie z prawie każdej politycznej, społecznej i religijnej strony. Ja osobiście poczułem się zobowiązany prośbą gospodarza do co najmniej podobnej uprzejmości.

To prawda, że władze UPR mogły usiąść w osobnym pokoiku. To prawda, że po konsultacji z Poncyljuszem przeszli do pomieszczenia w którym rozmawiali uczestnicy akcji „Las Smoleński”. To prawda, że Poncyljuszowi powiedzieliśmy kim jesteśmy, zatem nie może być mowy ani o tajności rozmów ani o jakimkolwiek „podsłuchiwaniu”, co sugeruje portal wPolityce.pl Prawda polega także na tym, że nie były to żadne rozmowy koalicyjne, a jedynie luźna wymiana poglądów na sprawy programowe. Jestem przekonany, że ewentualne konkretne rozmowy dotyczące współpracy zostały przełożone na inny termin. Nie zmienia to faktu, że nie byliśmy w miejscu publicznym, nie słuchaliśmy prywatnej rozmowy w telewizyjnej kawiarence w oczekiwaniu na antenowe wejście. Prośba UPR była czysto uprzejmościowa i jej spełnienie należało do sfery uprzejmości właśnie. Dlatego nie podzielam zachwytów nad opublikowaniem notki Łażącego Łazarza bez porozumienia z UPR-em.
Drugim, dużo istotniejszym i tak naprawdę przesądzającym powodem, dla którego czułem niechęć opisywania tego spotkania była całkowita jałowość tej dyskusji. Zgadzam się w pełni z oceną Łażacego Łazarza, że Poncyljusz zaprezentował całkowita miałkość merytoryczną i faktyczny brak poglądów w wielu sprawach. Na pytania ogólne odpowiadał stosując zasłonę dymną zasypując nas nieistotnymi szczegółami, na pytania szczegółowe odpowiadał niezwykle ogólnikowo, zawsze starając się dyplomatycznie uniknąć odpowiedzi. Między wierszami przemycił kilka szczegółowych faktów, ale przyjdzie jeszcze czas by opisać je osobno. Jednak opisywane przez Łażącego Łazarza deklaracje otwartości programowej na propozycje silniejszego koalicjanta, połączone z brakiem planów przystąpienia do opracowywania własnego planu strategicznego na miarę Polski 2030 Michała Boniego, czy opracowanego przez PiS Programu samorządowego rzeczywiście miały miejsce. Nie jest to jednak żadnym zaskoczeniem, bo PJN nie wykazała się jak do tej pory żadnym konkretnym działaniem, czy choćby deklaracją w sprawach bardziej zasadniczych niż walenie w bębenek zadeklarowanej przez Andrzeja Wajdę wojny polsko-polskiej. Czy poza faktem uściśnięcia dłoni Pana Posła przez autora czytelnik miał okazję dowiedzieć się zatem czegoś nowego?
Pisałem o tym, że PJN podobnie jak swego czasu Polska XXI nawet nie sprawia wrażenia chęci realizowania głoszonych na początku haseł reformowania wewnątrzpartyjnych zasad i reguł funkcjonowania. Podchodzi do tego w podobny sposób jak PO podchodzi do dokumentu Polska 2030 Boniego, czyli na deklaracjach się kończy. To częsty przypadek nie tylko w polityce, czego przykładem jest choćby portal wPolityce.pl, który odcinając się od nierzetelności różnych głównonurtowych mediów, przekazując informacje o spotkaniu Poncyljusza z UPR daje deprecjonujący doniesienie tytuł: „Bloger: przypadkiem podsłuchałem Poncyljusza”. Na początku wyjaśniłem już, że z podsłuchiwaniem nie miało to nic wspólnego. Dodam tylko, że inny znany bloger, pracujący także w dużym dzienniku, niejaki Igor Janke przedstawiany jest jako „publicysta Rzeczpospolitej oraz redaktor naczelny portalu Salon24”. Jak w tym kontekście traktować pobłażanie wobec autora relacjonowanego tekstu, będącego redaktorem naczelnym największej (już to wyraźnie widać) konkurencji dla Salonu24?
Przywołane na początku słowa Witolda Gadowskiego warto przypominać od czasu do czasu jak starą łacińską sentencję. Metody Gazety Wyborczej nie stają się dobre tylko dlatego, że stosowane są w słusznej sprawie. Uczciwość i przyzwoitość, która przejawia się w rzetelności przekazywanych informacji, ale także czasem w powstrzymaniu się przed sprzedawaniem plotek usłyszanych na prywatnym przyjęciu, zaprocentuje w przyszłości dużo bardziej, niż chwilowy wzrost popularności spowodowany doraźną kontrowersją.
dopisane 27.02.2011:
UPR zamieściła wczoraj na swoich stronach internetowych sprostowanie do informacji Łażącego Łazarza. Niestety tekst ten obnażył całkowita nieporadność polityczną stołecznego oddziału UPR. Polityk przede wszystkim się nie obraża, ale także polityk nie obraża. Natomiast tekst ma charakter płaczu rozkapryszonego dziecka, a uwagi o onieśmieleniu czy inteligencji uczestniczącego w spotkaniu blogera pasowałyby może do stylistyki blogerskiej właśnie, ale nie do oficjalnego komunikatu poważnej partii politycznej. I jak słusznie zauważył elig w swoim komentarzu do tej mało istotnej w gruncie rzeczy, a jakże już rozdmuchanej sytuacji - UPR wytrąciła broń z ręki tym, którzy uprzednio krytykowali Łażącego Łazarza za brak dyskrecji: skoro, było to tylko otwarte dla wszystkich spotkanie z posłem, to każdy może je opisywać tak, jak mu sie żywnie podoba.
Po raz kolejny przekonaliśmy się, że w Polsce najwyraźniej realnie brakuje polityków zdolnych robić jakąkolwiek politykę.
Trudno się z nim nie zgodzić i każdy z nas w swoim poczuciu niewątpliwie stara się działać przyzwoicie. Kwestia definiowania granic tej przyzwoitości to zupełnie inny temat i nie ulega wątpliwości, że nawet Jaruzelski przekonany jest o swojej przyzwoitości. Ale nie o tym.
Nie miałem ochoty opisywać sytuacji, której byłem świadkiem, a która została dość szczegółowo przedstawiona w notce Łażącego Łazarza. Powody mojej niechęci były dwa. Pierwszym powodem była wyraźna prośba gospodarza wydarzenia, aby nie ujawniać w przestrzeni publicznej treści tego spotkania. UPR wykazała się uprzejmością i obywatelską wrażliwością udostępniając swój lokal jako zaplecze do przeprowadzenia zainicjowanej przez blogerów i blogerskich komentatorów akcji pod nazwą „Las Smoleński”. Ponadpartyjna i realnie apolityczna akcja mająca na celu manifestację pamięci o wszystkich ofiarach smoleńskiej katastrofy, w której zginęli ludzie z prawie każdej politycznej, społecznej i religijnej strony. Ja osobiście poczułem się zobowiązany prośbą gospodarza do co najmniej podobnej uprzejmości.

To prawda, że władze UPR mogły usiąść w osobnym pokoiku. To prawda, że po konsultacji z Poncyljuszem przeszli do pomieszczenia w którym rozmawiali uczestnicy akcji „Las Smoleński”. To prawda, że Poncyljuszowi powiedzieliśmy kim jesteśmy, zatem nie może być mowy ani o tajności rozmów ani o jakimkolwiek „podsłuchiwaniu”, co sugeruje portal wPolityce.pl Prawda polega także na tym, że nie były to żadne rozmowy koalicyjne, a jedynie luźna wymiana poglądów na sprawy programowe. Jestem przekonany, że ewentualne konkretne rozmowy dotyczące współpracy zostały przełożone na inny termin. Nie zmienia to faktu, że nie byliśmy w miejscu publicznym, nie słuchaliśmy prywatnej rozmowy w telewizyjnej kawiarence w oczekiwaniu na antenowe wejście. Prośba UPR była czysto uprzejmościowa i jej spełnienie należało do sfery uprzejmości właśnie. Dlatego nie podzielam zachwytów nad opublikowaniem notki Łażącego Łazarza bez porozumienia z UPR-em.
Drugim, dużo istotniejszym i tak naprawdę przesądzającym powodem, dla którego czułem niechęć opisywania tego spotkania była całkowita jałowość tej dyskusji. Zgadzam się w pełni z oceną Łażacego Łazarza, że Poncyljusz zaprezentował całkowita miałkość merytoryczną i faktyczny brak poglądów w wielu sprawach. Na pytania ogólne odpowiadał stosując zasłonę dymną zasypując nas nieistotnymi szczegółami, na pytania szczegółowe odpowiadał niezwykle ogólnikowo, zawsze starając się dyplomatycznie uniknąć odpowiedzi. Między wierszami przemycił kilka szczegółowych faktów, ale przyjdzie jeszcze czas by opisać je osobno. Jednak opisywane przez Łażącego Łazarza deklaracje otwartości programowej na propozycje silniejszego koalicjanta, połączone z brakiem planów przystąpienia do opracowywania własnego planu strategicznego na miarę Polski 2030 Michała Boniego, czy opracowanego przez PiS Programu samorządowego rzeczywiście miały miejsce. Nie jest to jednak żadnym zaskoczeniem, bo PJN nie wykazała się jak do tej pory żadnym konkretnym działaniem, czy choćby deklaracją w sprawach bardziej zasadniczych niż walenie w bębenek zadeklarowanej przez Andrzeja Wajdę wojny polsko-polskiej. Czy poza faktem uściśnięcia dłoni Pana Posła przez autora czytelnik miał okazję dowiedzieć się zatem czegoś nowego?
Pisałem o tym, że PJN podobnie jak swego czasu Polska XXI nawet nie sprawia wrażenia chęci realizowania głoszonych na początku haseł reformowania wewnątrzpartyjnych zasad i reguł funkcjonowania. Podchodzi do tego w podobny sposób jak PO podchodzi do dokumentu Polska 2030 Boniego, czyli na deklaracjach się kończy. To częsty przypadek nie tylko w polityce, czego przykładem jest choćby portal wPolityce.pl, który odcinając się od nierzetelności różnych głównonurtowych mediów, przekazując informacje o spotkaniu Poncyljusza z UPR daje deprecjonujący doniesienie tytuł: „Bloger: przypadkiem podsłuchałem Poncyljusza”. Na początku wyjaśniłem już, że z podsłuchiwaniem nie miało to nic wspólnego. Dodam tylko, że inny znany bloger, pracujący także w dużym dzienniku, niejaki Igor Janke przedstawiany jest jako „publicysta Rzeczpospolitej oraz redaktor naczelny portalu Salon24”. Jak w tym kontekście traktować pobłażanie wobec autora relacjonowanego tekstu, będącego redaktorem naczelnym największej (już to wyraźnie widać) konkurencji dla Salonu24?
Przywołane na początku słowa Witolda Gadowskiego warto przypominać od czasu do czasu jak starą łacińską sentencję. Metody Gazety Wyborczej nie stają się dobre tylko dlatego, że stosowane są w słusznej sprawie. Uczciwość i przyzwoitość, która przejawia się w rzetelności przekazywanych informacji, ale także czasem w powstrzymaniu się przed sprzedawaniem plotek usłyszanych na prywatnym przyjęciu, zaprocentuje w przyszłości dużo bardziej, niż chwilowy wzrost popularności spowodowany doraźną kontrowersją.
dopisane 27.02.2011:
UPR zamieściła wczoraj na swoich stronach internetowych sprostowanie do informacji Łażącego Łazarza. Niestety tekst ten obnażył całkowita nieporadność polityczną stołecznego oddziału UPR. Polityk przede wszystkim się nie obraża, ale także polityk nie obraża. Natomiast tekst ma charakter płaczu rozkapryszonego dziecka, a uwagi o onieśmieleniu czy inteligencji uczestniczącego w spotkaniu blogera pasowałyby może do stylistyki blogerskiej właśnie, ale nie do oficjalnego komunikatu poważnej partii politycznej. I jak słusznie zauważył elig w swoim komentarzu do tej mało istotnej w gruncie rzeczy, a jakże już rozdmuchanej sytuacji - UPR wytrąciła broń z ręki tym, którzy uprzednio krytykowali Łażącego Łazarza za brak dyskrecji: skoro, było to tylko otwarte dla wszystkich spotkanie z posłem, to każdy może je opisywać tak, jak mu sie żywnie podoba.
Po raz kolejny przekonaliśmy się, że w Polsce najwyraźniej realnie brakuje polityków zdolnych robić jakąkolwiek politykę.
Autor:
Igor Czajka
o
10:17
1 komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
relacje
poniedziałek, 15 listopada 2010
Wiktor w Jaskini Lewactwa
Przyszedł niedzielny poranek. Uzależniony od informacji Wiktor zerknął do internetu, by sprawdzić czy może w ten pięknie się zapowiadający dzień iść na spacer do parku, czy też rzuci się w oczy jakiś inny ciekawy cel niedzielnych peregrynacji. Okazało się, że można połączyć obie możliwości, bo dopiero o 17 w Nowym Wspaniałym Świecie jest spotkanie z pomysłodawcą gwizdkowej Akcji anty-niepodległościowej. Wiktor się ucieszył, bo zawsze to lepiej usłyszeć argumentację i opinie u samego źródła, niż polegać tylko na przekazach z drugiej albo i trzeciej ręki. Zatem po wiosennym spacerze w połowie listopada Wiktor skierował się przykładem zachodzącego słońca w kierunku Nowego Światu.
Duża sala wypełniona w całości, aczkolwiek bez tłoku. Prowadząca zapowiedziała dyskusję horyzontalną, więc posiadacze mikrofonu byli strofowani, gdy wstawali ze swojego miejsca. Poprosiła też o nie rejestrowanie spotkania i nie robienie zdjęć, co oznaczało, że Wiktor mógł spokojnie zrezygnować z robienia notatek, bo następnego dnia na pewno będzie można przeczytać gdzieś stenogram tego spotkania. Organizatorzy, co oczywiste, obwieścili sukces anty-faszystowskiej Akcji 11 listopada i podziękowali bardzo długiej liście organizacji. Podawane przez GazWyb informacje, jakoby antyfaszystów było ok. 3 tysięcy okazały się mocno zaniżone, bo według organizatorów było ich co najmniej 5 tysięcy. Wiktor przypomniał sobie od razu relacje blogerów, którzy opisywali swoje, spowodowane blokadami, kłopoty z dotarciem do Marszu Niepodległości i przymusowym przemarszem w towarzystwie uczestników blokady. Sam Wiktor maszerował wśród antyfaszystów do Oboźnej, gdzie wszyscy skręcili, by zablokować główny Marsz idący ulicami Powiśla. Ale kto by się przejmował takimi drobiazgami jak odróżnianie zamaskowanych anty od niezamaskowanych faszystów?
Po obowiązkowych gratulacjach i podziękowaniach głos zabrał autor gwizdkowego pomysłu, który w dość dosadnych słowach zbeształ organizatorów całej Akcji za kilka rzeczy. Wiktorowi oczy otwierały sie coraz szerzej, uszy zaczęły falować jak u słonia: jakże to tak? Ten doświadczony opozycjonista z czasów PRL-u, nie zdawał sobie sprawy, że zapraszając ludzi na blokady, które będą łamały prawo, zaprasza ich także do grzechu czynności symetrycznych do grup, przeciwko którym się protestuje? Że wyrosłe z ruchu Radykalnej Akcji Antyfaszystowskiej bojówki Antify będą potulnie jak baranki czekały na faszystowskie znaki z drugiej strony i reagowały w duchu "non-violence"? Wiktor był pełen uznania dla odwagi cywilnej besztającego Antifę Seweryna Od Gwizdków i jednocześnie nie mógł wyjść ze zdumienia nad jego naiwnością.
Kolejny mówca podziękował poprzednikowi za to, że mimo wszystko nie uznał symetrii działań faszystowskich bandytów i "problematycznych" reakcji Antify. Rzucone w przestrzeń pytania o cele na przyszłość, dalekosiężne oczekiwane efekty działań Akcji okazały się jednak mało istotne. W toku kolejnych wypowiedzi wynikało coraz bardziej wyraźnie, że problemem jest samo przetrwanie lewicowych aktywistów, w skrajnie nieprzyjaznym policyjnym państwie. Policja bowiem zamiast bronić ludzi przed bandytami, to broniła bandytów przed Antifą! Co więcej, wiele osób było uratowanych przed stratowaniem przez bandytów właśnie przez dzielną Antifę! Pojawiły się też głosy, że czerwony sztandar wcale nie jest passe, a akcje czerwonego RAF-u były dobre, choć nie odniosły oczekiwanego sukcesu. Wiktor nie próbował się zastanawiać, jak afirmacja "ulicznych napierdalanek", używając tutejszego języka, ma się do przeciwdziałania niosącemu przemoc faszyzmowi, bo zorientował się dosyć szybko, że nie o ideologiczną czy logiczną spójność tu chodzi.
Jakiekolwiek próby ściągnięcia dyskusji na merytoryczny poziom, na zagadnienia dotyczące logistyki, organizacji, komunikacji, która ewidentnie szwankowała, trafiały w próżnię, bo najważniejszy okazywał się akcentowany przez dzielną panią Kazimierę, rewolucyjny zapał, który zmobilizuje ludzi do wyjścia na ulicę. Drugim kluczowym problemem był sposób, w jaki środowiska lewicowe są traktowane przez sprzyjającą i w większości faszystowską policję. Wiktor czuł się, jakby został przeniesiony na plan Przedwiośnia, tylko aktorzy dużo lepiej i szczerzej odgrywali rewolucyjny zapał. Oznaki medialnego zaszczucia, nieustające pretensje do mediów i policji, żądania odwołania komendanta policji, a nawet ministra spraw wewnętrznych, jako odpowiedzialnych za brutalne traktowanie aresztantów z Biedroniem na czele - to wszystko wyglądało dokładnie tak jak wyobrażał sobie Wiktor przedwojenne "konspiracyjne" spotkania rewolucjonistów. Co ciekawe, przy generowaniu atmosfery zaszczucia pani Kazimiera przytomnie zauważyła, że jednak bez wsparcia mainstream-owych mediów, nie ma co liczyć na większą frekwencję niż ostatnim razem.
Zapał osiągnął w końcu taką temperaturę, że nawet poczciwy, a może wyrachowany, Pan Seweryn Od Gwizdków musiał opuścić salę, żeby jakiś bardziej zapalony rewolucjonista nie pacnął go w przypływie słusznego klasowego oburzenia po głowie. Do Wiktora zaś dotarło, że szeroka koalicja lewicowa jest kolejną grupą społeczną, która uważa państwowe organa porządkowe za faszystowskie bojówki mające na celu jedynie danie upustu sadystycznym ciągotom zwyrodniałych funkcjonariuszy. Dotarło do niego także to, że zarówno dla tych młodszych jak i tych starszych "lewicowców", druga strona ideologicznego sporu jest zunifikowaną masą bandytów, która powinna zniknąć z powierzchni ziemi, a która po niej chodzi jedynie dzięki ochronie policji. Jakież to się wydało Wiktorowi symetryczne do różnych opinii słyszanych po tej "bandyckiej" stronie. Skojarzyło się to Wiktorowi w dosyć oczywisty sposób z definicją człowieka, funkcjonującą w małych społeczeństwach plemiennych: człowiekiem jest tylko członek mojego plemienia. Ten z sąsiedniej wioski to już nie jest człowiek - to zwierzyna łowna. Tu nie ma szansy na jakiekolwiek porozumienie, bo porozumienie w ogóle nie jest celem. Celem jest budowa poczucia zagrożenia, umacnianie plemiennych więzi i rozciąganie tych więzi na jak najszersze rzesze, by w odpowiednim momencie wyciągnąć te rzesze na ulice.
Wiktor wyszedł ze spotkania i w te pędy przyleciał do mnie zdać pasjonującą relację. Przegadaliśmy całą noc, dochodząc do wielu ciekawych spostrzeżeń. Niestety nie nagrywałem tej rozmowy, dlatego odtworzona z pamięci sama relacja jest w dużej mierze niepełna. Na wnioski z tej rozmowy przyjdzie pora innym razem...
Stenogram wypowiedzi Blumsztajna
Krótka relacja we Frondzie
I bardzo dobry tekst na portalu lewicowym
Duża sala wypełniona w całości, aczkolwiek bez tłoku. Prowadząca zapowiedziała dyskusję horyzontalną, więc posiadacze mikrofonu byli strofowani, gdy wstawali ze swojego miejsca. Poprosiła też o nie rejestrowanie spotkania i nie robienie zdjęć, co oznaczało, że Wiktor mógł spokojnie zrezygnować z robienia notatek, bo następnego dnia na pewno będzie można przeczytać gdzieś stenogram tego spotkania. Organizatorzy, co oczywiste, obwieścili sukces anty-faszystowskiej Akcji 11 listopada i podziękowali bardzo długiej liście organizacji. Podawane przez GazWyb informacje, jakoby antyfaszystów było ok. 3 tysięcy okazały się mocno zaniżone, bo według organizatorów było ich co najmniej 5 tysięcy. Wiktor przypomniał sobie od razu relacje blogerów, którzy opisywali swoje, spowodowane blokadami, kłopoty z dotarciem do Marszu Niepodległości i przymusowym przemarszem w towarzystwie uczestników blokady. Sam Wiktor maszerował wśród antyfaszystów do Oboźnej, gdzie wszyscy skręcili, by zablokować główny Marsz idący ulicami Powiśla. Ale kto by się przejmował takimi drobiazgami jak odróżnianie zamaskowanych anty od niezamaskowanych faszystów?
Po obowiązkowych gratulacjach i podziękowaniach głos zabrał autor gwizdkowego pomysłu, który w dość dosadnych słowach zbeształ organizatorów całej Akcji za kilka rzeczy. Wiktorowi oczy otwierały sie coraz szerzej, uszy zaczęły falować jak u słonia: jakże to tak? Ten doświadczony opozycjonista z czasów PRL-u, nie zdawał sobie sprawy, że zapraszając ludzi na blokady, które będą łamały prawo, zaprasza ich także do grzechu czynności symetrycznych do grup, przeciwko którym się protestuje? Że wyrosłe z ruchu Radykalnej Akcji Antyfaszystowskiej bojówki Antify będą potulnie jak baranki czekały na faszystowskie znaki z drugiej strony i reagowały w duchu "non-violence"? Wiktor był pełen uznania dla odwagi cywilnej besztającego Antifę Seweryna Od Gwizdków i jednocześnie nie mógł wyjść ze zdumienia nad jego naiwnością.
Kolejny mówca podziękował poprzednikowi za to, że mimo wszystko nie uznał symetrii działań faszystowskich bandytów i "problematycznych" reakcji Antify. Rzucone w przestrzeń pytania o cele na przyszłość, dalekosiężne oczekiwane efekty działań Akcji okazały się jednak mało istotne. W toku kolejnych wypowiedzi wynikało coraz bardziej wyraźnie, że problemem jest samo przetrwanie lewicowych aktywistów, w skrajnie nieprzyjaznym policyjnym państwie. Policja bowiem zamiast bronić ludzi przed bandytami, to broniła bandytów przed Antifą! Co więcej, wiele osób było uratowanych przed stratowaniem przez bandytów właśnie przez dzielną Antifę! Pojawiły się też głosy, że czerwony sztandar wcale nie jest passe, a akcje czerwonego RAF-u były dobre, choć nie odniosły oczekiwanego sukcesu. Wiktor nie próbował się zastanawiać, jak afirmacja "ulicznych napierdalanek", używając tutejszego języka, ma się do przeciwdziałania niosącemu przemoc faszyzmowi, bo zorientował się dosyć szybko, że nie o ideologiczną czy logiczną spójność tu chodzi.
Jakiekolwiek próby ściągnięcia dyskusji na merytoryczny poziom, na zagadnienia dotyczące logistyki, organizacji, komunikacji, która ewidentnie szwankowała, trafiały w próżnię, bo najważniejszy okazywał się akcentowany przez dzielną panią Kazimierę, rewolucyjny zapał, który zmobilizuje ludzi do wyjścia na ulicę. Drugim kluczowym problemem był sposób, w jaki środowiska lewicowe są traktowane przez sprzyjającą i w większości faszystowską policję. Wiktor czuł się, jakby został przeniesiony na plan Przedwiośnia, tylko aktorzy dużo lepiej i szczerzej odgrywali rewolucyjny zapał. Oznaki medialnego zaszczucia, nieustające pretensje do mediów i policji, żądania odwołania komendanta policji, a nawet ministra spraw wewnętrznych, jako odpowiedzialnych za brutalne traktowanie aresztantów z Biedroniem na czele - to wszystko wyglądało dokładnie tak jak wyobrażał sobie Wiktor przedwojenne "konspiracyjne" spotkania rewolucjonistów. Co ciekawe, przy generowaniu atmosfery zaszczucia pani Kazimiera przytomnie zauważyła, że jednak bez wsparcia mainstream-owych mediów, nie ma co liczyć na większą frekwencję niż ostatnim razem.
Zapał osiągnął w końcu taką temperaturę, że nawet poczciwy, a może wyrachowany, Pan Seweryn Od Gwizdków musiał opuścić salę, żeby jakiś bardziej zapalony rewolucjonista nie pacnął go w przypływie słusznego klasowego oburzenia po głowie. Do Wiktora zaś dotarło, że szeroka koalicja lewicowa jest kolejną grupą społeczną, która uważa państwowe organa porządkowe za faszystowskie bojówki mające na celu jedynie danie upustu sadystycznym ciągotom zwyrodniałych funkcjonariuszy. Dotarło do niego także to, że zarówno dla tych młodszych jak i tych starszych "lewicowców", druga strona ideologicznego sporu jest zunifikowaną masą bandytów, która powinna zniknąć z powierzchni ziemi, a która po niej chodzi jedynie dzięki ochronie policji. Jakież to się wydało Wiktorowi symetryczne do różnych opinii słyszanych po tej "bandyckiej" stronie. Skojarzyło się to Wiktorowi w dosyć oczywisty sposób z definicją człowieka, funkcjonującą w małych społeczeństwach plemiennych: człowiekiem jest tylko członek mojego plemienia. Ten z sąsiedniej wioski to już nie jest człowiek - to zwierzyna łowna. Tu nie ma szansy na jakiekolwiek porozumienie, bo porozumienie w ogóle nie jest celem. Celem jest budowa poczucia zagrożenia, umacnianie plemiennych więzi i rozciąganie tych więzi na jak najszersze rzesze, by w odpowiednim momencie wyciągnąć te rzesze na ulice.
Wiktor wyszedł ze spotkania i w te pędy przyleciał do mnie zdać pasjonującą relację. Przegadaliśmy całą noc, dochodząc do wielu ciekawych spostrzeżeń. Niestety nie nagrywałem tej rozmowy, dlatego odtworzona z pamięci sama relacja jest w dużej mierze niepełna. Na wnioski z tej rozmowy przyjdzie pora innym razem...
Stenogram wypowiedzi Blumsztajna
Krótka relacja we Frondzie
I bardzo dobry tekst na portalu lewicowym
Autor:
Igor Czajka
o
21:03
1 komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
polityka,
relacje,
społeczeństwo,
Wiktor
środa, 27 października 2010
Wiktor w sztabie Kandydata
Wiktor dowiedział się z twittera, że o 18:00 zaczyna się część nieoficjalna, po oficjalnym otwarciu siedziby sztabu jednego z kandydatów na prezydenta miasta. Pomyślał sobie, że jako obywatel skorzysta z tego publicznego zaproszenia i obejrzy sobie Kandydata z bliska. Przy okazji weźmie jakieś ulotki, poczyta, posłucha, może uda się rozwiać ostatnie wątpliwości do Kandydata. Czuł się bowiem do niego prawie przekonany, choć to osoba świeża w miejskiej administracji, jednak z jakimś tam doświadczeniem zarówno menadżerskim, jak i politycznym. Jak pomyślał, tak zrobił. Choć nie znał dokładnego adresu, to duży plakat ściągał uwagę we właściwe miejsce.
Oho, dobre oznakowanie to podstawa - pomyślał i nieśmiało zbliżył się do wejścia. Rozglądając się, jakby kogoś szukał, obserwował uważnie pomieszczenie. Białe ściany, kilka krzeseł i stolik z kawą. Serce i tak biło rytmem przyspieszonym bliskością Kandydata, więc kawa nie wchodziła w grę. Ludzie stali w małych grupkach, pomiędzy zdaniami lustrując grupki sąsiadujące. Wiktor szukał jakiś ulotek, ale niestety poza kawą i lotniczym zdjęciem miasta nie było nic. NIC! Stał tak zatem czekając, aż może ktoś się zainteresuje samotnym mężczyzną, który być może czeka na moment właściwy do zdetonowania bomby. Nic z tych rzeczy. Ludzie zainteresowani tylko sobą i swoim partnerem w rozmowie, nie zwracali najmniejszej uwagi na człowieka, który najwyraźniej nie ma śmiałości samodzielnie nalać sobie darmowej kawy.
W rogu pomieszczenia Wiktor dostrzegł biegnące na piętro schody. Dostępu na górę bronił niski człowieczek z wyrazem zagubienia w oczach. Wiktor podszedł do niego, i spytał w nadstawione ucho:
- Czy jakieś materiały informacyjne to jest szansa dostać?
- A na stołach leżą ulotki...
- No nie leżą. Nic nie leży. Stoliki są puste.
- A to zaraz coś przyniosę z góry, proszę zaczekać.
Jak zaczekać to zaczekać, nie będzie się przecież jakiś tam nieznany nikomu Wiktor pchał na górę nieproszony. Teraz zatem stał tak sobie pod ścianą nie tyle czekając na moment właściwy do zdetonowania bomby, ile na materiały informacyjne, które zaraz zostaną przyniesione.
Bardzo wysokie to piętro być musi w tym sztabie - pomyślał Wiktor z nogi na nogę przestępując przez dłużące się minuty. W końcu nie wytrzymał, pożegnał wzrokiem puste schody i powoli skierował się ku wyjściu.
- Cześć, co tu robisz? - znajoma twarz była kołem ratunkowym, rzucanym przez los w ostatniej chwili.
- No przyszedłem zobaczyć co się dzieje i jak to wygląda. I jakiś taki chaos widzę potworny.
- No chaos jest i brak organizacji, to prawda...
- A ty co tu robisz? - odbił ping-ponga Wiktor.
- A ja przyszedłem tu do sztabu. Bo kandyduję na radnego.
Po kilku zdaniach, wymianie opinii, od słowa do słowa Wiktor został zabrany na górę, gdzie była taka sama salka jak na dole, tyle że z większą liczbą krzeseł i stolików. Wokół Kandydata stał wianuszek ludzi czekających na swoją kolej w ceremoniale ściskania ręki i wymiany kurtuazyjnych słownych uprzejmości. Wiktor w tej pozbawionej jakiejkolwiek formy przestrzeni był już zdecydowany. Jeśli brakuje im rąk do pracy, może pomóc. Zna się na tym i owym, widzi gdzie są niedociągnięcia możliwe do załatwienia niewielkim nakładem pracy. Jeśli wynika to z braku mocy przerobowych, to zaoferuje swoje ręce i głowę. Strona internetowa chociażby. Jest zarejestrowana domena, ale wyświetla się komunikat, że strona jest w budowie. Tak nie może być! To fatalne dla wizerunku! Kilka godzin i przynajmniej podstawowe informacje o lokalizacji sztabu można by wrzucić. A potem powoli dłubać resztę informacji. Jak nie ma nic w internecie to przecież jakby nic nie było.
Nadeszła w końcu pora i po krótkiej prezentacji padło sakramentalne pytanie Kandydata:
- Słucham, z czym Panowie do mnie przychodzą?
- Mam pytanie...
- Słucham!
- ...bo tu widać sporo braków...
- Jakich braków!?
- ...no brakuje materiałów informacyjnych, w internecie pusto, nikt się nie opieku...
- Proszę Pana, coś Panu powiem młody człowieku - Wiktor nie miał szansy nawet zacząć zadawać pytania - Pan reprezentuje pewien typ mentalności, którego jest większość w naszym społeczeństwie, którym się wszystko nie podoba, a którzy nie biorą pod uwagę że na wszystko potrzeba czasu. A ja reprezentuję typ mentalności, którego jest mniejszość w naszym społeczeństwie, ale to tacy ludzie jak ja zorganizowali tu wszystko w trzy dni, czego przez dwa tygodnie nie mogli zorganizować tacy ludzie jak Pan...
- Ja to rozumiem - tym razem Wiktor spróbował przejąć inicjatywę, - ale proszę mi pozwolić zadać pytanie. Mi nie chodzi bowiem o krytykowanie...
- Proszę niech więc Pan zada pytanie!
- ...wszystkiego wokół, tylko...
- Przepraszam, ale coś Panu powiem. Widzi Pan, mogę się założyć, że Pan nie ma - kontynuował tyradę Kandydat rozkładając wyjęty z kieszeni marynarki mały kalendarzyk - nawet kalendarza, bo tak dzisiaj się pracuje: bez organizacji, bez kalendarza i takie są właśnie efekty. Michał! - zawołał niskiego człowieczka z wyrazem zagubienia w oczach - tutaj Pan mówi że nie ma na dole ulotek. Gdzie są ulotki? Ulotki mają natychmiast się znaleźć! Przepraszam, zaraz ulotki będą...
- Ale mi nie chodzi o ulotki! - coraz bardziej zniecierpliwiony Wiktor rozpaczliwie szukał w głowie jakiegoś sposobu na przebicie się z własnym komunikatem przez ten zaporowy ogień słów maszynowych - ja chciałbym zadać proste pytanie: w czym mogę pomóc!?
- Dobrze, chce Pan pomóc...
- Tak, do kogo na przykład mógłbym się zgłosić, żeby omówić szczegóły? Żeby nie zajmować Panu cennego czasu, omówię szczegóły organizacyjne z kim?
- Coś Panu powiem - nie zrażony niczym kandydat ciągnął to, co miał ciągnąć, najwyraźniej nie zainteresowany rzeczywistością - ja na przykład chcę mieć kilkanaście spotkań z mieszkańcami. Ale nie z jakimiś urzędnikami, czy dziennikarzami, tylko z mieszkańcami. Chcę mieć spotkanie, na którym będzie co najmniej pięciuset mieszkańców, a nie dwudziestu dziennikarzy. Widzi Pan, wy nie wiecie jak się zabrać za najprostsze rzeczy, a ja w tym telefonie - tu wskazał na wyjęty z drugiej kieszeni marynarki telefon - mam cztery tysiące kontaktów i ja nie musiałem niczego organizować, żeby kilka tygodni temu mieć spotkanie w Domu Kultury na kilkaset osób, które było wielkim sukcesem. A Pan ile ma kontaktów, Wy macie po kilkadziesiąt kontaktów i nie wiecie jak się zabrać do zorganizowania czegokolwiek. Bo organizacja to przede wszystkim kontakty i znajomości, i trzeba znać odpowiednich ludzi do odpowiednich rzeczy! O proszę przyszły ulotki, niech Pan weźmie sobie... Pani Aniu, proszę się zaopiekować Panem, ten Pan chce pomóc, to trzeba to wykorzystać.
- Dziękuję, w takim razie do widzenia - Wiktor pożegnał się z Kandydatem i zostawił swoje namiary pani Ani, która też sprawiała wrażenie osoby zastanawiającej się, co się dookoła właściwie dzieje. Obiecała kontakt, bo każda pomoc jest ważna i, tym razem definitywnie Wiktor opuścił lokal.
Po kilku dniach strona internetowa dalej jest w budowie. Do Wiktora nikt się nie odezwał. Kandydat robi w mediach dobre wrażenie ponadpartyjnego fachowca, specjalistę od organizacji i likwidowania biurokratycznych zatorów. Być może z zarządzaniem miastem lepiej sobie poradzi niż z zarządzaniem własnym sztabem wyborczym. Nadzieja ta łączy mieszkańców miasta. Rzeczywistość zaś tradycyjnie skrzeczy.
Oho, dobre oznakowanie to podstawa - pomyślał i nieśmiało zbliżył się do wejścia. Rozglądając się, jakby kogoś szukał, obserwował uważnie pomieszczenie. Białe ściany, kilka krzeseł i stolik z kawą. Serce i tak biło rytmem przyspieszonym bliskością Kandydata, więc kawa nie wchodziła w grę. Ludzie stali w małych grupkach, pomiędzy zdaniami lustrując grupki sąsiadujące. Wiktor szukał jakiś ulotek, ale niestety poza kawą i lotniczym zdjęciem miasta nie było nic. NIC! Stał tak zatem czekając, aż może ktoś się zainteresuje samotnym mężczyzną, który być może czeka na moment właściwy do zdetonowania bomby. Nic z tych rzeczy. Ludzie zainteresowani tylko sobą i swoim partnerem w rozmowie, nie zwracali najmniejszej uwagi na człowieka, który najwyraźniej nie ma śmiałości samodzielnie nalać sobie darmowej kawy.
W rogu pomieszczenia Wiktor dostrzegł biegnące na piętro schody. Dostępu na górę bronił niski człowieczek z wyrazem zagubienia w oczach. Wiktor podszedł do niego, i spytał w nadstawione ucho:
- Czy jakieś materiały informacyjne to jest szansa dostać?
- A na stołach leżą ulotki...
- No nie leżą. Nic nie leży. Stoliki są puste.
- A to zaraz coś przyniosę z góry, proszę zaczekać.
Jak zaczekać to zaczekać, nie będzie się przecież jakiś tam nieznany nikomu Wiktor pchał na górę nieproszony. Teraz zatem stał tak sobie pod ścianą nie tyle czekając na moment właściwy do zdetonowania bomby, ile na materiały informacyjne, które zaraz zostaną przyniesione.
Bardzo wysokie to piętro być musi w tym sztabie - pomyślał Wiktor z nogi na nogę przestępując przez dłużące się minuty. W końcu nie wytrzymał, pożegnał wzrokiem puste schody i powoli skierował się ku wyjściu.
- Cześć, co tu robisz? - znajoma twarz była kołem ratunkowym, rzucanym przez los w ostatniej chwili.
- No przyszedłem zobaczyć co się dzieje i jak to wygląda. I jakiś taki chaos widzę potworny.
- No chaos jest i brak organizacji, to prawda...
- A ty co tu robisz? - odbił ping-ponga Wiktor.
- A ja przyszedłem tu do sztabu. Bo kandyduję na radnego.
Po kilku zdaniach, wymianie opinii, od słowa do słowa Wiktor został zabrany na górę, gdzie była taka sama salka jak na dole, tyle że z większą liczbą krzeseł i stolików. Wokół Kandydata stał wianuszek ludzi czekających na swoją kolej w ceremoniale ściskania ręki i wymiany kurtuazyjnych słownych uprzejmości. Wiktor w tej pozbawionej jakiejkolwiek formy przestrzeni był już zdecydowany. Jeśli brakuje im rąk do pracy, może pomóc. Zna się na tym i owym, widzi gdzie są niedociągnięcia możliwe do załatwienia niewielkim nakładem pracy. Jeśli wynika to z braku mocy przerobowych, to zaoferuje swoje ręce i głowę. Strona internetowa chociażby. Jest zarejestrowana domena, ale wyświetla się komunikat, że strona jest w budowie. Tak nie może być! To fatalne dla wizerunku! Kilka godzin i przynajmniej podstawowe informacje o lokalizacji sztabu można by wrzucić. A potem powoli dłubać resztę informacji. Jak nie ma nic w internecie to przecież jakby nic nie było.
Nadeszła w końcu pora i po krótkiej prezentacji padło sakramentalne pytanie Kandydata:
- Słucham, z czym Panowie do mnie przychodzą?
- Mam pytanie...
- Słucham!
- ...bo tu widać sporo braków...
- Jakich braków!?
- ...no brakuje materiałów informacyjnych, w internecie pusto, nikt się nie opieku...
- Proszę Pana, coś Panu powiem młody człowieku - Wiktor nie miał szansy nawet zacząć zadawać pytania - Pan reprezentuje pewien typ mentalności, którego jest większość w naszym społeczeństwie, którym się wszystko nie podoba, a którzy nie biorą pod uwagę że na wszystko potrzeba czasu. A ja reprezentuję typ mentalności, którego jest mniejszość w naszym społeczeństwie, ale to tacy ludzie jak ja zorganizowali tu wszystko w trzy dni, czego przez dwa tygodnie nie mogli zorganizować tacy ludzie jak Pan...
- Ja to rozumiem - tym razem Wiktor spróbował przejąć inicjatywę, - ale proszę mi pozwolić zadać pytanie. Mi nie chodzi bowiem o krytykowanie...
- Proszę niech więc Pan zada pytanie!
- ...wszystkiego wokół, tylko...
- Przepraszam, ale coś Panu powiem. Widzi Pan, mogę się założyć, że Pan nie ma - kontynuował tyradę Kandydat rozkładając wyjęty z kieszeni marynarki mały kalendarzyk - nawet kalendarza, bo tak dzisiaj się pracuje: bez organizacji, bez kalendarza i takie są właśnie efekty. Michał! - zawołał niskiego człowieczka z wyrazem zagubienia w oczach - tutaj Pan mówi że nie ma na dole ulotek. Gdzie są ulotki? Ulotki mają natychmiast się znaleźć! Przepraszam, zaraz ulotki będą...
- Ale mi nie chodzi o ulotki! - coraz bardziej zniecierpliwiony Wiktor rozpaczliwie szukał w głowie jakiegoś sposobu na przebicie się z własnym komunikatem przez ten zaporowy ogień słów maszynowych - ja chciałbym zadać proste pytanie: w czym mogę pomóc!?
- Dobrze, chce Pan pomóc...
- Tak, do kogo na przykład mógłbym się zgłosić, żeby omówić szczegóły? Żeby nie zajmować Panu cennego czasu, omówię szczegóły organizacyjne z kim?
- Coś Panu powiem - nie zrażony niczym kandydat ciągnął to, co miał ciągnąć, najwyraźniej nie zainteresowany rzeczywistością - ja na przykład chcę mieć kilkanaście spotkań z mieszkańcami. Ale nie z jakimiś urzędnikami, czy dziennikarzami, tylko z mieszkańcami. Chcę mieć spotkanie, na którym będzie co najmniej pięciuset mieszkańców, a nie dwudziestu dziennikarzy. Widzi Pan, wy nie wiecie jak się zabrać za najprostsze rzeczy, a ja w tym telefonie - tu wskazał na wyjęty z drugiej kieszeni marynarki telefon - mam cztery tysiące kontaktów i ja nie musiałem niczego organizować, żeby kilka tygodni temu mieć spotkanie w Domu Kultury na kilkaset osób, które było wielkim sukcesem. A Pan ile ma kontaktów, Wy macie po kilkadziesiąt kontaktów i nie wiecie jak się zabrać do zorganizowania czegokolwiek. Bo organizacja to przede wszystkim kontakty i znajomości, i trzeba znać odpowiednich ludzi do odpowiednich rzeczy! O proszę przyszły ulotki, niech Pan weźmie sobie... Pani Aniu, proszę się zaopiekować Panem, ten Pan chce pomóc, to trzeba to wykorzystać.
- Dziękuję, w takim razie do widzenia - Wiktor pożegnał się z Kandydatem i zostawił swoje namiary pani Ani, która też sprawiała wrażenie osoby zastanawiającej się, co się dookoła właściwie dzieje. Obiecała kontakt, bo każda pomoc jest ważna i, tym razem definitywnie Wiktor opuścił lokal.
Po kilku dniach strona internetowa dalej jest w budowie. Do Wiktora nikt się nie odezwał. Kandydat robi w mediach dobre wrażenie ponadpartyjnego fachowca, specjalistę od organizacji i likwidowania biurokratycznych zatorów. Być może z zarządzaniem miastem lepiej sobie poradzi niż z zarządzaniem własnym sztabem wyborczym. Nadzieja ta łączy mieszkańców miasta. Rzeczywistość zaś tradycyjnie skrzeczy.
poniedziałek, 18 października 2010
Salonowo-urodzinowe reminiscencje
Pierwszy raz byłem na urodzinach Salonu24 i długo się oswajałem, nikogo wcześniej nie znając. Po kilku piwach i wielu papierosach udało się znaleźć jakieś punkty zaczepienia, bo i goście nie byli z tych co to nie mają nic do powiedzenia. Zanim jednak doszło do właściwych kuluarów, produkowali się ci, którzy mieli dostarczyć pretekstu do dalszych dyskusji. I dostarczyli.
Na Migalskiego rzeczywiście wszyscy ostatnio wsiedli i jadą po nim jak po łysej kobyle. Jednak nie ma się co dziwić, wszak o ile widok pogującego punkowca jest całkiem logiczny i akceptowalny, o tyle widok pogującego policjanta na służbie wprowadzałby już pewien dysonans. O ile blogerzy, komentatorzy, czyli obywatele po prostu mają prawo po Migalskim jeździć, o tyle Migalski jeżdżący po swoich wyborcach wygląda dość kuriozalnie. Migalski najwyraźniej nie rozumie wielu rzeczy i skupiając się na politycznych ideach nie bierze w ogóle pod uwagę kwestii komunikacyjnych, społecznych, PR-owskich właśnie. W wymiarze konkretnej osoby, a nie na poziomie idei określonej formacji. Pisała na ten temat Janina Jankowska.
Podejście do obywatela, który nie zawsze jest tak doskonały jak poseł Migalski, to jedno. Druga sprawa to przyjmowanie krytyki i umiejętność konstruktywnej reakcji. Bo to przecież nie sam fakt krytykowania Prezesa jest niesmaczny w ostatnich tekstach Migalskiego. To merytoryczny ich poziom pozostawia wiele do życzenia. Nie przedmiot, a jakość rozważań jest nie do przyjęcia. List do Prezesa, pomijając sposób i okoliczności, w treści był rzeczowy, konkretny, merytoryczny. Wpis o prof. Królu był rzeczowy, konkretny, merytoryczny. Aż tu nagle bach! Tekst o ufolach. No takie rzeczy są kompromitujące. Gdy na środowej promocji książki próbowałem to wyjaśnić, Migalski mnie zbył sztampową konstatacją, że jak wali w PO to dobrze, a jak wali w PiS to źle, a on jest po prostu obiektywny. Po czym mnie przeprosił, bo ma telefon albo musi udać się na stronę. W sobotę, udało mi się jakoś inaczej wyartykułować zarzut braku merytoryki, na co usłyszałem, że to cenna uwaga i że dziękuje. I co? I mamy pourodzinowy tekst o patałachu prezesie. No klasyczny syndrom odrzucenia. Świetna polemika Rekontry - polecam.
Migalski udowodnił w sobotę, że jako polityk nie istnieje. Nie każdy nadaje się do każdego zawodu. Ja pilotem bym być nie mógł, bo noszę okulary. Aktorem też nie będę, bo się za bardzo denerwuję. Migalski nie będzie politykiem, bo nie nawiązuje kontaktu z otoczeniem. Dlaczego Pan się tak żali na agresywne komentarze? Ja się wcale nie żalę! Jasne. I nie mam czerwonego sweterka. Podręcznikowy wręcz przykład działania obronnego mechanizmu zaprzeczania, który pomaga może Migalskiemu funkcjonować, ale na który odbiorca na pewno się nie złapie. Przynajmniej nie tutaj. Przykro patrzeć, jak rzekomo przenikliwy analityk sceny politycznej jest aż tak nieświadomym podstawowych ludzkich mechanizmów, że pozwala się ponieść osobistym urazom, nie przyjmując do wiadomości, że nikt w zaprzeczanie nie wierzy.
To prawda, że Kaczyński nie ma ręki do ludzi, że dobiera sobie współpracowników jakiegoś takiego pośledniego sortu. Gdy obserwowałem Dorna na spotkaniach Polski XXI, która przekształcała się w Polskę Plus, zrozumiałem jak mógł wyglądać konflikt z Kaczyńskim i że to nie Kaczyński był tu wiodącą konfliktogenną stroną. Podobnie teraz z Migalskim. Kaczyński niewątpliwie prowadzi partię wodzowsko, niedemokratycznie, korporacyjnie ją zamyka, ale to nie zmienia faktu, że próba Migalskiego odnalezienia się w tej sytuacji tylko go skompromitowała jako polityka.
Migalski w swoich deklaracjach dotyczących przyszłości nie zamyka się na pomysły medialne, komentatorskie ale również animacyjne. Komiks Niewolnika, nie tylko świetnie oddaje sytuację na Rozdrożu, ale też ilustruje przyszłość Migala jako dzielnego kolegę po fachu dla Kuby Wojewódzkiego i Szymona Majewskiego. Naprawdę jest w tym dobry, jest asertywny i to jest dziedzina w której ma szanse się spełnić ;-)
Drugi z gości, Arłukowicz, udowodnił z kolei, że nie ma ucieczki od historii, przed czym tak uparcie uciekają politycy tzw. lewicy. Gdyby bowiem nie majątek PZPR, gdyby nie kolosalne pieniądze z FOZZ, które w końcu poszły na tworzenie wiodących obecnie koncernów medialnych, być może polska lewica miałaby twarz Walentynowicz, Gwiazdy i Bugaja, a nie Millera, Kwaśniewskiego i Jaruzela. Historyczne obciążenie jakie ma SLD, nawet jeśli cała kasa i infrastruktura partyjna uległa obecnie amortyzacji, to obciążenie jest niestety ciągle silne i świadczy o tym nie tylko świadomość osób, którzy urodzili się już w „wolnej” Polsce, ale także siła zakłopotania i rozdrażnienia pomieszanego z cichym oburzeniem, w jakie wpędza polityków związanych z SLD temat PZPR-owskiego spadku. Aczkolwiek rozdrażnienie to okazywane jest przez takiego Arłukowicza w daleko bardziej delikatny, kulturalny, polityczny po prostu sposób niż ma to miejsce u Migalskiego. Natomiast nazywanie lewicą jednej z najbardziej merkantylnych partii w Polsce jest już nawet nie żałosne (bo nieuczciwe wobec lewicowej ideologii), jest po prostu śmieszne. Nawet jeśli poszczególne osoby mają naprawdę czyste intencje i szczerze lewicowe przekonania.
Na koniec jeszcze kilka luźnych refleksji. Czesław Bielecki to klasa sama w sobie. Nie ma się do czego przyczepić więc się nie czepiam. Co do samego spotkania zaś to spodziewałem się, że będą dużo większe tłumy i że dużo dłużej potrwa faza grupowych dyskusji. Poza tym atmosfera spotkania była naprawdę wyśmienita i też dziękuję wszystkim za ciekawe nocne rozmowy.
Na Migalskiego rzeczywiście wszyscy ostatnio wsiedli i jadą po nim jak po łysej kobyle. Jednak nie ma się co dziwić, wszak o ile widok pogującego punkowca jest całkiem logiczny i akceptowalny, o tyle widok pogującego policjanta na służbie wprowadzałby już pewien dysonans. O ile blogerzy, komentatorzy, czyli obywatele po prostu mają prawo po Migalskim jeździć, o tyle Migalski jeżdżący po swoich wyborcach wygląda dość kuriozalnie. Migalski najwyraźniej nie rozumie wielu rzeczy i skupiając się na politycznych ideach nie bierze w ogóle pod uwagę kwestii komunikacyjnych, społecznych, PR-owskich właśnie. W wymiarze konkretnej osoby, a nie na poziomie idei określonej formacji. Pisała na ten temat Janina Jankowska.
Podejście do obywatela, który nie zawsze jest tak doskonały jak poseł Migalski, to jedno. Druga sprawa to przyjmowanie krytyki i umiejętność konstruktywnej reakcji. Bo to przecież nie sam fakt krytykowania Prezesa jest niesmaczny w ostatnich tekstach Migalskiego. To merytoryczny ich poziom pozostawia wiele do życzenia. Nie przedmiot, a jakość rozważań jest nie do przyjęcia. List do Prezesa, pomijając sposób i okoliczności, w treści był rzeczowy, konkretny, merytoryczny. Wpis o prof. Królu był rzeczowy, konkretny, merytoryczny. Aż tu nagle bach! Tekst o ufolach. No takie rzeczy są kompromitujące. Gdy na środowej promocji książki próbowałem to wyjaśnić, Migalski mnie zbył sztampową konstatacją, że jak wali w PO to dobrze, a jak wali w PiS to źle, a on jest po prostu obiektywny. Po czym mnie przeprosił, bo ma telefon albo musi udać się na stronę. W sobotę, udało mi się jakoś inaczej wyartykułować zarzut braku merytoryki, na co usłyszałem, że to cenna uwaga i że dziękuje. I co? I mamy pourodzinowy tekst o patałachu prezesie. No klasyczny syndrom odrzucenia. Świetna polemika Rekontry - polecam.
Migalski udowodnił w sobotę, że jako polityk nie istnieje. Nie każdy nadaje się do każdego zawodu. Ja pilotem bym być nie mógł, bo noszę okulary. Aktorem też nie będę, bo się za bardzo denerwuję. Migalski nie będzie politykiem, bo nie nawiązuje kontaktu z otoczeniem. Dlaczego Pan się tak żali na agresywne komentarze? Ja się wcale nie żalę! Jasne. I nie mam czerwonego sweterka. Podręcznikowy wręcz przykład działania obronnego mechanizmu zaprzeczania, który pomaga może Migalskiemu funkcjonować, ale na który odbiorca na pewno się nie złapie. Przynajmniej nie tutaj. Przykro patrzeć, jak rzekomo przenikliwy analityk sceny politycznej jest aż tak nieświadomym podstawowych ludzkich mechanizmów, że pozwala się ponieść osobistym urazom, nie przyjmując do wiadomości, że nikt w zaprzeczanie nie wierzy.
To prawda, że Kaczyński nie ma ręki do ludzi, że dobiera sobie współpracowników jakiegoś takiego pośledniego sortu. Gdy obserwowałem Dorna na spotkaniach Polski XXI, która przekształcała się w Polskę Plus, zrozumiałem jak mógł wyglądać konflikt z Kaczyńskim i że to nie Kaczyński był tu wiodącą konfliktogenną stroną. Podobnie teraz z Migalskim. Kaczyński niewątpliwie prowadzi partię wodzowsko, niedemokratycznie, korporacyjnie ją zamyka, ale to nie zmienia faktu, że próba Migalskiego odnalezienia się w tej sytuacji tylko go skompromitowała jako polityka.
Migalski w swoich deklaracjach dotyczących przyszłości nie zamyka się na pomysły medialne, komentatorskie ale również animacyjne. Komiks Niewolnika, nie tylko świetnie oddaje sytuację na Rozdrożu, ale też ilustruje przyszłość Migala jako dzielnego kolegę po fachu dla Kuby Wojewódzkiego i Szymona Majewskiego. Naprawdę jest w tym dobry, jest asertywny i to jest dziedzina w której ma szanse się spełnić ;-)
Drugi z gości, Arłukowicz, udowodnił z kolei, że nie ma ucieczki od historii, przed czym tak uparcie uciekają politycy tzw. lewicy. Gdyby bowiem nie majątek PZPR, gdyby nie kolosalne pieniądze z FOZZ, które w końcu poszły na tworzenie wiodących obecnie koncernów medialnych, być może polska lewica miałaby twarz Walentynowicz, Gwiazdy i Bugaja, a nie Millera, Kwaśniewskiego i Jaruzela. Historyczne obciążenie jakie ma SLD, nawet jeśli cała kasa i infrastruktura partyjna uległa obecnie amortyzacji, to obciążenie jest niestety ciągle silne i świadczy o tym nie tylko świadomość osób, którzy urodzili się już w „wolnej” Polsce, ale także siła zakłopotania i rozdrażnienia pomieszanego z cichym oburzeniem, w jakie wpędza polityków związanych z SLD temat PZPR-owskiego spadku. Aczkolwiek rozdrażnienie to okazywane jest przez takiego Arłukowicza w daleko bardziej delikatny, kulturalny, polityczny po prostu sposób niż ma to miejsce u Migalskiego. Natomiast nazywanie lewicą jednej z najbardziej merkantylnych partii w Polsce jest już nawet nie żałosne (bo nieuczciwe wobec lewicowej ideologii), jest po prostu śmieszne. Nawet jeśli poszczególne osoby mają naprawdę czyste intencje i szczerze lewicowe przekonania.
Na koniec jeszcze kilka luźnych refleksji. Czesław Bielecki to klasa sama w sobie. Nie ma się do czego przyczepić więc się nie czepiam. Co do samego spotkania zaś to spodziewałem się, że będą dużo większe tłumy i że dużo dłużej potrwa faza grupowych dyskusji. Poza tym atmosfera spotkania była naprawdę wyśmienita i też dziękuję wszystkim za ciekawe nocne rozmowy.
czwartek, 14 października 2010
Promocja książki Migalskiego
Według Gazety Wyborczej "mieszane odczucia wzbudza u publicystów nowa książka europosła Marka Migalskiego zatytułowana "Nieudana rewolucja, nieudana restauracja". W Bibliotece Publicznej przy Placu Konstytucji w Warszawie, z udziałem autora, odbyła się dyskusja na jej temat." Tak się składa, że byłem na tym spotkaniu, które przekształciło się w dyskusję między Ludwikiem Dornem a Ryszardem Bugajem. Mówiąc szczerze nie przypominam sobie jakoby Krasowski mówił, że Migalski "krytykuje założenia projektu PiS-owskiego, pokazując Tuska, jako osobę, która byłaby najbardziej wiarygodnym realizatorem IV RP i Kaczyńskiego jako człowieka, który przyłożył się do tego, że ta IV RP nie powstała". Raczej zażartował, że tak w średniowieczu, jak i teraz najbardziej karano nie heretyków, nie ateistów, ale fanatyków właśnie i dlatego Migalski jako fanatyk IV RP został ukarany wywaleniem z partii. Ale zostawmy wersję redaktora z Czerskiej i przejdźmy do moich subiektywnych refleksji ze spotkania.
Można było usłyszeć kilka ciekawych rzeczy. Nie mam zamiaru streszczać sporu o przyczyny braku rozwiązania Parlamentu w 2006 roku, który to spór stał się głównym tematem tego spotkania. Nie dlatego, że jest to spór nieinteresujący, ale dlatego, że spory historyczne zostawiam historykom. Uderzyło mnie kilka innych drobniejszych rzeczy.
Każdy z polityków wyraża na codzień wielką troskę o zasady, o demokrację, o równość wobec prawa itp. Nie inaczej Ryszard Bugaj, który podkreślał różne cechy języka Migalskiego niszczące język polityki czy opisywał destrukcyjne konsekwencje nonszalanckiego podejścia do pewnych pojęć i ducha prawa przez różne partie a PiS w szczególności. Świetnie, ale rozpoczął jednocześnie swój wywód od ironicznego stwierdzenia, że poglądy polskiej prawicy w zasadzie sprowadzają się do pragnienia, by "pogonić czerwonych, a reszta sama się zrobi". A przecież dosyć prymitywna to teza - konstatował Bugaj. Nie sposób się nie zgodzić, Panie Doktorze, dosyć to prymitywna teza, redukować poglądy prawicy do takiego stwierdzenia. Jednak cieszy jednocześnie jego zdanie, że idea IV RP nie jest ideą zużytą, a wręcz przeciwnie, jest ideą bardzo aktualną, bo on też chciałby, aby w tym kraju ludzie mieli coś do powiedzenia, a nie tylko "elity". Tak, Panie Doktorze, obywatele też by tego chcieli. Podpisuję się pod tym oburącz.
Cała dyskusja o książce sprowadzała się do tego, jak bardzo PiS ma kłopoty z demokracją. Zarówno z demokracją w Polsce, jak i z demokracją wewnątrz-partyjną. Patrząc na działania PiS-u w dłuższej perspektywie trudno mieć inne zdanie. Pomijając kwestie programowe, jak np. kwestie proponowanych zmian w konstytucji, są jeszcze takie działania symboliczne jak sędzia Kryże, albo anihilacja wewnątrzpartyjnej opozycji, czego przykładem jest sam Migalski. Ja się jednak cały czas zastanawiam, dlaczego w tej dyskusji w ogóle nie pojawiła się kwestia antydemokratycznych działań PO? Jej poczynania, nie tylko w ostatnim czasie, ale także w dłuższej perspektywie, są działaniami niszczącymi samego ducha demokracji. Tusk też się pozbywał niebezpiecznych opozycjonistów, czego przykładem jest Rokita, czy czasowa neutralizacja Schetyny. O języku debaty publicznej, podwójnych standardach, czy działaniach ujawniających się przy okazji CBA warto tylko wspomnieć, bo przecież wylano na ten temat morze drukarskiej farby. Pomimo, że na okładce książki Migalskiego jest fotka zarówno Kaczyńskiego jak i Tuska, ten drugi pojawiał się w rozmowie bardzo sporadycznie. Migalski stwierdził, że może się o tym nie dyskutuje tak jak nie dyskutuje się o tym, że ziemia jest okrągła. Ja jednak obserwuję dziwne zjawisko, że jak się ludziom na okrągło nie przypomina o tym, że ziemia jest okrągła to zaczynają wierzyć w to, że jest płaska.
Z innych ciekawostek zauważyłem szaloną drwinę lewicy z tzw. idei jagiellońskiej w polityce zagranicznej. Bugaj i Michalski kpili, że nie można mówić o idei jagiellońskiej, bo nie ma już jagiellońskiej Polski. Bo to tak, jakby Austria chciała restaurować monarchię Austro-Węgierską. To porównanie jest według mnie całkowicie chybione, a to dlatego, że nazwa II RP nie oznacza przecież że w 1918 roku Polacy chcieli restaurować Rzeczpospolitą Szlachecką! Idea jagiellońska nie musi oznaczać związku państw pod przewodnictwem polskiej korony. Można ją rozumieć jako samą ideę politycznej współpracy państw regionu. I tak ja ją rozumiem. Aczkolwiek przyjmuje do wiadomości, że musimy szukać innego mniej kontrowersyjnego pojęcia do opisu tej idei. Pomysł IV RP także dla różnych aktorów politycznej sceny oznaczał zupełnie różne rzeczy i dlatego został skompromitowany, choć sama idea przywrócenia państwa obywatelom jest ciągle żywa.
I ostania myśl wypowiedziana przez dyrektora Biblioteki, Michała Strąka (jeśli dobrze zanotowałem). Otóż trafnie zauważył on, że w tych różnych analizach i pomysłach modernizacyjnych nie bierze się pod uwagę dwu ważnych czynników. Mianowicie mediów oraz aparatu administracyjnego. Skomercjalizowane media, nastawione na zysk nie są zainteresowane normalizacją życia politycznego. Dobra polityka jest nudna, bo po prostu załatwia konkretne sprawy realizując określone cele. Wydarzenie polityczne staje się takim, gdy jest także wydarzeniem medialnym. W tym układzie nie możemy liczyć na rzeczowe działania, bo są one po prostu w mediach pomijane. Prasa i telewizja nie miałyby najzwyczajniej w świecie czego relacjonować, gdyby nie działo się coś ekscytującego. Na dowód tego można przeczytać kompletnie oderwaną od rzeczywistości relację z tego opisywanego przeze mnie spotkania na portalu gazeta.pl. Drugim czynnikiem hamującym jest fizyczny opór masy urzędniczej, której inercję niezwykle trudno jest pokonać.
Szkoda, że w spotkaniu praktycznie nie brał udziału sam Migalski przysłuchując się jedynie różnym tezom wypowiadanym przez panelistów. Widocznie tym razem ta rola mu bardziej odpowiadała.
Można było usłyszeć kilka ciekawych rzeczy. Nie mam zamiaru streszczać sporu o przyczyny braku rozwiązania Parlamentu w 2006 roku, który to spór stał się głównym tematem tego spotkania. Nie dlatego, że jest to spór nieinteresujący, ale dlatego, że spory historyczne zostawiam historykom. Uderzyło mnie kilka innych drobniejszych rzeczy.
Każdy z polityków wyraża na codzień wielką troskę o zasady, o demokrację, o równość wobec prawa itp. Nie inaczej Ryszard Bugaj, który podkreślał różne cechy języka Migalskiego niszczące język polityki czy opisywał destrukcyjne konsekwencje nonszalanckiego podejścia do pewnych pojęć i ducha prawa przez różne partie a PiS w szczególności. Świetnie, ale rozpoczął jednocześnie swój wywód od ironicznego stwierdzenia, że poglądy polskiej prawicy w zasadzie sprowadzają się do pragnienia, by "pogonić czerwonych, a reszta sama się zrobi". A przecież dosyć prymitywna to teza - konstatował Bugaj. Nie sposób się nie zgodzić, Panie Doktorze, dosyć to prymitywna teza, redukować poglądy prawicy do takiego stwierdzenia. Jednak cieszy jednocześnie jego zdanie, że idea IV RP nie jest ideą zużytą, a wręcz przeciwnie, jest ideą bardzo aktualną, bo on też chciałby, aby w tym kraju ludzie mieli coś do powiedzenia, a nie tylko "elity". Tak, Panie Doktorze, obywatele też by tego chcieli. Podpisuję się pod tym oburącz.
Cała dyskusja o książce sprowadzała się do tego, jak bardzo PiS ma kłopoty z demokracją. Zarówno z demokracją w Polsce, jak i z demokracją wewnątrz-partyjną. Patrząc na działania PiS-u w dłuższej perspektywie trudno mieć inne zdanie. Pomijając kwestie programowe, jak np. kwestie proponowanych zmian w konstytucji, są jeszcze takie działania symboliczne jak sędzia Kryże, albo anihilacja wewnątrzpartyjnej opozycji, czego przykładem jest sam Migalski. Ja się jednak cały czas zastanawiam, dlaczego w tej dyskusji w ogóle nie pojawiła się kwestia antydemokratycznych działań PO? Jej poczynania, nie tylko w ostatnim czasie, ale także w dłuższej perspektywie, są działaniami niszczącymi samego ducha demokracji. Tusk też się pozbywał niebezpiecznych opozycjonistów, czego przykładem jest Rokita, czy czasowa neutralizacja Schetyny. O języku debaty publicznej, podwójnych standardach, czy działaniach ujawniających się przy okazji CBA warto tylko wspomnieć, bo przecież wylano na ten temat morze drukarskiej farby. Pomimo, że na okładce książki Migalskiego jest fotka zarówno Kaczyńskiego jak i Tuska, ten drugi pojawiał się w rozmowie bardzo sporadycznie. Migalski stwierdził, że może się o tym nie dyskutuje tak jak nie dyskutuje się o tym, że ziemia jest okrągła. Ja jednak obserwuję dziwne zjawisko, że jak się ludziom na okrągło nie przypomina o tym, że ziemia jest okrągła to zaczynają wierzyć w to, że jest płaska.
Z innych ciekawostek zauważyłem szaloną drwinę lewicy z tzw. idei jagiellońskiej w polityce zagranicznej. Bugaj i Michalski kpili, że nie można mówić o idei jagiellońskiej, bo nie ma już jagiellońskiej Polski. Bo to tak, jakby Austria chciała restaurować monarchię Austro-Węgierską. To porównanie jest według mnie całkowicie chybione, a to dlatego, że nazwa II RP nie oznacza przecież że w 1918 roku Polacy chcieli restaurować Rzeczpospolitą Szlachecką! Idea jagiellońska nie musi oznaczać związku państw pod przewodnictwem polskiej korony. Można ją rozumieć jako samą ideę politycznej współpracy państw regionu. I tak ja ją rozumiem. Aczkolwiek przyjmuje do wiadomości, że musimy szukać innego mniej kontrowersyjnego pojęcia do opisu tej idei. Pomysł IV RP także dla różnych aktorów politycznej sceny oznaczał zupełnie różne rzeczy i dlatego został skompromitowany, choć sama idea przywrócenia państwa obywatelom jest ciągle żywa.
I ostania myśl wypowiedziana przez dyrektora Biblioteki, Michała Strąka (jeśli dobrze zanotowałem). Otóż trafnie zauważył on, że w tych różnych analizach i pomysłach modernizacyjnych nie bierze się pod uwagę dwu ważnych czynników. Mianowicie mediów oraz aparatu administracyjnego. Skomercjalizowane media, nastawione na zysk nie są zainteresowane normalizacją życia politycznego. Dobra polityka jest nudna, bo po prostu załatwia konkretne sprawy realizując określone cele. Wydarzenie polityczne staje się takim, gdy jest także wydarzeniem medialnym. W tym układzie nie możemy liczyć na rzeczowe działania, bo są one po prostu w mediach pomijane. Prasa i telewizja nie miałyby najzwyczajniej w świecie czego relacjonować, gdyby nie działo się coś ekscytującego. Na dowód tego można przeczytać kompletnie oderwaną od rzeczywistości relację z tego opisywanego przeze mnie spotkania na portalu gazeta.pl. Drugim czynnikiem hamującym jest fizyczny opór masy urzędniczej, której inercję niezwykle trudno jest pokonać.
Szkoda, że w spotkaniu praktycznie nie brał udziału sam Migalski przysłuchując się jedynie różnym tezom wypowiadanym przez panelistów. Widocznie tym razem ta rola mu bardziej odpowiadała.
Autor:
Igor Czajka
o
01:27
0
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
relacje
Subskrybuj:
Posty (Atom)
