Polityka to sztuka osiągania celów. Polityka to dochodzenie do konsensusu poprzez dyskusję, wypracowanie akceptowalnych rozwiązań, które to rozwiązania mogą być zaakceptowane przez większość. Sam moment głosowania nad jakąś sprawą kończy bardzo żmudny proces. Mamy z tym do czynienia nie tylko w Sejmie ale w zarządach, radach nadzorczych, we wspólnotach mieszkaniowych, czy stowarzyszeniach. Głosowaniem sprawdza się, czy dana decyzja jest akceptowalna przez większość. W zasadzie każde działanie wymagające zgody określonej społeczności jest w tym ujęciu polityczne.
Inne węższe ujęcie polityki, to dążenie do przejęcia, a następnie sprawowania oficjalnej władzy. Żeby ten cel osiągnąć, ugrupowania polityczne stosują najprzeróżniejsze chwyty, które politolodzy następnie analizują i wyjaśniają, a zdezorientowani wyborcy, kiwając głowami jak słynne pieski pod tylnymi szybami samochodów, wybierają swoją fangrupę stosując równie racjonalne kryteria, jak przy wyborze bluzki w sklepie.
Co jednak się dzieje, gdy zarówno politycy jak i wyborcy, którzy spijają z ust swoich idoli każde słowo, zapomną już, w jakim celu chcieli przejąć tę władzę? Co zrobić gdy doprowadzona do absurdalnych rozmiarów polityczna walka sprawia, że kupno zapałek lub zapalniczki staje się „kwestią polityczną”?
Taki stan rzeczy to nie tyle rozpad, czy zanik pewnych wartości, ile sytuacja pogubienia się wszystkich uczestników politycznych rozgrywek. Zaszliśmy tak daleko w las, że dawno zgubiliśmy drogę, nie wiemy gdzie idziemy i nie pamiętamy już nawet jak się w tym lesie znaleźliśmy. A przecież warto zauważyć i przypomnieć sobie, że głównym nadrzędnym celem wszelkich działań politycznych jest budowa własnego państwa. Mówimy wtedy o racji stanu raczej, o patriotyzmie, o interesie narodowym, żeby odróżnić to od działań politycznych w tym małym wymiarze, tzn. jaką drogą ten wielki cel osiągnąć. Polityczne mogą być poglądy lewicowe lub prawicowe. Polityka to decydowanie, czy podatki przeznaczymy raczej na rozwój infrastruktury, czy na wsparcie najbiedniejszych. Polityka to decyzje o proporcjach udziału państwa w rynku i poziomie jego ingerencji w ten rynek. Polityczne może być dążenie do zawarcia sojuszu z Niemcami, Rosją albo Szwecją. I tak dalej.
Polityczne są decyzje dotyczące metody. Natomiast działania zmierzające do niszczenia państwowości, zmierzające do podporządkowania i nadmiernego uzależnienia państwa od czynników zewnętrznych, to działania określane w historii jako dywersyjne i noszące znamiona zdrady. Nie jest już kwestią polityki, czy bronić się przed szwedzkim najazdem czy nie – klęska pospolitego ruszenia to najzwyklejsza zdrada i trzeba to nazwać po imieniu. Nie jest kwestią polityki uznanie zależności i agenturalnego charakteru rządów Bieruta, a następnie Gomółki, Gierka i Jaruzelskiego. Ich konsultowanie decyzji z Moskwą to fakt i żadna gierkówka, czy inna nowa huta tego faktu nie powinna nam przesłaniać. Uznanie tych faktów to nie jest kwestia polityki, jak nieustannie próbuje nam się wmawiać. To kwestia poważnego traktowania rzeczywistości i swojego państwa.
Dochodzimy do ostatniej tragedii jaka w tym ponad dwustuletnim paśmie nieszczęść spotkała nasz kraj. Kwestia wyjaśnienia przyczyn katastrofy smoleńskiej jest kwestią polskiej racji stanu, której nie można rozpatrywać w kategoriach doraźnej polityki. PiS okopał się na barykadzie i dokopuje nieustannie rządowi, nie zwracając uwagi, czy przybliży go to do celu czy nie. Rząd, czy raczej nierząd, pogrąża się coraz bardziej, udając niczym dziecko, że jak zasłoni sobie oczy to nikt nie zobaczy jego kłamstw, krętactw i uników. Inne satelickie partie przetaczają się na tej rozchybotanej szalupie obijając się raz o jedną raz o drugą burtę. Oczywiste jest, że zapędzeni w ciemny las politycy nie są w stanie się zatrzymać i pomyśleć. Żyjący z nich komentatorzy, analitycy i publicyści także biją w ten sam bębenek. Czy my także musimy w tym uczestniczyć?
Nie dajmy sobie wmówić, że żądania wyjaśnienia tej katastrofy to doraźna polityka! Wyjaśnienie przyczyn katastrofy smoleńskiej jest sprawą podstawową dla dalszego istnienia naszego państwa. Wszak jak można mieć zaufanie do Państwa, które nie jest w stanie ochronić swojego Prezydenta? Nie pomaga temu zaufaniu oddanie śledztwa obcemu państwu, które biorąc pod uwagę okoliczności nie może być bezstronne. A tylko rozpoznanie i wyjaśnienie przyczyn pozwoli to zaufanie przywrócić. Wyjaśnić przyczyny trzeba nie po to, by władzę utrzymała PO, przejęła PiS, czy ktokolwiek inny. Wyjaśnić przyczyny i osądzić winnych tej największej tragedii po II wojnie światowej trzeba przede wszystkim po to, by państwo jako takie mogło w przyszłości prawidłowo funkcjonować. By następne pokolenia urzędników robiły wszystko co do nich należy. By nikt już nie mógł nawet pomyśleć, tak typowo po słowiańsku, że "jakoś to będzie".
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą racja stanu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą racja stanu. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 1 lutego 2011
wtorek, 8 czerwca 2010
(G)Łupki, bałtycka rura i racja stanu
Kolejny raz w krótkim czasie wraca jak bumerang sprawa gazu z łupków. Tym razem w formie artykułu Gazety Wyborczej, którego nie mogłaby się powstydzić Gazeta Polska. Jak w większości spraw związanych z Polską i w najróżniejszy sposób rozumianym interesem narodowym mamy kolosalną dawkę dezinformacji. Dezinformacja, do kotła z informacjami prawdziwymi dorzucając absurdalne sprawia, że ludzie zaczynają tracić zainteresowanie daną sprawą, przestając traktować ją serio. Podobnie jest z polskim gazem z łupków, który jest kolejną okazją do robienia z ludzi głupków. Głupka zrobił nawet z kandydata na prezydenta ósmego pod względem liczby ludności i dziewiątego pod względem powierzchni europejskiego kraju, który twierdzi, że gaz ten wydobywa się metodą odkrywkową.
Źródła inne niż sztaby wyborcze podają różne informacje, które albo rozbudzają nadzieje albo wzbudzają pełne politowania kiwanie głowami. Jednak coraz więcej sygnałów wskazuje, że sprawa nie powinna być bagatelizowana. Gazeta Wyborcza między linijkami przemyca informację, że "nad Zatoką Perską zbudowano zakłady skraplania gazu. W zeszłym roku okazało się, że dzięki rosnącemu wydobyciu gazu łupkowego Ameryce nie opłaca się importować LNG." Zatem nie jest to już droga technologia, która jest śpiewem przyszłości, ale już dzisiaj przynosi konkretne wymierne efekty, które nie tylko dają się zamknąć w sensownych liczbach, ale są w stanie zmienić rozkład energetycznych sił na świecie.
Nie chce mi się przytaczać poszczególnych linków, podawać konkretnych liczb. Poprzestanę na ogólnym wrażeniu, bo szczegółowe wyliczenia zrobią lepiej ci, którzy się na tym znają. A wrażenie, że osoby, które zarządzają naszymi aktywami średnio o nie dbają, coraz bardziej zamienia się w pewność. Nikt już nie przykłada dzisiaj należytej uwagi na przykład do bałtyckiej rury. To włoska prasa zwracała uwagę na dziwny zbieg w czasie różnych faktów jak choćby rozpoczęcie budowy tejże rury w cieniu smoleńskiej tragedii. To rosyjscy dysydenci piszą o koncesyjnych przepychankach z polskimi łupkami i zbyt asertywnym trwaniu przy polskich interesach narodowych pewnych osób, których już nie ma. Pisanie o tych sprawach w Polsce od razu stawia autora pod moherową ścianą fatalnych demonów patriotyzmu i polskiej ksenofobii. W tak krytykowanej przez Naomi Klein czy Noam Chomsky'ego Ameryce za wychwytywanie podobnych zależności i powiązań dostaje się Pulitzera.
Bardzo lubimy zwalać polską sytuację i pozycję międzynarodową na rzekome polskie cechy narodowe. Tylko skoro Polacy są tacy beznadziejnie leniwi, zacofani, ksenofobiczni, zamknięci, niechlujni i jacy tam jeszcze, to dlaczego w Anglii mają jedną z lepszych opinii wśród imigrantów? dlaczego uważani są w Europie za Włochów północy (w sensie że tak otwartych i gościnnych)? dlaczego jako jedyni, są zieloną wyspą na czerwonym morzu recesji? Doprawdy nie wiem. ;-)
Naszym rodzimym łupkom pełnym gazu trzeba się przyglądać bardzo uważnie. Bardziej niż uważnie! Wielkim zagrożeniem dla nich jest bowiem grzech zaniedbania. Taki, jaki doprowadził do finalizacji bałtyckiej rury. Geneza tego przedsięwzięcia jest dość dobrze znana, podobnie jak przypadek politycznej korupcji Gerharda Schrödera. Jeśli znowu zostaniemy zepchnięci na margines, to tylko lub aż dlatego, że udało się zdezintegrować struktury administracyjne priwislanskiego kraju. Jak daleko posunięta jest ta dekonstrukcja pokazują działania polskiego państwa po smoleńskiej tragedii.
W pierwszym momencie myślałem tak jak chciała późniejsza rządowa propaganda: kraj działa, państwo funkcjonuje, nie ma żadnych niepokojów, uroczystości zorganizowane bardzo dobrze, instytucje działają, ludzie z godnością skupiają się na przeżywaniu żałoby. Teraz wyraźnie widać, że to była spontaniczna reakcja odpowiedzialnych szarych ludzi, którzy każdy z osobna stawał na głowie, żeby wszystko odbywało się godnie, spokojnie, tak jak należy. Setki urzędników i setki wolontariuszy. Pomimo realnego strukturalnego chaosu polskie zdolności do samoorganizacji w chwili kryzysu znowu pokazały swoją moc. Po zakończeniu żałoby, w trakcie której marszałek sejmu (jak sam stwierdził) starał się jak najszybciej podejmować wszelkie "decyzje, których już nikt nie odwróci", ekipa rządowa stara się aż do dzisiaj przekonać nas, że to zasługa sprawnych struktur, a nie oddanych ludzi.
Gaz z łupków to szansa. Skorzystali z niej Arabowie nawet pomimo brytyjskiej dominacji. Bo o Norwegach wspominać nie trzeba. Zatem nie jest to niemożliwe. Wystarczy odrobinę potrzymać rękę na pulsie i wprowadzić z powrotem do użycia takie pojęcia jak "racja stanu" czy "interes narodowy". Podobnie jak czynią to Niemcy, Amerykanie czy Rosjanie. Inaczej z pieśnią na ustach o spokojnym życiu i powszechnej zgodzie, znajdziemy się w sytuacji Uzbekistanu lub Kazachstanu. Różnica będzie taka, że ich nękają susze, a nas powodzie.
Źródła inne niż sztaby wyborcze podają różne informacje, które albo rozbudzają nadzieje albo wzbudzają pełne politowania kiwanie głowami. Jednak coraz więcej sygnałów wskazuje, że sprawa nie powinna być bagatelizowana. Gazeta Wyborcza między linijkami przemyca informację, że "nad Zatoką Perską zbudowano zakłady skraplania gazu. W zeszłym roku okazało się, że dzięki rosnącemu wydobyciu gazu łupkowego Ameryce nie opłaca się importować LNG." Zatem nie jest to już droga technologia, która jest śpiewem przyszłości, ale już dzisiaj przynosi konkretne wymierne efekty, które nie tylko dają się zamknąć w sensownych liczbach, ale są w stanie zmienić rozkład energetycznych sił na świecie.
Nie chce mi się przytaczać poszczególnych linków, podawać konkretnych liczb. Poprzestanę na ogólnym wrażeniu, bo szczegółowe wyliczenia zrobią lepiej ci, którzy się na tym znają. A wrażenie, że osoby, które zarządzają naszymi aktywami średnio o nie dbają, coraz bardziej zamienia się w pewność. Nikt już nie przykłada dzisiaj należytej uwagi na przykład do bałtyckiej rury. To włoska prasa zwracała uwagę na dziwny zbieg w czasie różnych faktów jak choćby rozpoczęcie budowy tejże rury w cieniu smoleńskiej tragedii. To rosyjscy dysydenci piszą o koncesyjnych przepychankach z polskimi łupkami i zbyt asertywnym trwaniu przy polskich interesach narodowych pewnych osób, których już nie ma. Pisanie o tych sprawach w Polsce od razu stawia autora pod moherową ścianą fatalnych demonów patriotyzmu i polskiej ksenofobii. W tak krytykowanej przez Naomi Klein czy Noam Chomsky'ego Ameryce za wychwytywanie podobnych zależności i powiązań dostaje się Pulitzera.
Bardzo lubimy zwalać polską sytuację i pozycję międzynarodową na rzekome polskie cechy narodowe. Tylko skoro Polacy są tacy beznadziejnie leniwi, zacofani, ksenofobiczni, zamknięci, niechlujni i jacy tam jeszcze, to dlaczego w Anglii mają jedną z lepszych opinii wśród imigrantów? dlaczego uważani są w Europie za Włochów północy (w sensie że tak otwartych i gościnnych)? dlaczego jako jedyni, są zieloną wyspą na czerwonym morzu recesji? Doprawdy nie wiem. ;-)
Naszym rodzimym łupkom pełnym gazu trzeba się przyglądać bardzo uważnie. Bardziej niż uważnie! Wielkim zagrożeniem dla nich jest bowiem grzech zaniedbania. Taki, jaki doprowadził do finalizacji bałtyckiej rury. Geneza tego przedsięwzięcia jest dość dobrze znana, podobnie jak przypadek politycznej korupcji Gerharda Schrödera. Jeśli znowu zostaniemy zepchnięci na margines, to tylko lub aż dlatego, że udało się zdezintegrować struktury administracyjne priwislanskiego kraju. Jak daleko posunięta jest ta dekonstrukcja pokazują działania polskiego państwa po smoleńskiej tragedii.
W pierwszym momencie myślałem tak jak chciała późniejsza rządowa propaganda: kraj działa, państwo funkcjonuje, nie ma żadnych niepokojów, uroczystości zorganizowane bardzo dobrze, instytucje działają, ludzie z godnością skupiają się na przeżywaniu żałoby. Teraz wyraźnie widać, że to była spontaniczna reakcja odpowiedzialnych szarych ludzi, którzy każdy z osobna stawał na głowie, żeby wszystko odbywało się godnie, spokojnie, tak jak należy. Setki urzędników i setki wolontariuszy. Pomimo realnego strukturalnego chaosu polskie zdolności do samoorganizacji w chwili kryzysu znowu pokazały swoją moc. Po zakończeniu żałoby, w trakcie której marszałek sejmu (jak sam stwierdził) starał się jak najszybciej podejmować wszelkie "decyzje, których już nikt nie odwróci", ekipa rządowa stara się aż do dzisiaj przekonać nas, że to zasługa sprawnych struktur, a nie oddanych ludzi.
Gaz z łupków to szansa. Skorzystali z niej Arabowie nawet pomimo brytyjskiej dominacji. Bo o Norwegach wspominać nie trzeba. Zatem nie jest to niemożliwe. Wystarczy odrobinę potrzymać rękę na pulsie i wprowadzić z powrotem do użycia takie pojęcia jak "racja stanu" czy "interes narodowy". Podobnie jak czynią to Niemcy, Amerykanie czy Rosjanie. Inaczej z pieśnią na ustach o spokojnym życiu i powszechnej zgodzie, znajdziemy się w sytuacji Uzbekistanu lub Kazachstanu. Różnica będzie taka, że ich nękają susze, a nas powodzie.
Autor:
Igor Czajka
o
17:08
0
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
racja stanu
poniedziałek, 12 stycznia 2009
Strategiczne cele Polski
Ciekawy komentarz do sprawy gazowej, jako kontrolowanego kryzysu mającego dostarczyć dane wywiadowcze, znalazłem na blogu hrabiego Pim de Pim. Atak na Gruzję też był takim testem. (moja próba interpretacji tutaj) Test nie tylko został przez UE oblany, ale jasno pokazał Rosji, że ta jest w zasadzie bezkarna. Że UE jest sklinczowana swoją demokratyczną ideologią, że UE nie wyciąga żadnej nauki z historii i w imię szczytnych ideałów rezygnuje z jakichkolwiek działań. Pisał o tym w swoim komentarzu także Jan Rokita. Nie wróży to przyszłości dobrze. Trzeba być naprawdę ślepym albo agenturalnie zindoktrynowanym, by nie dostrzegać kierunku w jakim zmierza Rosja. Nie jest to kierunek rozwoju gospodarczego. Jest to kierunek konfliktu, który dostarczy niezbędnej energii integrującej rosyjskie społeczeństwo w sytuacji gospodarczej zapaści.
Wszystkie mocarstwa w sytuacji kryzysowej uciekały w konflikt. Jeśli dostrzegają to zwykli ludzie, muszą doskonale sobie z tego zdawać sprawę specjalistyczni analitycy. Czym można wytłumaczyć całą piramidę decyzyjnych zaniechań i uchybień? Wiadomo, że gry interesów są zbyt głębokie, by o nich mówić czy pisać w internetowym komentarzu. Niemniej należy pomyśleć nad niezależnym od układu politycznego ośrodkiem studiów strategicznych, który miałby zadanie opracowywać te strategiczne cele Polski w dłuższej perspektywie. Kolejne rządy mogłyby być zobowiązane te główne cele realizować. Jeśli jakieś działanie znalazłoby się na liście, wtedy kolejny rząd nie miałby prawa, bez naprawdę poważnych powodów, zerwać z dokonaniami poprzedników. Może to pozwoliłoby zapobiec takim przypadkom, jak arbitralne zerwanie rozmów z Norwegami przez Leszka Millera.
Taki ośrodek musiałby być powoływany w sposób zapobiegający jego upolitycznieniu. Coś na kształt trybunału konstytucyjnego. Oczywiście zawsze będzie niebezpieczeństwo i zakusy na obsadzenie w nim "swoich" ludzi, zawsze będą polityczne próby zdezawuowania jego ustaleń. Warto jednak pomyśleć o powołaniu instytucji EKSPERCKIEJ, która abstrahując od bieżącej sytuacji międzypartyjnej, będzie potrafiła rzetelnie przeanalizować międzynarodową sytuacje Polski i wyznaczyć określone cele, które należy osiągnąć. Tak wyznaczone kierunki mogłyby być akceptowane przez Parlament i obowiązywałyby kolejne ekipy. Nie trzeba chyba dodawać, że poziom ogólności tych ekspertyz musi być dość wysoki, szczegóły zostawiając rząd do opracowania kolejnym rządom, które będą przecież pracować w zmieniających się warunkach. Niemniej elementem kampanii wyborczej mogłoby się stać nie populistyczne obietnice, a konkretne sposoby realizacji ogólnych strategicznych celów.
Opisany pomysł nie jest efektem długich przemyśleń, a raczej spontaniczną refleksją. Ciekaw jestem jednak jak widzicie możliwości stworzenia takiej eksperckiej instytucji?
Wszystkie mocarstwa w sytuacji kryzysowej uciekały w konflikt. Jeśli dostrzegają to zwykli ludzie, muszą doskonale sobie z tego zdawać sprawę specjalistyczni analitycy. Czym można wytłumaczyć całą piramidę decyzyjnych zaniechań i uchybień? Wiadomo, że gry interesów są zbyt głębokie, by o nich mówić czy pisać w internetowym komentarzu. Niemniej należy pomyśleć nad niezależnym od układu politycznego ośrodkiem studiów strategicznych, który miałby zadanie opracowywać te strategiczne cele Polski w dłuższej perspektywie. Kolejne rządy mogłyby być zobowiązane te główne cele realizować. Jeśli jakieś działanie znalazłoby się na liście, wtedy kolejny rząd nie miałby prawa, bez naprawdę poważnych powodów, zerwać z dokonaniami poprzedników. Może to pozwoliłoby zapobiec takim przypadkom, jak arbitralne zerwanie rozmów z Norwegami przez Leszka Millera.
Taki ośrodek musiałby być powoływany w sposób zapobiegający jego upolitycznieniu. Coś na kształt trybunału konstytucyjnego. Oczywiście zawsze będzie niebezpieczeństwo i zakusy na obsadzenie w nim "swoich" ludzi, zawsze będą polityczne próby zdezawuowania jego ustaleń. Warto jednak pomyśleć o powołaniu instytucji EKSPERCKIEJ, która abstrahując od bieżącej sytuacji międzypartyjnej, będzie potrafiła rzetelnie przeanalizować międzynarodową sytuacje Polski i wyznaczyć określone cele, które należy osiągnąć. Tak wyznaczone kierunki mogłyby być akceptowane przez Parlament i obowiązywałyby kolejne ekipy. Nie trzeba chyba dodawać, że poziom ogólności tych ekspertyz musi być dość wysoki, szczegóły zostawiając rząd do opracowania kolejnym rządom, które będą przecież pracować w zmieniających się warunkach. Niemniej elementem kampanii wyborczej mogłoby się stać nie populistyczne obietnice, a konkretne sposoby realizacji ogólnych strategicznych celów.
Opisany pomysł nie jest efektem długich przemyśleń, a raczej spontaniczną refleksją. Ciekaw jestem jednak jak widzicie możliwości stworzenia takiej eksperckiej instytucji?
Autor:
Igor Czajka
o
10:39
0
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
racja stanu
Subskrybuj:
Posty (Atom)