piątek, 21 sierpnia 2009
Kampania Tolerancji
Obrażanie uczuć religijnych: np. koncert Madonny 15 sierpnia. Jest to oczywiście artystyczna prowokacja, całkowicie dopuszczalna w cywilizowanym demokratycznym świecie.
Obrażanie geja w sklepie: jak wiemy wyrok zapadł, nie wolno w miejscu publicznym nazywać geja pedałem, bo to godzi w jego dobre samopoczucie i dobra osobiste.
Obrażanie Cejrowskiego: przychodzenie do niego z plakatem „Zakaz Cejrowania” jest w porządku, bo mieści się w granicach demokratycznego dyskursu.
Obrażanie KPH w Poznaniu: odpowiedź Cejrowskiego jest niedopuszczalna, choć jest całkowicie pozbawiona agresji zarówno w tonie głosu jak i w mowie ciała. Odmowa przyjęcia zabawki od obcej osoby, jest oznaką homofobii. A czy Ty przyjąłbyś pieniądze od obcego na ulicy? A w kopercie pod biurkiem?
Czy Cejrowski nawoływał do nienawiści? Nie zauważyłem. Czy nawoływał do przemocy? Także nie zauważyłem. Cejrowski wygłosił swoja opinię, którą można zaklasyfikować jako nieuprzejmą, homofobiczną i z marnym poczuciem humoru. Jak można nazwać prowokację KPH? Jako kulturalną i pełną smaku?
Pisałem juz o Cejrowskim jako próbniku demokracji. W zasadzie jest on tak samo wartościowym próbnikiem jak stosunek do gejów. W tym ujeciu obie strony wydarzenia jadą na tym samym wózku. Zastanawia jednak, dlaczego konflikt między tymi skrajnościami jest dla znakomitej większości tak jednoznaczny etycznie i moralnie?
Zamiast litanii żalów podsumuję tylko jednym zdaniem, które powinien sobie przed snem powtarzać każdy szanujący swoje własne poglądy demokrata:
Nie muszę podzielać Twoich poglądów, ale zrobię wszystko, byś mógł je głosić.
Informacja prasowa o zdarzeniu z relacją filmową
www.dziennik.pl/....
wtorek, 11 sierpnia 2009
List otwarty do PKP
poniedziałek, 27 lipca 2009
Cejrowski jako papierek lakmusowy
Dyskusja.
To ciekawe, że niemal po każdym zdaniu prelegenta podnosiła się wrzawa głosów skandujących w wiecowym stylu hasła w rodzaju „to faszysta!”, „to oszołom!” itp. Nie jestem pewien, w jaki sposób wyrażanie swojego oburzenia co do osoby autora, może nam pomóc w zrozumieniu zarówno jego książek, jak i kontrowersyjnych poglądów. Rozumiem, że promowany przez wszystkie media pewien rodzaj postawy wobec dyskutanta, który to rodzaj nazywany jest krzywdząco „polską skłonnością do swarliwości i zadymy”, wrósł nam w skórę do tego stopnia, że nie potrafimy się opanować, gdy ktoś chce nam opowiedzieć o, co może być zaskakujące, innej stronie medalu, człowieka, zjawiska.
Uważam, że aby krytykować jakieś zjawisko, trzeba je najpierw poznać, a przynajmniej z uwagą wysłuchać osobę, z którą ma sie zamiar polemizować.Owszem, nie wszystko można poznać. Czarnych dziur nikt nigdy nie widział, a zdecydowana większość z nas wierzy w ich istnienie. Jednak opieranie się na jednostronnych opiniach nie uprawnia, w moim odczuciu, do formułowania kategorycznych sądów. Jeślibyśmy zaczęli krytykować czarne dziury, byłoby to zabawną dyskusją jakich wiele jest „u cioci na imieninach”, ale czy można by to nazwać dyskusją poszerzającą horyzonty?
Można się z kimś nie zgadzać, można nie przyjmować czyichś argumentów, ale to prawo jest uzależnione od wysłuchania tychże argumentów. Cortez nie dał szansy ani Indianom, ani swoim żołnierzom na wymianę poglądów. On WIEDZIAŁ.
Cejrowski jako szołmen.
Książki Cejrowskiego nie aspirują do książek naukowych. Nie aspirują także do reportażowej prawdy, która ściśle trzyma się faktów. (Swoją drogą żaden reportaż nie trzyma się faktów, bo często dla dobra opisywanych postaci, zmienia się im nazwiska, czasem nieco szczegóły okoliczności. Czy reportaż przestaje przez to być prawdziwy?) Książki Cejrowskiego, jak jasno pisze sam autor, mają być przede wszystkim ciekawą, lekką, zabawną i wciągającą opowieścią. W indiańskich opowieściach, w relacjach z myśliwskiej wyprawy, nie ma znaczenia czy opowiadane zdarzenia wyglądały rzeczywiście tak, jak opisuje to myśliwy. Ważne jest, by było to ciekawe i wciągające. Indianie w dżungli nie mają telewizora i snucie opowieści jest ich jedyna rozrywką. Czy idąc do kina na Gwiezdne Wojny oczekujemy filozoficznej rozprawy? Czy raczej dobrych efektów specjalnych? Indiański opowiadacz, który w trzech słowach opisze „poszedłem, upolowałem, przyniosłem” nie zdobędzie sławy Cezara. Wręcz przeciwnie. Książki Cejrowskiego to przede wszystkim taka właśnie indiańska w wyżej zarysowanym sensie relacja z wycieczki. „Ale było fajnie”. Koniec.
Czy Cejrowski osiągnął swój cel? Czy lektura jest wciągająca i zabawna? Moim zdaniem tak. Czyta się to jednym tchem, śmieje do rozpuku, często nie można się doczekać następnej strony. Czy mogą te teksty być źródłem do pracy magisterskiej? Absolutnie nie! Czy jest to dzieło literackie, które wnosi jakiekolwiek artystyczne wartości? Także nie! To jest „literatura” rozrywkowa. I jako taka odnosi pełny sukces. To oczywiście jest temat do dyskusji, do rozmowy, o ile jednak ta ma szansę się w ogóle odbyć. Często niestety zamiast rozmowy mamy festiwal sztandarowych medialnych haseł, jakimi obrzuca się każdego, kto wymienia magiczne zaklęcie: Cejrowski.
Jeszcze jedno, tak na marginesie: Cejrowski jako szołmen. Czy działalność Jurka Owsiaka jest dyskredytowana jego szołmeństwem? Czy ktoś przejmuje się homoseksualizmem i narkomanią Freddiego Mercurego wobec jego genialnego szołmeństwa? Czy ktokolwiek podnosił ten zarzut wobec JPII i czy miałby on jakiekolwiek znaczenie? Nie rozumiem dlaczego głównym zrzutem wobec Cejrowskiego jest jego szołmeństwo.
Poglądy polityczne i wolność słowa.
Wydaje mi się że Polacy przez ponad 40 lat walczyli z komuną o wolność po to, by móc swobodnie głosić wszelkie poglądy. (Muszę znowu tutaj zrobić oczywiste zastrzeżenie, że wolność jednostki ograniczona jest wolnością innej jednostki. Z tego wynika, że zabronione jest głoszenie poglądów nawołujących do nienawiści, przemocy itd. itp.) Okazuje się jednak, że w naszej wolnej Polsce szanujemy tą wolność bardzo i dlatego Michnik może całować się z Kiszczakiem obwołując go człowiekiem honoru, Jaruzelskiemu powinniśmy wybaczyć zamach stanu, natomiast dla takich zbrodniarzy jak Cejrowski nie ma tutaj miejsca! Ten ultrakatol, domagający się prawa do wyrażania oburzenia na zachowania, które mu się nie podobają, jest zagrożeniem dla polskiej demokracji. Nie wydał on co prawda nigdy żadnego rozkazu do zabijania. Nigdy nie słyszałem, aby nawoływał do gazowania pedałów, czy sterylizacji zboczeńców. Nie przypominam sobie, aby ktoś go sfotografował z gestem rzymskiego pozdrowienia (proszę o sprostowanie, jeśli moja wiedza jest niepełna). Jednak Farfał może być p.o. Prezesa telewizji, a Cejrowski jest faszystą.
Nie rozumiem takiego podejścia do rzeczywistości. Nie zgadzam się na takie wybiórcze traktowanie argumentów. Nie przekonują mnie opinie i oceny bazujące na fałszywych przesłankach.
Cejrowski nie jest zagrożeniem dla demokracji. Cejrowski jest papierkiem lakmusowym tej demokracji. Bardzo bym nie chciał, żeby popierany przez Cejrowskiego Marek Jurek miał jakikolwiek wpływ na polskie prawo i kształt Polski jako kraju. Nie zgadzam się z jego konkluzjami i jego poglądami. Być może miałbym nawet wrażenie ogromnego ograniczenia wolności, gdyby ludzie o poglądach Marka Jurka i Cejrowskiego mogli decydować o kształcie tego kraju. Z drugiej strony jednak marzy mi się , aby polscy liberałowie mieli w sobie tyle wierności swoim przekonaniom co Marek Jurek. Marzy mi się także, bym mógł swobodnie przeczytać w prasie polemikę Marka Jurka z Adamem Michnikiem i aby ta polemika była merytoryczna. Poglądy obu tych osób są mi dalekie jak najdalsza gwiazda, ale uważam, że wysłuchanie rzeczowej i spokojnej dyskusji między przeciwnikami może wzbogacić i uzupełnić mój ogląd świata. Sytuacja, w której samo wymienienie nazwiska Cejrowskiego wywołuje rwetest obelg i świętego oburzenia zadaje mojej liberalnej i demokratycznej duszy prawdziwą katorgę i cierpienie. Demokracja nie polega bowiem na chóralnym powtarzaniu obowiązujących opinii. Demokracja polega na konsensusie, będącym efektem dyskusji między najróżniejszymi poglądami.
Na zakończenie podaję linki do spotów reklamowych Cejrowskiego popierającego Marka Jurka w ostatnich wyborach. Jeszcze raz zaznaczę, że nie podzielam poglądów tego pana, niemniej nie podzielam także świętego oburzenia, jakie wywołuje samo pojawienie się jego nazwiska. Także dla osób, które są w stanie pokonać właściwy fanatykom odruch wymiotny na sam widok adwersarza i chcą poznać poglądy Cejrowskiego z ust samego Cejrowskiego, a nie przetworzone przez uprzedzenia dziennikarzy, załączam:
01 - pomagam Markowi Jurkowi
02 - moim Rysiem byłby Marek Jurek
03 - jedyny gość warty poparcia to MJ
04 - "wolna" telewizja
05 - ul. JP 2
06 - jest Polakiem
07 - koszulka
08 - honoraria
środa, 22 lipca 2009
KDT - fobie i fiksacje
1. Zgadzam się całkowicie z Łukaszem Warzechą w sprawie respektowania prawa. Kupcy zajmowali KDT bezprawnie. Powinni być z niej usunięci. Wszelkie dotychczasowe rozmowy nie przynosiły efektów, jakiekolwiek alternatywne propozycje były odrzucane. Nie jest prawdą, że władze Warszawy nie zrobiły wszystkiego co w ich mocy. Akurat w tym przypadku władze Warszawy wyczerpały pełny wachlarz możliwości dialogu.
2. Nie zmienia to faktu, że sposób przeprowadzenia egzekucji komorniczej daleki był od tego czego bym oczekiwał od państwa prawa. Byłem na miejscu i potwierdzam relację Marka Błaszkowskiego. Cała sytuacja miała miejsce na głównym skrzyżowaniu stolicy. W godzinach szczytu codziennie przechodzą tam takie tłumy jak wczoraj. Czy wracając z pracy do domu codziennie biorę udział w nielegalnym zgromadzeniu??? Coś się dzieje to powinienem patrzeć w ziemie i udawać że nic się nie dzieje? Czy może sprawdzić czy nie mogę w czymś pomóc? Jeśli to było nielegalne zgromadzenie, to znaczy że pora wrócić do pytania: od ilu osób zaczyna się tłum?
Mam także podobne odczucia co DoktorNo. Pomijam kwestię idiotycznego i nie wiem czy zgodnego z prawem działania ochroniarzy (wszak to Państwo ma monopol na użycie siły. Prywatna firma nie powinna brać udziału w takich akcjach, co potwierdza przebieg zdarzeń). Obserwowałem reakcje strażników miejskich oraz policjantów na niesubordynację przechodniów. Człowiek który chciał ominąć wzdłuż ulicy zablokowany chodnik został zdecydowanie zbyt brutalnie potraktowany przez straż miejską, która odprowadziła go do radiowozu. Facet miał szczęście: był całkowicie pozbawiony agresji oraz podbiegł do radiowozu jakiś człowiek z aparatem fotograficznym: funkcjonariusze się zmitygowali i człowieka puścili.
Drugim przykładem było zaaresztowanie jednego z ostatnich protestujących, który zszedł z dachu KDT. Sześciu ogromnych policjantów w ogóle nie potrafiło sobie poradzić z jednym człowiekiem. Facet związany jakimiś sznurami miotał się, a uzbrojeni po zęby policjanci musieli na nim i na sobie leżeć, żeby im się nie wyrwał. Wyglądało to tak, że albo postanowili go zadusić, albo kompletnie nie wiedzieli jak można obezwładnić człowieka.
Grube kamizelki kuloodporne to nie wszystko. Potrzebne jest jeszcze odpowiednie przeszkolenie. Oficjalnie pod halą było ok. 200 policjantów. Protestujący mówili o co najmniej 1000. Czy w Polsce nie ma nawet tych 200 ludzi, którzy wiedzą jak obezwładnić przestępcę? (Niedawno ukradli mi samochód. Teraz już rozumiem, dlaczego policja nie łapie przestępców, a spisuje całujące się w parku pary „za uprawianie miłości w miejscu publicznym”.) Czy naprawdę nie ma w policji żadnych specjalistów od skutecznej i sprawnej pacyfikacji rozruchów ulicznych? To jest właściwy temat do dyskusji, a nie to, czy Kaczor albo HGW zrobili wystarczająco wiele.
3. Trzecia sprawa to rozgrywanie tej sytuacji przez polityków i komentatorów. Sprawa jest prosta: a) komornik przyszedł wyegzekwować prawo, b) przy egzekucji komorniczej nastąpiło kilka przypadków złamania prawa i należy pociągnąć winnych do odpowiedzialności, c) zaniechania i zaniedbania policji należy rozpatrzyć i osoby odpowiedzialne także powinny być pociągnięte do odpowiedzialności. Koniec. Kropka.
Roztrząsanie teraz, kto jest winny frustracji kupców, jaki polityk co mógł albo powinien jeszcze zrobić – jest bez sensu! Na to była pora wcześniej. Wyrok sądowy zapadł i koniec. Należy respektować prawo! Nad czym tu deliberować? Tymczasem w komentarzach zamiast wyciągania wniosków, zamiast konstruktywnej dyskusji - znowu jałowe przepychanki i wyzwiska.Będę bacznie obserwował co będzie dalej działo się w sprawie pociągnięcia do odpowiedzialności winnych zupełnie niepotrzebnemu kilkunasto-godzinnemu bałaganowi w centrum stolicy. Na tym należy się skupić. Sprawa KDT będzie pewnie jeszcze jakiś czas żyła. Ale kwestia KUPCÓW w hali KDT jest, mam nadzieję, definitywnie już zamknięta.
poniedziałek, 8 czerwca 2009
Żadna tam porażka demokracji!
Ciekawy tekst popełniła Magda Figurska na swoim blogu. Niestety w natłoku szczęścia i utyskiwań zginie on marnie, zbojkotowany przez adminów i czytelników. Nikt, lub prawie nikt nie podejmie niewygodnej dla status quo dyskusji na temat braku zaufania do istniejących instytucji. Ci którzy nie poszli do wyborów tłumaczą swoją decyzję nie tylko poczuciem braku wpływu na rzeczywistość, ale także brakiem adekwatnych kandydatów. Skład list wyborczych pokazuje wyraźnie, że mechanizmy partyjnej selekcji nie sprzyjają wyłanianiu właściwych ludzi. Również zaufanie do instytucji, które nie działają jak należy jest bardzo niskie. Dyskusja na temat przyczyn takiego stanu rzeczy praktycznie nie istnieje. Istnieje dyskurs prowadzony poprzez fotografowanie świńskich zadów.
Niska frekwencja nie jest żadna porażką polskiej demokracji. Porażką jest permanentna niemożność rozwiązywania bieżących problemów. Porażką jest permanentne ignorowanie woli wyborców. Przykładów można podawać wiele, z których najbardziej znaczący jest całkowity brak dyskusji na temat ordynacji wyborczej, pomimo zebrania pod wnioskiem referendalnym w tej sprawie prawie 800 tys. podpisów. Ile można mówić do ściany? Skąd oczekiwanie, że wyborcy dadzą wyborczą legitymację politykom, którzy mają tychże wyborców w głębokim poważaniu?
Wyższa frekwencja daje większą legitymizację, o czym doskonale wiedza nie tylko politycy ale i wyborcy. Niska frekwencja to bardzo znacząca akcja obywatelskiego protestu przeciwko niskiej jakości polityków i polityki. Przerzucanie przyczyny na niedostatki obywatelskich postaw, braki w wykształceniu lub wszelkie inne równie „przyzwoite” i „kulturalne” komentarze, jest nie tylko przekręcaniem rzeczywistości, ale przede wszystkim kolejnym dowodem na kompletny brak szacunku dla obywatela.
Jest wiele przykładów na to, że Polacy nie odbiegają pod względem wspólnotowych (nie chodzi o Unię tylko o zwykłą ludzką wspólnotę) działań od najbardziej rozwiniętych obywatelsko społeczeństw. Nie miejsce tu i teraz by te przykłady mnożyć, ważne jest jedno: Polakom daleko do bierności homo sovieticus i wszelkie utyskiwania na obywatelską bierność jest niczym innym jak samooszukiwaniem i mydleniem sobie oczu przez przedstawicieli tzw. „elit”.
czwartek, 4 czerwca 2009
4.VI.1989 - wpis osobisty
Tłumy ludzi przy metalowym płocie i drewnianym krzyżu w 1980 roku. To była brama Stoczni w Gdańsku. Na jednym z wiaduktów ojciec chciał zrobić pamiątkowe zdjęcie i od razu samochód został otoczony wianuszkiem robotników. Udało się uniknąć utraty aparatu, zabrali tylko kliszę. Trudno się dziwić, jako że samochód był na warszawskich numerach. Razem z rodzicami byliśmy nad pomorskim jeziorem, gdzie RWE nadawało relacje z Gdańska, ponieważ Polskie Radio milczało – postanowili sprawdzić co się dzieje osobiście. Pamiętam tłum pod krzyżem i akcję z aparatem. Reszty dowiedziałem się później.
Demonstracja na placu Konstytucji gdzieś koło 1983 roku – tłumy ludzi i uzbrojone po zęby ZOMO. Latający wkoło śmigłowiec. Trzymając ojca mocno za rękę pytałem cicho, czy oni będą do nas strzelać? Później z balkonu obserwowane karawany suk na ul. Waryńskiego i wszechobecność gazu łzawiącego jeszcze przez kilka dni później.
Gdy pod koniec lat osiemdziesiątych leżałem w szpitalu ze złamaną ręką, z małego nadajnika słuchałem w nocy nadawanych przez RWE wiadomości o kolejnych strajkach. Gdy sobie uświadamiam, że miałem wtedy 12 lat, samemu trudno mi zrozumieć, skąd takie zainteresowania dziecka. To nie była kwestia wychowania, to było stosunkowo powszechne. Nowo poznane dzieci na podwórku zaczynały znajomość od rozpoznawczego pytania: „za kim jesteś? Za Partią czy za Solidarnością?” Odpowiedź niezmiennie była taka sama: „za Solidarnością!” i wiadomo było, że można się bez przeszkód razem bawić. W jaką ja wpadłem panikę, gdy w szpitalu na to pytanie usłyszałem odpowiedź „za Partią”!!! W wyobraźni widziałem już przesłuchiwanych na Rakowieckiej rodziców.
W tym kontekście słowa Szczepkowskiej wypowiedziane w publicznej telewizji były szokiem. One uświadamiały głębokość zmian, symbolicznie zamykały pewien etap, dawały nadzieję, że to się dzieje naprawdę. Pozwalały uwierzyć, że to nie jest kwestia wiary wąskiej grupy, ale że wiedza o przemianie dotrze w końcu do wszystkich. Kilka miesięcy wcześniej odbyłem ze starszą wiejską kobietą następujący dialog:
- Ech, co to w tej naszej Rzeczpospolitej Ludowej się wyrabia…
- No, ale już nie długo ona ludowa będzie
- Jak to nie ludowa?!! A jaka ma być?!!!
- No jak to jaka? Po prostu, polska! – odpowiedziałem i ugryzłem się w język, jak zwykle za późno. Ona nie była w stanie sobie wyobrazić innej rzeczywistości niż obecna. Nie przeszkodziło to jej mężowi wypisać się w 1989 roku z PZPR i zapisać do Solidarności. Ale w dalszym ciągu nie pełnił żadnych znaczących we wsi funkcji.
1989 rok był, pomimo młodego wieku, przeżywany przeze mnie dosyć świadomie. Oglądałem już dawno „Człowieka z marmuru” i „Człowieka z żelaza”, oglądałem debatę Wałęsy z Miodowiczem. Miałem schowane plakaty „w samo południe”. Nieco później biegałem na większość wieców wyborczych i miałem komplet plakatów wszystkich kandydatów, w pierwszych wolnych wyborach na Prezydenta. To nie była nadzieja. To była pełna świadomość wagi dokonujących się na naszych oczach wydarzeń.
Jednak gdy na lekcji Wiedza o Społeczeństwie nauczyciel zadał temat wypracowania: „czym jest dla ciebie Okrągły Stół” - napisałem coś w rodzaju, że nie wiadomo jak się to skończy i nawiązałem do pamiętnej sceny z Wajdy, gdy SB-ek wzrusza ramionami na odchodne: „to tylko papier”. Miałem poczucie nierealności Okrągłego Stołu i fikcyjności zapadłych ustaleń. Nauczyciel długo nie oddawał wypracowań i moje wypociny skomentował już po zakończeniu obrad, że głupi jestem, bo Okrągły Stół się właśnie udał...
poniedziałek, 1 czerwca 2009
Po debacie Ka-vs-Dz - jeszcze kilka faktów
Debata się odbyła. Jako że Michalski uzasadnia całą sprawę może trochę przesadzona reakcją obronną, jeszcze raz zestawmy pewne fakty. One są bowiem dość istotne aby można było wyrobić sobie własne zdanie. Zatem:
1) 19 maja, godz. 19:05 – przychodzi do Kataryny sms z szantażem. Czy można go nazwać szantażem, czy nie - to mniej istotne w tym momencie. Ważniejsze, że wiemy o tym od Kataryny, z jej wpisu który ukazał się w Salonie24 z datą 22 maja, godz. 5:51.
2) 21 maja, godz. 23:08 ukazuje się na portalu Dziennika artykuł, w którym jest informacja, że Kataryna „w czwartek na Twiterze umieściła wyrwany z kontekstu fragment naszego SMS-a: katarynaa "...Proszę tego nie traktować jako szantażu. Naprawdę nie chcemy pani skrzywdzić". Plus propozycja nie do odrzucenia. To jednak świnie. Ostatnie dwa zdania to komentarz Kataryny.”
3) Na twitterze nie ma śladu po tym wpisie. Można znaleźć ślad po usuniętym ( a później przywróconym 28 maja) wpisie na stronie http://tweleted.com. Dokładny czas zamieszczenia notki na twitterze to 21 maja godz. 04:37. (update postu o godz.23:17)
4) Dwie godziny po publikacji Kataryny na Salonie24, ale dobę po informacji na Twitterze, 22 maja, godz. 07:43 ukazuje się tekst Cezarego Michalskiego o utraconej czci, który został uznany za otwarte wypowiedzenie wojny.
Co zatem mamy? Oczywiście wiem doskonale, że podane daty mozna bez najmniejszego problemu ex-post skorygować. Jeśli jednak wierzyć opublikowanym datom, nie kłamie suma sumarum Michalski, który uzasadnia swoją egzaltowaną i agresywną reakcję tekstami Kataryny. Treść sms-a została potwierdzona przez redakcje Dziennika. Kataryna nie zaprzeczyła, że na twisterze umieściła przed czwartkiem 22 maja treść tego sms-a. Zatem można przyjąć, że wszystkie fakty miały miejsce w takiej, a nie innej chronologii.
Czy zmienia to cokolwiek w ocenie całej sytuacji? W moim odczuciu nie! Nie zmienia to kłamstwa Dziennika w sprawie biznesowych powiązań Kataryna – Kwiatkowski. Nie niweluje to manipulacji tytułami, pseudo-sondażami internetowymi i opiniami tzw. celebrytów. Nie niweluje to całej podłości wydarzeń. Warto jednak wziąć pod uwagę te fakty, aby nie szczekać na Michalskiego w jego stylu, gdy będzie się zarzekał, że w niecałe dwie godziny skonstruował tekst będący reakcją na obelgi Kataryny. Tym bardziej, że to tekst Krasowskiego lepiej pasuje do przepracowanego i zmęczonego całonocnym czuwaniem przed ekranem komputera redaktora. Bardzo dobrze podsumowała debatę Pani Sadurska: Michalski bardzo mocno potrzebuje natychmiastowego urlopu. Krasowski niewątpliwie również.
czwartek, 28 maja 2009
Fałszywe konflikty i niszczenie dziennikarstwa
1) kłamstwa Dziennika zniszczyły jego wiarygodność także w innych sprawach. Moje zaufanie, jako obywatela, do tego tytułu prasowego spadło drastycznie. Teraz, gdy będę czytał o różnych aferach i powiązaniach będę się zastanawiał czy w tym przypadku także nastąpiła manipulacja i przekłamanie? To jest podstawowa sprawa, a nie konflikt o chamstwo w sieci.
2) Krytykowanie chamstwa i artykuł Red.Nacz. Krasowskiego stoją ze sobą w tak jaskrawym kontraście. Zupełnie jak na tym rysunku satyrycznym: „pamiętaj, żeby nigdy nie bić słabszych!” – krzyczy ojciec do syna lejąc go pasem w tyłek. Hipokryzja ujawniona w tych postawach jest drugim problemem, który także niszczy wiarygodność Dziennika.
3) Manipulacje tytułami, pytaniami w internetowych sondach tylko pogłębiają to wrażenie.
Blogerzy wbrew buńczucznym deklaracjom, moim zdaniem wcale nie myślą o przejęciu dziennikarstwa. Zdają sobie doskonale sprawę ze swojej pozycji. Z jej zalet i z jej wad. Blogerzy nie są skazani na konflikt z dziennikarzami z powodu aspiracji, jak Pan zdaje się to sugerować. Blogerzy są po prostu piszącymi obywatelami, którzy zamiast na przystanku, to w Internecie komentują to, co prasa im sprzedaje jako prawdę. Sprawa Kataryny uwłacza mi nie tylko jeśli chodzi o ujawnienie jej danych osobowych. Myślę że wściekłość blogosfery jest spowodowane przede wszystkim faktem przyłapania Dziennika na gorącym uczynku; przyłapania Dziennika na jawnym i bez cienia zażenowania uprawianym kłamstwie i manipulacji. Listem Krasowskiego jestem obrażony jako Obywatel, jako Człowiek, nie tylko jako Bloger. Warto by redakcja i całe dziennikarskie środowisko sobie to uświadomiły.
środa, 27 maja 2009
Marsz JOW - piąta odsłona
Manifestanci zaczęli akcję od przemówień, nieco po godz. 11. Głos zabrali m.in. Prezes stowarzyszenia na rzecz JOW, Jerzy Przystawa, także Remigiusz Zarzycki, posłowie Marek Jurek i Marian Piłka i inni. Czyżby posłowie poczuli koniunkturę? Dziwiła nieobecność posłów Kola Poselskiego Polska XXI, którzy deklarują mocne poparcie dla jednomandatowej ordynacji. Nie było też nikogo z władz Stowarzyszenia Mazowsze XXI.
Warto zauważyć, że uczestnicy marszu apelowali nie tyle o zmianę obowiązującej obecnie ordynacji wyborczej, a przede wszystkim o umożliwienie obywatelom zdecydowania o sposobie w jaki chcieliby wybierać swoich przedstawicieli. W Sejmie przecież leży obywatelska inicjatywa referendalna, z zebranymi przez Platformę Obywatelską prawie 800 tys. podpisów. Przypomnijmy, że wymagana przez prawo liczba to 500 tys. podpisów. Jednak pomimo, że PO jest przy władzy, nie ma nawet zainicjowanej dyskusji na ten temat. Trudno o bardziej jaskrawy przykład braku szacunku dla opinii publicznej i obywatelskiej aktywności.
Inny problem to brak rzeczowej dyskusji na temat ordynacji jest jednym z większych problemów zwolenników zmiany ordynacji. Do pojawiających się bardzo rzadko programów publicystycznych, w których ten temat się porusza, zapraszani są w zasadzie tylko zwolennicy obecnego modelu. Brak dyskusji i nieznajomość argumentacji na rzecz JOW owocuje stereotypami i uprzedzeniami.
Po opuszczeniu Placu Zamkowego wszyscy pomaszerowali pod Pałac Prezydencki. Prawie wszyscy, bo posłowie zniknęli razem z krążącymi wokół Kolumny Zygmunta kamerami TVN24. W trakcie marszu skandowano, czy raczej próbowano skandować różne hasła, ale jakoś nie było specjalnie zapału. Nie sprzyjała temu liczebność grupy, która podobno oscylowała wokół 130 osób. W Pałacu Prezydenckim organizatorzy złożyli propozycję zorganizowania pod patronatem prezydenta Lecha Kaczyńskiego debaty na temat ordynacji wyborczej. Kownacki, który wyszedł do manifestantów (!) zadeklarował gotowość Kancelarii Prezydenta do zorganizowania takiej debaty na jesieni 2009 roku. Kurtuazja, uściski rąk, fotki.
Następnie manifestacja przeszła pod Sejm, gdzie nie pozwolono jej przedstawicielom przekazać żadnego pisma. Pod Sejmem demonstracja została zakończona.
Jaki efekt? Medialnie mizerny. Dyskusji nie wywołało to żadnej ani w necie ani w mediach. Obietnice dyskusji na jesieni? Mało. Znamienne, że niechętny ponoć idei JOW i rzekomo zamknięty Prezydent do tych nielicznych manifestantów wysłał przedstawiciela. Pod Sejmem nikt nie potraktował grupy poważnie.
Martwi kompletny brak debaty na ten temat. Brak przystępnych i dostępnych opracowań porównawczych dla różnych rodzajów ordynacji. Jerzy Przystawa odeśle mnie pewnie na stronę stowarzyszenia JOW, Mariusz Wis na stronę fundacji Madisona. Jednak uważam, że to mało.
Ludzie są uprzedzeni do JOW moim zdaniem dwiema rzeczami:
Pierwsza, to kompletny blok informacji zwolenników JOW w mediach. Jeśli jest jakaś dyskusja to biorą w niej udział z reguły tylko przeciwnicy JOW. Po stronie zwolenników znaleźć można jedynie zwolenników ordynacji mieszanych. Powinniśmy domagać się większego uczestnictwa w tego typu nielicznych dyskusjach.
Druga sprawa to przedstawianie JOW jako panaceum na wszelkie bolączki demokracji. Już nie raz mieliśmy cudowne lekarstwa na wszelkie dolegliwości i trudno się dziwić racjonalnie myślącym ludziom, że nie ufają komuś, kto z entuzjazmem neofity zachwala zalety ordynacji JOW, jakby sprzedawał co najmniej produkty amway.
Myślę, że skupienie się na walce o, po pierwsze, poważną dyskusję w mediach, po drugie, o referendum w sprawie sposobu wybierania przedstawicieli mogłoby odnieść większy efekt. Jednak już przywołuje się do porządku i kończąc te dobre rady wujka Heńka, kończę także cały wpis.
Autorska fotorelacja z marszu dostępna jest pod adresem:
picasaweb.google.com/igorczajka
wtorek, 26 maja 2009
Apel Dziennika
Wierzymy w wolność słowa, wierzymy w wartość starcia argumentów, wierzymy w wolny internet. Ale nie wierzymy, że musi to się odbywać tak brutalnie, zdaniami tak pełnymi inwektyw, rzucanymi anonimowo, jak się to często dzieje w polskim internecie. Zbyt często. Nie ma naszej zgody na przemienianie tego miejsca wolnej dyskusji w przestrzeń wolną dla obelg pod adresem wszystkich i wszystkiego.
Podpisuję się pod apelem Dziennika! Wierzę, że siła argumentów jest najlepszym orężem walki o Prawdę. Wierzę, że wolność można realizować wybieraniem Dobra. Wierzę, że inwektywy nie muszą dominować w dyskursie. Już nie raz, nie jeden troll, zamknął się po tym, jak zobaczył bezzasadność swoich krzyków, które zamiast sprowokować mnie do eskalacji wyzwisk, spowodowały tylko i wyłącznie kompromitacje wyzywającego. To smutne, że Redaktor Naczelny Dziennika Robert Krasowski dołączył do tego szerokiego grona trolli, rozciągając jednocześnie sferę ich wpływów na drukowana prasę. Był co prawda Jerzy Urban, ale on nigdy nie miał aspiracji stworzenia ze swojego NIE gazety rozwijającej intelektualne prądy myśli polskiej i europejskiej. Szkoda, ze razem z Dziennikiem pójdą na dno znakomite dodatki Europa czy Magazyn. Szkoda.
Ignorujmy wpisy internetowych „trolli”. Nie wchodźmy z nimi w polemikę. Zgłaszajmy moderatorom i właścicielom serwisów przypadki łamania prawa i dobrego obyczaju.
Zgadzam się także z tym fragmentem i podpisuje obiema rękami. To był dokładnie ten powód, dla którego nie skomentowałem trollowej wypowiedzi red. Krasowskiego. Inwektywy i obelgi mogą być kasowane przez jednego sprawnego moderatora. Gorzej, gdy główny administrator także okazuje się trollem. Wtedy rzadko wchodzę na takie forum i z tego właśnie powodu nie będę często komentował artykułów Dziennika.
Zgłaszajmy moderatorom i właścicielom serwisów przypadki łamania prawa i dobrego obyczaju.
Chyba warto pójść za tą radą i zgłosić właścicielowi, czyli firmie Axel Springer przypadek naruszenia przez redakcję Dziennika etyki dziennikarskiej, publikowania nieprawdziwych informacji oraz używania sformułowań powszechnie uznawanych za wulgarne i obraźliwe. Przenoszenie tak mocno krytykowanych zachowań z Internetu do tekstów Redaktora Naczelnego wykracza poza możliwe do zaakceptowania w drukowanej prasie retoryczne chwyty. Można ewentualnie próbować znaleźć wytłumaczenie dla ludzkiej ułomności i puszczenie pojedynczego kłamliwego i obelżywego tekstu. Jednak kontynuacja kłamstw, sondażowych manipulacji i prostackiego pomawiania w (już nie można powiedzieć poważnej, ale ciągle drukowanej) gazecie niszczy już nie tylko sama gazetę, ale etos całego zawodu.
Zastanawia mnie jeszcze dlaczego nikt nie przywołuje tekstu Jachowicza, który przecież jest dziennikarskim autorytetem, tylko wszyscy pospołu brną w ten irracjonalny i arogancki ton ogólnego potępienia dla internetowej ciżby. Dzisiaj kolejny tekst, który wygląda jakby był pisany bez znajomości kontekstu, tym razem Karnowskiego. Ja tam się nie poczuwam, ale może rzeczywiście to ja jestem trollem, a redaktor Krasowski pokazał mi jak powinien się zachowywać kulturalny i cywilizowany dyskutant?
piątek, 22 maja 2009
Kompromitacja Michalskiego
Cezary Michalski konkluduje swój żenujący tekst następująco:
Blogujący Richard Henry Czarnecki, Janusz Palikot, Leszek Miller, Waldemar Kuczyński... mogą pisać głupoty, ale inwestują w te głupoty własne nazwiska. Przy całym szacunku dla analitycznej przenikliwości Kataryny, której dowody wielokrotnie dawała na swoim blogu, uważam to za ich przewagę nad nią.
To nieprawda, że Czarnecki pracuje na swoje nazwisko, a Kataryna nie. Kataryna pracuje na swój pseudonim. Na swoją markę. Markę budowana trudniej niż Czarnecki czy Miller – popularność ich blogów wynika z ich nazwiska. Można dywagować czy ich blogi byłyby tak oblegane gdyby zaczynali od blogowania? Jeśli ktoś decyduje się na używanie pseudonimu, to widocznie ma swoje powody. Kataryna zbudowała swoja markę na swoich tekstach od zera. Jak dla mnie to jest przewaga raczej Kataryny niż reszty.
Czy pamiętamy takiego cichego pana o rodowym nazwisku Aleksander Głowacki? Ten pan całe życie pracował na swoja markę, która była inna niż jego rodowe nazwisko. Dzisiaj mało kto pamięta go jako Olka Głowackiego, ale o Bolesławie Prusie słyszeli wszyscy. Mnie nie obchodzi jak Kataryna ma naprawdę na imię ani co robi w Realu. Mnie może obchodzić jedynie ocena jej tekstów. Jeśli ktoś decyduje się uczestniczyć w życiu publicznym tylko w formie tekstu, to należy to uszanować.
Pisze dziennikarka w sms-ie do Kataryny: proszę tego nie traktować jako szantażu. Naprawdę nie chcemy Pani skrzywdzić. Ależ przecież to jest szantaż w najczystszej formie! Poza tym takie naciskanie jest już krzywdą sama w sobie!!! Wolność człowieka jest ograniczona wolnością drugiego człowieka! Szantaż Dziennika jest właśnie takim pogwałceniem wolności Kataryny: ona ma prawo chcieć być anonimowa. To jej decyzja i dotycząca jej osoby. Chęć Dziennika do zatrudnienia Kataryny czy choćby ujawnienia jej nazwiska jest chęcią dotyczącą innej osoby, bez zgody której odbyć się to nie ma prawa.
Czym jest tekst Michalskiego? Szantaż nie przyniósł rezultatu to oplujemy Katarynę w stylu najgorszych blogerskich komentatorów? Kataryna nie pójdzie do sądu, bo by musiała się ujawnić. Zagrywka w najgorszym stylu. Panie Czarku, ujawniła się w Pana tekście szkoła Urbana, a zasnęła gdzieś szkoła przyzwoitej demokracji i odpowiedzialności za słowo. Wstyd, rozczarowanie, żenada.
czwartek, 21 maja 2009
Skąd ta cisza wokół Spiegel'a?
Nie rozumiem zupełnie pobłażania dla tego typu publikacji. Kłamstwo oświęcimskie to nie tylko zaprzeczanie istnienia obozów zagłady. Kłamstwo oświęcimskie to jak widać także zmienianie sprawców holokaustu. Czy naprawdę Szewach Weiss musi nas ośmielać byśmy się ruszyli? Czy naprawdę nic nie można zrobić z tym jawnym pogwałceniem dobrego imienia? Z zaprzeczaniem rzeczywistości? Czy prokurator zareaguje tylko jeśli w sprawie zagłady Żydów kłamie ktoś niewygodny politycznie establishmentowi? Nie rozumiem milczenia blogosfery. Nie rozumiem apatii prawników. Jedynie nonszalancję polityków jestem sobie w stanie wytłumaczyć.
Drodzy niemieccy sąsiedzi. Jeśli chcecie wywołać w Polsce nastroje antyniemieckie, jeśli chcecie przywrócić nastroje społeczne z lat tuż powojennych - jesteście na najlepszej drodze!
niedziela, 10 maja 2009
Politycy na emeryturę!
Wracając jednak do tematu. Poseł Niesiołowski w mało już zaskakującym stylu stwierdza, że dzisiejsza „Solidarność” to raczej bandyci niż robotnicy, że nie wolno bić policji itd. Nikomu to nic nie przypomina? „Wstyd mi za tych z Radomia!”, „Warchoły z Ursusa” itd. Czy to nie o prawo do protestowania – w przypadku gdy inaczej swojego zdania dana grupa społeczna nie jest w stanie zakomunikować – walczyli Polacy przez cały PRL? A teraz albo się przed obywatelami ucieka, albo zamyka, albo wręcz stwierdza, że „to bandyci”? Wszyscy skakali pod sufit, gdy Kaczyńskiemu wyrwało się „spieprzaj dziadu”. Czemu teraz jest cicho wobec takich słów? Pytanie retoryczne. Panu Niesiołowskiemu, Palikotowi i innym może warto uświadomić, że skoro do mediów jest w stanie się przebić tylko pałka i wybite szyby (bo przecież nikt nie zrobi niusa z przekazanej grzecznie na kartce listy postulatów – chyba że to są postulaty Palikota) – to niestety każdy protest MUSI przybrać taką formę.
Środowisko PiS-u miało całkiem długi szereg wypowiedzi równie frapujących i zadziwiających. Wszystko składa się na jedną konkluzję. Jesteśmy ewidentnie w tej fazie naszej ewolucyjnej rewolucji, gdy zjada ona z wielkim apetytem swoje dzieci. W trakcie wielkich rewolucji w imię pokoju mordowano z wielkim rozmachem. Teraz mamy rewolucję soft – od komunizmu do kapitalizmu – to i uczta jest (na szczęście) tylko werbalna. Jednak fakt jest niezaprzeczalny. Jeśli Niesiołowski używa języka i argumentacji Urbana z lat osiemdziesiątych to znak, że najwyższa pora dać naszym rewolucjonistom odpocząć!!!
Szukajmy nowych twarzy! Wyborcy! Wyślijmy naszych zmęczonych do tego stopnia, że nie wiedzą już co mówią, rewolucjonistów na urlop!!! A najlepiej na emeryturę. Jeśli przez ostatnie 20 lat jedyne czego się politycznie nauczyli, to obelgi Urbana – nie nauczą się już wiele. Trzeba wybierać nowych ludzi! NOWE TWARZE – NIE NOWE SZYLDY!
W 1989 roku Mieczysław Rakowski stwierdził w telewizji: „Jak to Okrągły Stół to zasługa Solidarności? A z kim oni rozmawiali? Kto się zgodził na te rozmowy? Przecież gdybyśmy my nie chcieli to nic by z tego nie wyszło” – zatem wg Rakowskiego to PZPR był głównym autorem sukcesu. Wśród wielu rozmów lat 90-tych bardzo często przewijała się myśl, ze jak to komunizm nic Polsce nie dał? Przecież Polska została odbudowana po wojnie! Mi się widzi, że teraz jest podobnie. Obecny stan naszej gospodarki, w miarę względny dobrobyt, to zasługa nas, zwykłych Polaków, którzy działają i budują nie dzięki, ale pomimo działań wszystkich ugrupowań politycznych po 1989 roku.
czwartek, 16 kwietnia 2009
Przykład do naśladowania
Na miejscu Platformerów troszkę bym się zastanowił przed wykorzystywaniem tego przypadku do kolejnych ataków. Widzimy bowiem, że jednak można, że jeśli ktoś napada na autorytet to zamiast rozpętywania kampanii niemerytorycznych oszczerstw można po prostu iść do sądu, który stwierdzi jak jest prawda. Dlaczego nie skorzystał z tej drogi Prezydent Wałęsa, tylko zamiast tego obrzuca mięsem żółtodziobatych młokosów, których on ma w głębokim poważaniu, bo… co? Bo jest starszy? Bo kiedyś był prezydentem? Bo spał na styropianie? To go upoważnia do serwowania nam wszystkim chamstwa i wulgarności? Zamiast udowodnić za pomocą sądu, że został bezpodstawnie oblany pomyjami, Wałęsa zaserwował nam kolejny dowód na to, że orwellowska świnia zawsze w człowieku zwycięży.
Biedny Wałęsa miota się bezradnie jak ryba w sieci wchodząc na powrót pod skrzydła gazetowyborczej kwoki, która jeszcze gorzej niż on teraz, mieszała go z błotem, gdy był prezydentem. Nie darzę ani Dorna ani Kaczyńskiego wielką estymą, ale chciałbym, by to takie właśnie były zakończenia absurdalnych pomówień i oskarżeń, zamiast serwowanej nam przez polityczno-dziennikarską spółkę sieczki prosto z chlewa.
piątek, 3 kwietnia 2009
Wszyscy chcą skompromitować IPN
Kwaśniewski ramię w ramię z Mazowieckim stają w obronie czci Wałęsy. Wtedy, gdy Kwaśniewski razem z Geremkiem bronił Kuronia nad jego grobem, przekroczone zostały ostatnie granice wyczucia i jakiegokolwiek smaku. To co się dzieje teraz jest logicznym dalszym ciągiem. To prawda, że IPN raz po raz zalicza wpadki. Wpadki zarówno polityczne jak i faktograficzne. Jednak czy margines można przedstawiać jako normę? Sprawa kierowcy Popiełuszki stała się sztandarem, wytrychem, symbolem zakłamania IPN. Pojawiają się coraz liczniejsze głosy wzywające do zamknięcia tej instytucji, ale to się nie stanie. Instytucja będzie istnieć, ale z coraz mniejszym kredytem społecznego zaufania. Chodzi bowiem nie o to, by ją zlikwidować. Jej istnienie daje legitymizacje różnych grup i jednostek, którym sąd lustracyjny niczego nie udowodnił. Jej istnienie udowadnia, że Polska jest niepodległa, suwerenna i rozliczyła się z przeszłością. Ale to tylko pozory. Tak naprawdę chodzi o to, by zniwelować czy wręcz zniszczyć możliwości jej jakiegokolwiek oddziaływania. Niewiarygodny IPN nie może zaszkodzić, ale jego istnienie zawsze może być argumentem dla tych, którzy domagają się historycznej sprawiedliwości.
W tym kontekście dziwi postawa tych wszystkich, którzy deklarują swoje wsparcie dla IPN. Żeby ta instytucja mogła być skuteczna, musi pozostać poza wszelkimi wątpliwościami jej wiarygodność. Żeby natomiast chronić tą wiarygodność, nie można na ślepo popierać wszystkiego co jest związane z IPN. Czy ktoś dzisiaj twierdzi, że Niemcy = faszyści? A przecież w Niemczech jest wiele bojówek faszystowskich, a wspierana przez niemiecki rząd organizacja potrafi negować i przeinaczać historię. Mówimy – to nie istotny margines. Jeśli natomiast w Polsce jakiś skinhead pobije ryżawego na ulicy to jest to dowód że Polak = antysemita. I dlatego jeśli w IPN jedna publikacja na pięćset będzie fałszywa, to będzie to przyczynek do kwestionowania istnienia tej instytucji; jeśli natomiast autor sensacyjnego kryminału zostanie przyjęty do pracy w jednym z oddziałów – to już całkowicie przekreśla cały dorobek wszystkich lat działalności!
Ja rozumiem logikę tego myślenia, a raczej logikę tej manipulacji. Nie rozumiem tylko, dlaczego nasi główni gracze na scenie politycznej nie potrafią lub nie chcą przeciwdziałać w sposób gwarantujący w dłuższej perspektywie sukces. Zamiast bronić Zyzaka, zamiast wyklinać oskarżycieli lejąc wodę na ich młyn, można przecież zwolnić osoby, które dopuściły się nadużyć, cofnąć błędne decyzje i pozostać przy decyzjach dobrych. Pozwalanie na wciągnięcie się w emocjonalne przepychanki Wałęsy niczego nie zmienia, jest partackim uleganiem manipulacji adwersarza i tylko eskaluje sprawę. Jedynie Paczkowski próbuje zachować resztki zdrowego rozsądku, ale jego wywiad w czwartkowej Wyborczej (z 2 kwietnia 2009) można przeczytać tylko w wydaniu papierowym i próżno go szukać na portalu Gazety. Jego apel, aby nie rozciągać potknięć głupich historyków na całość historyków z IPN oraz oskarżenie Gazety o kreowanie irracjonalnej nagonki na IPN został przez Wyborczą całkowicie przemilczany (co zresztą nie dziwi). W przeciwieństwie do głośnych już przeprosin, które odarte z kontekstu także są potwierdzeniem jedynie słusznej tezy.
Niestety oszczercy działają bardzo zimno, wyrachowanie i konsekwentnie realizując swój widoczny jak na dłoni zamiar. Zaś IPN i jego obrońcy zachowują się jak obrażone dzieci tańcząc dokładnie tak jak im ci pierwsi zagrają. A jeśli to nie jest nieudolność? Nie, niemożliwe, to się nie zdarza nigdzie, a tym bardziej w Polsce, ale sama przecież się pcha do głowy ta makabryczna hipoteza… a co, jeśli zarówno oszczercy jak i rzekomi obrońcy IPN grają do jednej bramki? Jeśli wszyscy także w tej sprawie uprawiają makabryczną szopkę, jedynie po to by zachować pozory wolności i demokracji… Nie, wyjazd z kraju nic nie da… to się musi kiedyś skończyć… nawet PRL padł jak mucha nieoczekiwanie dla wszystkich...
wtorek, 17 marca 2009
Urzędnik z własnym zdaniem?
List dotyczy trybu odwołonia dotychczasowego prezesa Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości. Jego protestacyjny charakter dotyka przede wszystkim sposobu potraktowania do tej pory apolitycznej i technokratycznej instytucji, której celem było nie przechowywanie politycznych wasali tylko skuteczne działanie. Nie jest on wymierzony w nowego prezesa, którego kompetencji nikt nie podważa. To na polskiej scenie instytucjonalnej ewenement, który po pierwsze stawał sie chyba z powodu swojej niezależności niebezpieczny, po drugie ta niezależność dała o sobie znać obecnie, materializując się w formie takiego otwartego listu.
Ale dość o tym. Poniżej zamieszczam treść tego listu, opublikowanego w dzienniku Polska. Poniżej linki do artykułów i komentarzy, które w zasadzie nie wymagają dalszych objasnień.
List otwarty pracowników Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości
W związku z odwołaniem Pani Danuty Jabłońskiej ze stanowiska Prezesa PARP wyrażamy głębokie zaniepokojenie i zgłaszamy protest przeciwko tej decyzji.
Pani Danuta Jabłońska pełni funkcję prezesa PARP od 2006 r. Pragniemy podkreślić, iż została wybrana na to stanowisko w wyniku ogólnopolskiego konkursu zgodnie z obowiązującymi zapisami ustawy o utworzeniu Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości. O wyborze Pani Jabłońskiej na to stanowisko zadecydowały wiedza, kornpetencje i doświadczenie w zarządzaniu funduszami europejskimi. Cechy te potwierdziły się w ponad dwuletniej, pracy w PARP. Pani Danuta Jabłońska prowadziła zespół specjalistów, który z powodzeniem wdrażał fundusze strukturalne z perspektywy finansowej 2004-2006 oraz sprawnie uruchomił fundusze z nowej perspektywy 2007-2013. Niewątpliwie warty uwagi jest fakt, że podczas 2,5 letniej prezesury Pani Jabłońskiej liczne kontrole zewnętrzne nie wykryły nieprawidłowości, ani nie zgłaszały zastrzeżeń do sposobu funkcjonowania PARP. Stopień wykorzystania funduszy strukturalnych adresowanych do przedsiębiorców w poprzedniej perspektywie jest bliski 100%. W bieżącej perspektywie finansowej PARP jest w czołówce instytucji obsługujących przedsiębiorców i instytucje otoczenia biznesu. W 2008 r. ogłoszono 10 konkursów w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka oraz 3 w ramach Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki. Oceniono ponad 2,5 tys. projektów. Zawarto prawie 1 tys. umów na kwotę ok. 3 mld PLN! Konkursy uruchamiane są bez zbędnych opóźnień w ciągu kilku dni po wejściu w życie odpowiedniego aktu prawnego. Przykładem może być tu Rozporządzenie dotyczące udzielania przez PARP pomocy finansowej w ramach PO IG podpisane z dniem 7 kwietnia 2008 r. weszło w życie 24 kwietnia 2008 r., natomiast PARP w celu przyspieszenia działań ogłosiło konkursy na Poddziałania 4.2 i 4.4 PO IG już w dniu 9 kwietnia 2008 r. aby z dniem wejścia w życie Rozporządzenia można było rozpocząć nabór wniosków. Kolejne Rozporządzenie dotyczące udzielania przez PARP pomocy finansowej w ramach PO KL, weszło w życie 27 czerwca, konkurs zaś na Poddziałanie 2.1.1 PO KL został ogłoszony już 30 czerwca 2008 r. Opóźnienia w pracach nad chociażby tymi Rozporządzeniami blokowały wszelkie działania PARP, nastąpiła konieczność przesunięcia terminów konkursów i w konsekwencji późniejszego wyłonienia Beneficjentów. Tym samym uniemożliwiło to wydatkowania środków założonych na rok 2008. Gdzie tu zatem wina Pani Jabłońskiej oraz pracowników PARP?
Fundusze unijne są wskazywane jako jeden ze sposobów walki z kryzysem gospodarczym. Istotne jest, aby procesy związane z naborem projektów i wypłatą środków, dla tych wybranych dotychczas, nie zostały zakłócone. W opinii ekspertów i przedsiębiorców PARP jest postrzegana jako instytucja sprawnie wdrażająca programy dotacyjne. Tymczasem odwołuje się bez podania konkretnych przyczyn kluczową dla tejże instytucji osobę, osobę, która bezdyskusyjnym profesjonalizmem zapracowała na miano jednej z najważniejszych kobiet w polskiej gospodarce (5 miejsce w rankingu ogłoszonym przez „Puls Biznesu" oraz tytuł „Tej, która zmienia polski przemysł w 2008 roku" ogłoszony przez „Nowy Przemysł"). Enigmatycznie zarzuca się Pani Jabłońskiej brak efektywności. Tymczasem PARP w grudniu ubiegłego roku zawarła większość planowanych umów o dofinansowanie dla przedsiębiorców już z nowej perspektywy. Pierwsze płatności zostały już przekazane do przedsiębiorców. W lutym i marcu br. ogłoszono kolejne konkursy dotacyjne. Trwają nabory i ocena wniosków, a więc proces wyłaniania kolejnych beneficjentów. Postępy finansowe, których brak jest rzekomą przyczyną odwołania Prezes Jabłońskiej, będą widoczne w najbliższych miesiącach.
Już dziś można bardzo konkretnie oszacować wartość zakontraktowanych środków. Tylko dlaczego rządzący nie biorą tego pod uwagę? Czy obojętnym jest dla nich fakt, iż zmiana na stanowisku prezesa PARP w kluczowym momencie dla funkcjonowania systemu dotacji dla przedsiębiorców stanowi istotne zagrożenie wydatkowania środków?
Pragniemy bardzo mocno podkreślić, iż PARP jest instytucją publiczną, własnością społeczeństwa, pracującą na rzecz tego społeczeństwa. Apelujemy do wszystkich osób mających wpływ na decyzje nas dotyczące o nie niszczenie naszego wspólnego dobra. Byłoby to działanie wbrew polskiemu interesowi, wbrew interesom przedsiębiorców i innych potencjalnych beneficjentów liczących na szybkie i sprawne skorzystanie ze wsparcia oferowanego z funduszy europejskich.
Artykuł w dzienniku Polska
Rozmowa z Witoldem Kieżuniem
Bardzo trafny komentarz Wiktora Świetlika
piątek, 16 stycznia 2009
Trzech Króli i JOW
Na ostatnim spotkaniu w ramach Akademii Samorządowej, organizowanym przez Stowarzyszenie Mazowsze XXI została zwerbalizowany pomysł wprowadzenia do Sejmu obywatelskiej inicjatywy ustawodawczej dotyczącej powołania jednomandatowych okręgów wyborczych (osławiony JOW). Posłowie oczywiście przegłosują odrzucenie tej ustawy, ale zawsze będzie można powiedzieć, że przynajmniej próbowaliśmy. O JOW można poczytać choćby na stronie Stowarzyszenia na rzecz JOW lub na witrynie fundacji Madisona. (Uprzedzę jedynie tutaj wszystkich przeciwników JOW, powtarzających swoje argumenty jak mantrę: JOW nie jest panaceum na polskie bolączki; JOW nie rozwiąże polskich problemów; JOW pozwoli wybierać ludzi i umożliwi ich rozliczanie. W tej chwili jest to niemożliwe.)
Nie chcę tutaj się rozpisywać na temat politycznych celów takiego pomysłu, jego konsekwencji, możliwości czy wyrachowania, bo to są rzeczy dość oczywiste. Zastanawiam nad jeszcze jedną rzeczą, która gdzieś już padła w internecie, ale jakoś przeszła bez echa. Prezydent Łodzi, Jerzy Kropiwnicki postanowił przeprowadzić obywatelską inicjatywę ustawodawczą mającą na celu wprowadzenie do kalendarza Święta Trzech Króli. Inicjatywa dobrze zorganizowana i chwytliwa, bo za pierwszym podejściem udało się bez problemu zebrać ponad pół miliona podpisów, czyli wystarczająco do zainicjowania referendum.
Pomysł jaki tutaj dubluję to pomysł połączenia referendum w sprawie Święta Trzech Króli z referendum w sprawie wprowadzenia JOW. Pierwsza sprawa zabezpieczy frekwencję, druga sprawa załatwi sprawę. Czy ktokolwiek kontaktował się z Prezydentem Łodzi, by zapytać go o jego opinię na taki pomysł? Dlaczego nie można połączyć tych dwu spraw w jednym referendum? Kropiwnicki boi się konkurencji? Niekorzystne jest skojarzenie Trzech Króli z JOW? Dlaczego? Bo KMB i JOW to tu trzy litery i tu trzy litery? Czy też może pomysłodawcy JOW nie chcą podczepiać się pod inicjatywę Kropiwnickiego, bo w innych kwestiach się z nim nie zgadzają? Dlaczego tak, wydawałoby się, oczywisty pomysł nie doczekał się choćby konsultacji? A jeśli się doczekał, to dlaczego nie wypalił?
poniedziałek, 12 stycznia 2009
Strategiczne cele Polski
Wszystkie mocarstwa w sytuacji kryzysowej uciekały w konflikt. Jeśli dostrzegają to zwykli ludzie, muszą doskonale sobie z tego zdawać sprawę specjalistyczni analitycy. Czym można wytłumaczyć całą piramidę decyzyjnych zaniechań i uchybień? Wiadomo, że gry interesów są zbyt głębokie, by o nich mówić czy pisać w internetowym komentarzu. Niemniej należy pomyśleć nad niezależnym od układu politycznego ośrodkiem studiów strategicznych, który miałby zadanie opracowywać te strategiczne cele Polski w dłuższej perspektywie. Kolejne rządy mogłyby być zobowiązane te główne cele realizować. Jeśli jakieś działanie znalazłoby się na liście, wtedy kolejny rząd nie miałby prawa, bez naprawdę poważnych powodów, zerwać z dokonaniami poprzedników. Może to pozwoliłoby zapobiec takim przypadkom, jak arbitralne zerwanie rozmów z Norwegami przez Leszka Millera.
Taki ośrodek musiałby być powoływany w sposób zapobiegający jego upolitycznieniu. Coś na kształt trybunału konstytucyjnego. Oczywiście zawsze będzie niebezpieczeństwo i zakusy na obsadzenie w nim "swoich" ludzi, zawsze będą polityczne próby zdezawuowania jego ustaleń. Warto jednak pomyśleć o powołaniu instytucji EKSPERCKIEJ, która abstrahując od bieżącej sytuacji międzypartyjnej, będzie potrafiła rzetelnie przeanalizować międzynarodową sytuacje Polski i wyznaczyć określone cele, które należy osiągnąć. Tak wyznaczone kierunki mogłyby być akceptowane przez Parlament i obowiązywałyby kolejne ekipy. Nie trzeba chyba dodawać, że poziom ogólności tych ekspertyz musi być dość wysoki, szczegóły zostawiając rząd do opracowania kolejnym rządom, które będą przecież pracować w zmieniających się warunkach. Niemniej elementem kampanii wyborczej mogłoby się stać nie populistyczne obietnice, a konkretne sposoby realizacji ogólnych strategicznych celów.
Opisany pomysł nie jest efektem długich przemyśleń, a raczej spontaniczną refleksją. Ciekaw jestem jednak jak widzicie możliwości stworzenia takiej eksperckiej instytucji?
sobota, 10 stycznia 2009
Chorobliwy monopolizm Platformy
Monopolizm objawiać się przecież może nie tylko w obstrukcji pomysłów przedstawicieli innej partii. Wtedy można to nawet zrozumieć jako budowanie wizerunku przez negację. Chcemy się odróżnić od PiS, to będziemy krytykować wszystko co pochodzi z PiS. Jednak niebezpieczeństwo kryje się nie w rozgrywkach między partiami. Naprawdę niebezpieczne dla jakiejkolwiek debaty byłoby nasilenie się tego typu postaw u konkretnych osób i towarzyszący temu brak reakcji ze strony współpracowników. Jeśli pomysł lub pytanie są ignorowane, zbywane lub odrzucane tylko dlatego, że to nie adresat pytania był jego autorem, jest to sytuacja patologiczna, z którą należy walczyć. Walczyć przede wszystkim we własnych szeregach.
Skutkiem tolerowania opisywanych zachowań i postaw może być tylko marginalizacja grupy i zniechęcenie wszelkich potencjalnych zainteresowanych do jakichkolwiek działań na rzecz tej grupy. Co niezwykle istotne dotyczy to nie tylko zachowań publicznych, ale może przede wszystkim sytuacji bezpośredniego kontaktu z osobami z zewnątrz. Tak jak nie może krótkowidz być pilotem samolotu, tak samo nie może być wyznaczona do obsługi infolinii, osoba zdradzająca skłonności do buty, arogancji i właśnie do, wyżej opisywanego, monopolizmu.
Jak to osiągnąć? Musi przede wszystkim powstać niezależny i otwarty system autokontroli, który błyskawicznie będzie eliminował niepożądane zachowania. Opracowanie szczegółów to odrębny szeroki temat, dobry na specjalistyczne opracowanie – może jakiś specjalista się pokusi? Zasygnalizuję tu tylko kilka rzeczy: Na określonym poziomie powinni funkcjonować kompetentni audytorzy/arbitrzy do których można się odwołać w sytuacji pojawienia się jakichkolwiek konfliktów czy różnic zdań, których rozstrzygnięcie ewidentnie wykracza poza możliwości uczestników sporu. Przecież z tego powodu powstały kiedyś sądy? Powinny to być osoby stojące z boku jakichkolwiek merytorycznych i pozamerytorycznych sporów. Od decyzji arbitrów też można się odwołać.
Nie chodzi tutaj o ustanawianie jakiś oficjalnych instytucji sądów arbitrażowych, koleżeńskich itp. Te i tak istnieją i funkcjonują. Chodzi mi o uniemożliwienie sytuacji, w której ktokolwiek zamknięty w ogródku własnych kompetencji, poczuje się jak Pan na włościach i nieopatrznie, często wbrew swoim własnym intencjom, zacznie rozkręcać hecę, która na długo pozostawi niesmak, zarówno wśród jej uczestników jak i postronnych obserwatorów. Wszyscy zdajemy sobie chyba sprawę, że zdenerwować się jest rzeczą ludzką i każdy robi czasem coś głupiego, czego później często żałuje. Należy zatem tak ustawić mechanizmy, aby pozwalały na szybką reakcję, na stosunkowo wczesnym etapie sporu, uniemożliwiając jego eskalację i, co jest już najgorsze wizerunkowo, wyjście irracjonalnego sporu do sfery publicznej.
Świetnym przykładem na to, jak brak mechanizmów szybkiego reagowania może popsuć wizerunek, jest ostatnia absurdalna heca na Salonie24, w której rolę główną odegrał jeden z administratorów Salonu24 – Radosław Krawczyk. Można przecież było tego uniknąć, gdyby ktoś, kto ma minimalną inteligencję społeczną przystopował Pana Krawczyka, żeby postarał się sprawę załatwić kulturalnie, żeby najpierw sprawdził kilka rzeczy i skonsultował wątpliwości, zamiast od razu strzelać do wróbli z armaty. Nie muszę chyba dodawać, że najbardziej ucierpiał na tym wizerunek Salonu24. Jednak nie jest to przypadek odosobniony. Ten akurat wszedł do sfery publicznej i dlatego mogę go przytoczyć. Gangrena ta jednak toczy każdą ekipę. „Ruch Obywatelski Polska XXI”, który reprezentuje Kazimierz Michał Ujazdowski także nie jest od niej wolny.
niedziela, 4 stycznia 2009
Ruch Obywatelski?
Ja powiem więcej: głównym zadaniem liderów Ruchu Obywatelskiego jest edukacja własnych "działaczy", by przestawili się z roli policjantów pilnujących wewnętrznych partyjnych ustaleń na rolę moderatorów dyskusji. Obywatel powinien wiedzieć jak może korzystać ze swoich praw, ale też powinien wiedzieć, że jego przedstawiciel może SŁUŻYĆ pomocą w rozwiązywaniu problemów, że jego przedstawiciel nie będzie gasił jego zainteresowania, aktywności i dociekliwości. Szlachetne wyjątki w osobach pojedynczych osób nie zmienia tego wrażenia i też nie o to tu chodzi by zaczynać przerzucanie argumentów w stylu "a przecież Pan X zrobił to i to, a Pan Y nie miał nic złego na myśli". Tu trzeba popracować nad generalną postawą, nad naczelną zasadą, której brak chciałbym zasygnalizować w tych kilku gorzkich słowach.
Deklaracja jawności życia PUBLICZNEGO okazuje się niewystarczająca do tego, by wyegzekwować podstawowe informacje, które i tak są dostępne w internecie. Sytuacja, w której pytania dotyczące podstawowych spraw funkcjonowania Ruchu są zbywane lub ignorowane powodują nie tylko niwelację zainteresowania obywateli, ale niestety działają silnie destrukcyjnie na jakiekolwiek ślady aktywności i chęci zaangażowania.
Chyba, że celem RO Polska XXI jest takie zirytowanie obywatelskiej energii, żeby bunt przerodził się w czyn i powstała alternatywna platforma, która będzie działać według zdrowych kryteriów i zasad. Takie rozdrobnienie jednak jest z góry skazane na niepowodzenie, potęgując tylko wrażenie chaosu i braku zdolności organizacyjnych Polaków. Zatem w takim wypadku jedynym efektem będzie całkowite rozbicie resztek obywatelskiej pro-aktywności i zmuszenie Polaków do skupienia całej energii na uprawianiu jedynie własnego ogródka. Od czego, patrząc na dotychczasową działalność RO Polska XXI, jesteśmy już całkiem niedaleko:
Zamiast nowoczesnego narzędzia komunikacji, aktywizacji i animacji obywatelskiej dostajemy po adresem strony internetowej jedynie odgrzewane kotlety. Dyskusja na forum nie istnieje, bo ile można gadać do ściany. Uwagi natury technicznej i organizacyjnej pozostają bez echa. Użytkownicy odpływają na własne blogi i nawet prowokacyjne zakładanie fałszywych witryn nie wywołuje żadnej reakcji poza kilkoma głosami ostatnich aktywnych użytkowników. Moderacji także żadnej nie ma i żarty w stylu promocji kandydatów z Marsa wiszą sobie bez cienia zażenowania.
To nie zmowa mediów jest przyczyna niskiej popularności RO Polska XXI. To sam RO wykazuje niemal zerową aktywność. Poza tym Platforma Obywatelska zaczynała podobnie, zawłaszczając i deprecjonując pojęcie „obywatelskości". Dzisiaj odwoływanie się do tego pojęcia wywołuje niekoniecznie pozytywne reakcje i konotacje. Polska XXI chciałaby poruszyć i skoordynować energie, która jest w ludziach i nie znajduje ujścia. Jednak można odnieść wrażenie, że celem nie jest tu aktywizacja a kanalizacja resztek aktywności obywatelskiej.
A jakie są Twoje wrażenia?